we, fujoshis

yaoinfo

fanpejdż: ~klik~
mój numer gg: 37209209
mój kanał na youtube: ~klik~

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Nasze blizny [ChillyWilly / Hannibal]

Zanim wstawię rozdział tego zapowiadanego wcześniej multichapterowca, koniecznie muszę wyjaśnić parę spraw jeśli chodzi o mnie, ten serial i szipowanie.
Hannibal, jako seria, jednocześnie mnie w sobie rozkochał i bardzo mnie wymęczył. Mam zamiar nagrać całego vloga, w którym będę o tym napierdalać. Jeśli chodzi o szipy i pytanie, które każdemu pewnie się ciśnie na usta - dlaczego Chilton i Will, a dlaczego nie mega popularny, jakby nie patrzeć kanoniczny Hannigram?
Nie wyobrażam sobie pisania o nich, po prostu. Gdy myślę o tym szipie, myślę też o ludziach, którzy na tumblrze niesamowicie hejtują szipy takie jak Kylo Ren / Rey z Gwiezdnych Wojen, sugerując, że obrzydliwe hetero szipy są usprawiedliwiane mówieniem "ale, pomimo tego, że jest potworem, może ją kochać na swój sposób". To, co ten przykładowy Kylo Ren zrobił Rey w jednej scenie nazywają "mind-rapem". Te same dziewczyny lajkują hannigramowe fanarty. Nie jestem w stanie o tym nie myśleć, bo jeśli wtargnięcie na siłę do myśli trwające parę minut to "mind-rape" (z czym się absolutnie zgadzam, btw), nie wiem jak nazwać to, co Hannibal zrobił Willowi.
I, tak, jasne, że on tylko wyciągnął z Willa to, co już w nim i tak siedziało. Nakarmił jego mroczną stronę, ale nie stworzył, bo ona tam była. I to, w pewien popierdolony sposób, jest szipowe i pociągające i skłamię, jeśli powiem, że absolutnie nie jarałam się ich wspólnymi scenami i nie wyłam jak pojebana podczas finału trzeciego sezonu. (Srsly, nie mogę słuchać Love Crime i nie płakać jednocześnie.) Ale nie potrafię gloryfikować niezdrowych, niszczących relacji i o nich pisać bez robienia kuku samej sobie. Jeśli mam zasiąść i faktycznie napisać coś szipowego, chcę, aby ładowało mnie to pozytywną energią. Wiem jak nielubiane/obojętne jest większości fandomu ChillyWilly. Nie interesuje mnie to. Hannibal pchał Willa w kierunku ciemności. A ja bardzo uparcie udowodnię, że Chilton mógłby zrobić coś zupełnie innego~ I będzie kanoniczny tak bardzo jak mi się to uda. Więc nawet jeśli nie jesteście zadowoleni z szipa, który wybrałam, mam nadzieję, że będziecie czytać tą opowieść, bo naprawdę bardzo nakręciłam się na jej pisanie <3.
No, zapraszam c:
Oczywiście, spoilery. Fik zaczyna się równo z początkiem trzeciego sezonu.
PS. Beverly Katz żyje i ma się świetnie. Nie wiem o czym mówicie, nie słyszę was, lalala. Nie wyobrażam sobie pisania tej opowieści bez niej.
______________________________________________________

 Kurtyna w górę. To znaczy, kurtyna w postaci zasłon, takich odsłanianych na specjalny przycisk, który znajdował się tuż u wezgłowia łóżka. A potem muzyka, dobra muzyka ze wszystkich głośników w całym domu.
(Domu, do którego nie zbliżał się kilka miesięcy z powodu ataków paniki, które ogarniały go na wspomnienie wszystkich ciał, które tam znalazł i – och – uśmiechniętego Hannibala Lectera w plastikowym stroju, wyglądającego jak pierdolona reklamówka.)
Poranny rytuał, dzień po dniu, bez wyjątku. Szklanka ciepłej wody z sokiem wyciśniętym z połowy cytryny, przydługi prysznic, lekkie śniadanie – żadnego mięsa, dzięki Abelowi Gideonowi i nerce, która już nigdy nie miała wrócić z wojny – dobranie ciuchów tak, żeby wyglądać świetnie, ale nie tak, jakby zbyt mocno się starał, ułożenie włosów.
Kiedyś na tym stawało, po zrobieniu wszystkich tych rzeczy mógł wyjść do ludzi. Jednak odkąd Miriam Lass przestrzeliła mu twarz, do swojego rytuału musiał dodać jeszcze kilka punktów.
(Nie musiał oczywiście, ale był pierwszym do utrzymywania imponującej otoczki, a w opadłym policzku, oku pokrytym zamgloną, błękitną siateczką ślepoty i czerwonej, zabliźnionej bruździe w miejscu, w które trafił pocisk, nie znalazł nic imponującego.)
Soczewka, trochę makijażu, specjalnie zrobiona dla niego proteza na miejsce zębów, które w sali przesłuchań opuściły jego czaszkę razem ze sporą ilością tkanki.
Frederick Chilton był gotów do wyjścia.
Tym razem kierował się do szpitala, albowiem dostał dość interesujące wieści. Podobno Will Graham w końcu obudził się, a jego stan ustabilizował i mieli teraz pasujące do siebie blizny na brzuszkach.
Wsiadł do samochodu i, zahaczając po drodze o kwiaciarnię, udał się na spotkanie z poszkodowanym konsultantem. Wszystko, co chciał mu powiedzieć i tym osiągnąć, poukładał sobie idealnie w głowie już dzień wcześniej. Nie mogło się nie udać.

*

- Rozumiem nieudolną próbę zrobienia z ciebie swojego sojusznika i, hm, propozycję przyjaźni. Nie zrozum mnie źle, współczuję mu, ale, nie oszukujmy się, Chilton nie jest ulubionym gościem na żadnej imprezie, chyba nikogo.
Will Graham spojrzał na ciemnowłosą kobietę, a kąciki jego ust uniosły się w delikatnym uśmiechu, chyba pierwszym odkąd obudził się w szpitalnym łóżku z wielką, bolącą, zaszytą raną na brzuchu.
- Chilton nie szuka we mnie przyjaciela, tylko próbuje zwiększyć swoje szanse na zemstę na... Hannibalu.
- To oczywiste – mruknęła Beverly Katz, marszcząc brwi na widok tego, jak ciężko to imię przeszło Grahamowi przez usta – Ale dlaczego, do cholery ciężkiej, kupił ci kwiaty?
Wzrok mężczyzny automatycznie powędrował do parapetu, na którym stał wazon z dość imponującym bukietem kwiatów. Chilton naprawdę dbał o swój wizerunek i to jak postrzegają go inni, w każdym możliwym geście i momencie. Wiązanka złożona była z pomarańczowych lilii, dopiero co zaczynających kwitnąć i białych róż, które wypełniały cały pokój przyjemnym zapachem. Znajdowały się tam jeszcze jakieś inne białe kwiaty, ale Will nie znał się na tyle, aby skojarzyć ich nazwę.
- Nie wątpię w to, że te kwiaty to kolejna wiadomość. Przy okazji sprawdzę ich znaczenie, kiedyś, jeśli nie zapomnę – westchnął, z powrotem spoglądając na Beverly, która wydawała się rozbawiona – Przynajmniej pokój ładnie pachnie.
A kiedy kobieta pokiwała głową i przygryzła wargę, Will westchnął ponownie i położył chłodną dłoń na dłoni przyjaciółki.
(Niektóre wydarzenia zbliżają ludzi do siebie, a fakt, że uwierzyła w jego historię i przez cały pobyt Willa w więzieniu pomagała mu w szukaniu dowodów przeciwko Hannibalowi był jednym z takich wydarzeń.)
- To nie ja potrzebuję pocieszenia – powiedziała, unosząc brew, ale nie zabrała dłoni.
- Widzę, że chcesz się mnie o coś spytać. Odkąd tu weszłaś, od pierwszej wizyty. Nie trzymaj tego dłużej w sobie, pytaj.
Beverly otworzyła usta, jakby miała zamiar spytać „skąd wiesz?”, ale najwidoczniej stwierdziła, że w przypadku Willa to nic dziwnego, bo zamknęła je z powrotem. A potem zapytała.
- To… trochę retoryczne pytanie. Nie masz zamiaru przyłączać się do Chiltona?
Will parsknął śmiechem.
- Znasz odpowiedź na to pytanie. Oczywiście, że nie. Jest irytujący i kiedyś sam próbował majstrować mi w głowie swoją manipulacją. Na tyle nieudolnie, że nie zrobiło mi to żadnej mentalnej krzywdy, ale wciąż. Ale przede wszystkim, jest irytujący. A teraz zadaj to pytanie, które naprawdę chcesz zadać.
Beverly przez długą chwilę milczała; nie spuszczali z siebie wzroku.
- Masz zamiar go szukać?
Cień, który przemknął przez twarz Grahama był dla niej wystarczającą odpowiedzią.

*

Pogoda pozwoliła na skorzystanie z ogródka małej kawiarenki w centrum miasta. Otoczona cichym gwarem i odgłosami ruchu ulicznego dwójka prowadziła żarliwą konwersację.
- Czyli, jednym słowem, spierdoliłeś sprawę doszczętnie i dostałeś kosza?
Freddie Lounds obdarzyła mężczyznę spojrzeniem sugerującym, że jest całkowicie nie pod wrażeniem zdanej przez niego relacji. Frederick wykonał taki gest, jakby odpędzał natrętną muchę i prychnął z nonszalancką irytacją.
- Will Graham odnosi wrażenie, że jego życiową misją jest złapanie Lectera i bycie w tym tragicznie samotnym.
- A ty odnosisz wrażenie, że uda ci się cokolwiek z tym zrobić – mruknęła kobieta, bawiąc się rudym loczkiem na swojej głowie – Serio, Frederick? Nie jesteś Hannibalem, twoje umiejętności manipulacji są marne i wszyscy dobrze o tym wiemy.
Chilton nadął policzki.
- Nie jestem aż takim kretynem, żeby przeciągać go na swoją stronę sposobem, którego jego poprzedni psychiatra użył do zniszczenia mu życia.
- To jak masz zamiar to zrobić? Zakładając, że będziesz miał jakąkolwiek szansę – Freddie upiła łyk swojej ulubionej ziołowej herbatki.
- Mam zamiar znaleźć w nim jakiekolwiek pozostałości zdrowego rozsądku i postarać się nawiązać z nimi konwersację – mężczyzna westchnął, dźgając widelcem zdecydowanie zbyt małą i drogą porcję sałatki – Co może być trudne. Ale na pewno nie niewykonalne. Czekaj, moment. Mogłabyś sprecyzować to, co powiedziałaś o braku szansy?
Freddie, stwierdzając chyba, że słowa są zbędne, wyciągnęła z futerału swój aparat, z którym nigdy się nie rozstawała i wysunęła go w stronę Chiltona. Na wyświetlaczu znajdowało się zdjęcie Willa Grahama opuszczającego szpital. Jakość nie była idealna, a kawałki rozmytych gałęzi sugerowały, że dziennikarka chowała się w krzakach, żeby móc złapać to ujęcie, ale na twarzy Grahama oprócz zmęczenia widoczna była mordercza determinacja.
Frederick zerwał się na równe nogi.
- Kiedy zrobiłaś to zdjęcie?
- Kwadrans przed naszym spotkaniem – rudowłosa uśmiechnęła się do mężczyzny i schowała aparat z powrotem – Jak na kogoś, kto niedawno został dźgnięty, wygląda dość przystojnie, nie sądzisz?
- Szlag. Szlag jasny by to trafił, Lounds. Jeśli Graham zdążył wyjechać, osobiście wepchnę ci ten obiektyw w miejsca, o których nawet nie wiedziałaś, że je masz. Nie wiem dlaczego cię jeszcze toleruję – warknął Chilton, pospiesznie odpychając od siebie talerz z sałatką i ubierając marynarkę, chwiejnie wstając od stolika.
- Bo jestem jedyną osobą, która spędza z tobą czas z powodów innych niż praca? - wzruszyła ramionami, uśmiechając się uroczo.
- I wzajemnie, zołzo – odciął się.
- Touche – pokiwała głową Freddie, obserwując oddalającego się pospiesznym krokiem Chiltona, a potem wróciła do powolnego sączenia herbatki.
Darmowa sałatka była przyjemnym bonusem.

*

Dopiero po dobrej minucie odkąd psy zaczęły szczekać, Will zorientował się, że ktoś puka do jego drzwi frontowych. Wyrwany z głębokiego zamyślenia wstał z kanapy, na której spędził ostatnie pół godziny, starając się odgonić atak paniki czający się gdzieś z tyłu jego głowy jak predator, i podszedł do nich, aby je otworzyć.
Spodziewał się Jacka lub Alany, ale widok Fredericka Chiltona ze zmierzwionymi włosami, zaróżowionymi policzkami i oddechem nierównym tak, jakby biegł co najmniej kilometr autentycznie go zaskoczył.
- Doktor Chilton? - zamrugał, zapominając na chwilę o własnych przytłaczających myślach.
Frederick najwidoczniej chciał coś powiedzieć, ale chwilę zajęło mu odzyskanie tej umiejętności i złapanie oddechu.
- Nie doktor.
Will, z dłonią wciąż spoczywającą na klamce, przekrzywił głowę, jeszcze bardziej skonfundowany.
- Proszę?
- Nie musisz mówić do mnie doktor. To tworzy między nami dziwną ścianę.
Graham zmrużył oczy, a jego ręka sama zadecydowała przesunąć się trochę tak, aby pokazać, że w każdej chwili może zamknąć drzwi i postawić fizyczną barierę.
- Masz na myśli, że kojarzy się z czasami, w których próbowałeś na mnie swoich psychologicznych eksperymentów i nietypowych metod?
Chilton uniósł ręce w obronnym geście, ale jednak opuścił wzrok na krótką chwilę, co nie umknęło uwadze Willa.
- Na swoje usprawiedliwienie, nigdy nie miałem zamiaru osiągnąć żadnych ekstremalnych rezultatów. Będziesz wypominał mi moje grzechy z przeszłości? Zwłaszcza teraz, gdy w końcu jesteśmy po jednej stronie barykady?
- Co tu robisz? - uciął mężczyzna z cichym, zmęczonym westchnieniem.
Wizyta Chiltona była mu bardzo nie na rękę, szczególnie w tym momencie, w którym próbował zebrać myśli i najpotrzebniejsze rzeczy, aby przygotować się do wyjazdu.
- Usłyszałem, że wyszedłeś ze szpitala i chciałem… hm, spytać jak się czujesz – jawnie skłamał Frederick, spoglądając ponad ramieniem Willa niedyskretnie, zupełnie, jakby spodziewał się tam zobaczyć wielką walizkę podpisaną „rzeczy na podróż po kanibala” - Nie za wcześnie na wyjście? Myślałem, że potrzymają cię trochę dłużej.
- Cięcie było chirurgiczne i nie uszkodziło żadnych organów – powiedział Will, starając się nie ładować żadnych emocji w to, co mówił.
Stanie w drzwiach robiło się odrobinę niezręczne, ale Chilton był nieugięty.
- Dawno mnie tu nie było – powiedział bardziej radośnie, niż powinien, aby zabrzmiało to normalnie – Niestety, nie wspominam tamtej wizyty z radością. Jedynym pozytywnym elementem był chyba prysznic.
Will przyglądał się doktorowi przez dłuższą chwilę; wyczytanie czegokolwiek z jego twarzy było niewykonalne. A potem westchnął znowu, ramiona rozluźniły mu się i opadły, a on cofnął się do mieszkania, aby zrobić miejsce.
Krótkiego zaskoczenia na twarzy Chiltona nie można było pomylić z niczym innym – najwyraźniej nie spodziewał się, że Graham zaprosi go do środka. Szybko zastąpił tą ekspresję uśmieszkiem pełnym samozadowolenia i minął drugiego mężczyznę w drzwiach, poprawiając marynarkę.
- Hm, tego zapachu nie da się z niczym pomylić. Cześć, pieski. No tak, już dobrze-- ej, nie skacz, spokojnie, nie chcemy żadnych pazurów na tym materiale, naprawdę nie chcemy.

*

Chiltonowi udało się zająć czas Willa przez następne parę godzin. Udało mu się także nie poruszyć tematu Hannibala Lectera więcej niż dwa razy.
No, może trzy. W porywach do czterech. A ponad pięć to już na pewno nie wyszedł.
W zamian tego opowiedział Grahamowi o stanie, w jakim znajdowali się aktualnie Jack i Alana, ponieważ sam osobiście sprawdził to parę dni wcześniej – agent FBI miał się zadziwiająco dobrze i wrócił do swojej pracy najszybciej, ze wzmożoną intensywnością. Jego rozmowa z Chiltonem była krótka i konkretna, a temat Lectera został dość brutalnie ucięty.
- Jeśli będę potrzebował twojej pomocy, Chilton, odezwę się, nie musisz się martwić. Na razie powinniśmy się skupić na powracaniu do dawnego rytmu życia i pilnowaniu swoich nosów... i organów. I psychiki Willa Grahama. Słyszałem, że odwiedziłeś go w szpitalu, doktorze.
Ten fragment opowieści Chilton ominął w swojej opowieści. Pominął też swoją odpowiedź na ten ponury, niebezpośredni zarzut wpływania źle na jego zdrowie.
- Jack, jedyna osoba, która zagraża zdrowiu psychicznemu Willa zniknęła. Moje intencje są czyste. A jeśli chcemy, żeby myśli Willa i takie pozostały, cóż… Wiesz, czego to wymaga.
Crawford przyglądał mu się bardzo długo zanim powiedział.
- Gdy leżeliśmy w szpitalach, przegapiliśmy dwa dość interesujące morderstwa. Przydałaby mi się… asysta.
O tym Frederick wspomniał i mógłby przysiąc, że w oczach Grahama błysnęła mała, maleńka iskierka, kiedy uniósł wzrok znad kubka kawy.
- Och… W takim razie chyba odwiedzę go jutro.

Chilton zatańczył mentalny taniec zwycięstwa.

3 komentarze:

  1. No dobra, nie jest to hannigram, przez co jeszcze wczoraj byłam nieco zawiedziona. Ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie byłam też mocno zaciekawiona XD
    I wiesz co? To dopiero pierwszy rozdział, a ja już kocham to opowiadanie. Charaktery postaci są tak dobrze przedstawione, chyba żaden bohater/ka nie wyszedł/szła Ci OOC, więc tutaj duży plusik, bo postacie w "Hannibalu" są pokomplikowane i ciężkie, mają problemy psychiczne, etc.
    Poza tym jest Beverly, więc jestem przeszczęśliwa i nie mogę się doczekać interakcji w team!sassyscience, bo tak mi ich brakowało po jej śmierci ;_;
    Co do samego chillywilly... Kocham tę nazwę, a do samego shipu się przekonuje. Mimo, że do tej pory shipowałam hannigrama, a nie przepadam jednej osoby shipować kilkoma postaciami, to chyba będę musiała dla nich zrobić wyjątek. Bo chociaż jeszcze chillywilly aż tak u mnie nie propsuje to jestem pewna, że im dalej się zagłębie w ten ship, tym prędzej ich razem polubię.
    Nie, właściwie to już mam rzecz, którą u nich lubię: rozmowy. Nawet w serialu strasznie mi się podobały wszelkie interakcje między nimi, ale wtedy nawet mi przez myśl nie przeszedł pairing z nimi - byłam wpatrzona w hannigrama. Ba!, nawet na ao3 widziałam jedynie opowiadania Chilton/Hannibal, a nie Chilton/Will, dlatego odkrycie tego shipu było dla mnie spoooorym zaskoczeniem.
    Na razie jeśli chodzi o ranking shipów hannibalowych, chillywilly zajmuje ostatnie, czwarte miejsce. Ciekawe jak szybko dzięki temu opowiadaniu się to zmieni XD Jednak -uwaga uwaga- na pierwszym miejscu wcale nie stoi hannigram! Hannigram nie jest moim serialowym OTP, bo mam jakąś manię, aby jak na złość bardziej ekscytować się pomniejszymi pairingami, o których większość fandomu zapomina XD No bo hej, preller (Jimmy Price/Brian Zeller) rządzi i nawet aktorzy to shipują, i to mi łamie serduszko, bo było tak niewiele scen z nimi ;_;
    No dobra, ale wracając do opowiadania: szczerze nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału. Wszystko mi się tam podobało, a postać Chiltona przedstawiasz w tak chiltonowy sposób, że awwjduweiw <3 I to bardzo przyjemna odmiana od hannigramowych ficków, w których jest tylko ból, łzy i cierpienie. Chillywilly jest urocze i może być nawet fluffem, a ja kocham fluff najbardziej na świecie C: Kurde, to już kolejna rzecz, w której chwillywilly wygrywa z hannigramem, help XD
    Tak czy inaczej, na pewno będę dalej czytać. Tylko gdybyś nagle postanowiła nas, czytelników, pomęczyć angstem to nie uśmiercaj Beverly plz nie zniosę jej ponownej śmierci ;-;

    OdpowiedzUsuń
  2. Jejku. Nie mam pojęcia od czego zacząć komentarz ;-;
    To może tak: kilka dni temu zagłębiałam się w przepastnych przepaściach internetu i wyłam z rozpaczy jakie to niektóre yaoi są beznadziejnie. Jak to autorki najwyraźniej mają IQ na poziomie sfermentowanego jogurtu. A potem trafiłam tutaj i mi przeszło. Przez całą noc nie mogłam oderwać się od kolejnych rozdziałów (wszyscy wiemy jak to się kończy. #feellikezombie)
    Musiałam się naprawdę mocno pilnować, żeby nie wybuchnąć głośnym, niepohamowanym śmiechem i nie obudzić wszystkich mieszkańców. Tydzień z bielizną Shizuo był cudowny c':
    Twoje ff o Nędznikach uwiodło mnie do tego stopnia, że następnego dnia wypożyczyłam książkę. Warto zaznaczyć, że z własnej woli po literaturę klasyczną sięgam naprawdę rzadko. Wydaje mi się, że napisałam wszystko co siedziało mi w głowie. I tak jak na innych blogach nie komentuję, tak ten jest tego wart -w-

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przypomniała mi się jeszcze jedna sprawa. Mianowicie w kilku notkach wspominałaś o drugim blogu, ale jest otwarty tylko dla gości. Fajnie byłoby przeczytać również to, co tam piszesz. Jakbyś mogła dać mi znać czy dostanę zaproszenie, czy też nie będę wdzięczna :)

      Usuń