we, fujoshis

yaoinfo

fanpejdż: ~klik~
mój numer gg: 37209209
mój kanał na youtube: ~klik~

wtorek, 26 kwietnia 2016

Nasze blizny rozdział 3

Ten rozdział jest ciut bardziej luźny niż dwa poprzednie. Ale to tylko dlatego, że następne znowu będą całkowicie angstowe. Planuję też napisać osobny Hannigramowy rozdział, taką jakby retrospekcję, więc w sumie... wilk syty i owca cała?

_______________________________________

Chiltona obudziła dziwna i nagła mokrość na twarzy. Czyżby poślinił się przez sen? Myśl ta była tak uwłaczająca, że – pomimo ogromnego kaca i bólu pleców – momentalnie zerwał się do pozycji siedzącej i otarł policzek.
Zaskoczone szczeknięcie, które powitało jego powrót do żywych było wystarczającym rozwianiem jego wątpliwości. Ten sam pies, który poprzedniego dnia z ogromnym zainteresowaniem obwąchiwał jego spodnie, aktualnie stał przednimi łapkami na kocu, który przykrywał kolana Chiltona, i radośnie machał ogonem.
Frederick nieco nieudolnie poklepał psa po głowie; nie licząc bardzo wczesnego dzieciństwa sam nie miał nigdy zwierząt i niezbyt wiedział co począć z taką kulką radości, ani jak okazać jej sympatię, aby nie zrobić czegoś nie tak. Przeczesał dłonią włosy i rozejrzał się po pomieszczeniu. Oprócz niego samego i małego psa nie było w nim nikogo. Wnioskując po dopiero jaśniejącym niebie pora była bardzo wczesna i sam gospodarz pewnie spał jeszcze na górze. Korzystając z tej okazji, były doktor czmychnął do swojego zaparkowanego pod domem Grahama samochodu i wziął torbę z ciuchami na zmianę, którą przezornie ze sobą zabrał. Prysznica też nie musiał szukać długo – ba, pamiętał go aż zbyt dokładnie.
Godzinę później, gdy Will zszedł na dół, Frederick prezentował się godnie i wyspanie, choć nie dało się ukryć, że krzywił się lekko na każdy głośniejszy dźwięk. W kuchni stał zaparzony cały dzbanek kawy – dość taniej, co zauważył Chilton z niesmakiem. Psy natomiast obudziły się wcześniej niż ich pan i, odkąd zobaczyły, że dziwny gość dalej jest w domu, nie opuszczały go na krok.
Słysząc kroki dochodzące od strony schodów, Frederick odwrócił się i uniósł kubek kawy na przywitanie, nienachalnie lustrując Willa spojrzeniem. Włosy mężczyzny były w jeszcze większym nieładzie niż zwykle, szara koszulka przesiąknęła potem w kilku miejscach, a na nogach Graham miał tylko białe bokserki. Przecierał zaspane oczy i, pomimo tego niesamowitego nieładu, który wręcz oblepiał jego postać, wciąż dawał radę wyglądać jak pierdolony disneyowski książę.
- Czemu masz na sobie garnitur? - wymamrotał na dzień dobry, pochylając się, aby poklepać pierwszego psa, który przybiegł mu na przywitanie.
Frederick skrzywił się i przygładził marynarkę.
- Nie widzę powodu, dla którego miałbym go na sobie nie mieć.
- Wyrzucili cię z pracy, jesteś bezrobotny, nie musisz się już tak stroić – ziewnął Graham, mijając go bezceremonialnie, roztaczając wszędzie woń snu i potu – O, proszę, powód.
Chilton oparł się o blat kuchenny i przekrzywił głowę, obserwując nalewającego sobie kawę szatyna.
- Twoje psy łaziły za mną krok w krok – powiedział, ni to oskarżającym tonem, ni to aby podtrzymać rozmowę.
- Chciały, żebyś wypuścił je na dwór – odparł Graham, nie patrząc mu w oczy.
To było dla niego typowe, bardzo rzadko patrzył ludziom w oczy, chyba, że był czegoś bardzo pewny i chciał coś osiągnąć. Frederick otrząsnął się lekko z tej automatycznej psychoanalizy i pociągnął kolejny łyk kawy.
- Hm. Przykryłeś mnie kocem.
Tym razem Will spojrzał na niego przelotnie, marszcząc nieco brwi.
- Nocami jest tu zimno – wzruszył ramionami delikatnie, wciąż popijając kawę.
- To, że nie musiałem spędzać tej pierwszej nocy poza domem w jakimś motelu, całkowicie na trzeźwo... hm, było mi niesamowicie na rękę, panie Graham.
Tym razem mężczyzna patrzył na niego już otwarcie, a po kilku sekundach bardzo skonfundowanego wgapiania się w twarz Chiltona jego rysy złagodniały nieco i… parsknął śmiechem.
- Ubierasz podziękowania w bardzo ciekawe słowa, dok… um, panie Chilton.
Frederick wywrócił oczami, ale nie skontrował tego stwierdzenia; na rękę było mu też, że został zrozumiany i nie musiał nic powtarzać i wyjaśniać.
- Dopiję kawę i nie będę więcej przeszkadzał – powiedział w końcu, odwracając wzrok.
Prawda była taka, że – chociaż robił wszystko, aby tego po sobie nie pokazać – bardzo nie chciał nigdzie jechać. Nie chciał tracić tego jedynego towarzystwa, jakie wydało mu się w momencie całkowitej porażki odpowiednie, nie chciał, przynajmniej jeszcze nie, stawać przed realnością tego, co się stało.
- Jak uważasz – Will skinął głową lekko i odłożył pusty kubek na stół, po czym odszedł w kierunku łazienki.
Gdy woda przestała szumieć, a Graham wyszedł z powrotem do pokoju, susząc włosy ręcznikiem, Chilton wciąż stał przy blacie kuchennym, minimalnymi łyczkami sącząc całkowicie zimną już kawę.
- Dziś wieczorem Brian zaprasza wszystkich na urodzinowe drinki po pracy – powiedział Graham, jakby zupełnie od niechcenia, i wypuścił psy na dwór.
Frederick oblizał nieco spierzchnięte usta i przestąpił z nogi na nogę, aby ukryć to, że coś zdecydowanie dziwnie przekręciło mu się w żołądku. Nawet Willa Grahama ludzie zapraszali na wyjścia do barów.
- Na pewno będziecie bawić się znakomicie – odparł z wyższością i zajął się obserwacją swoich paznokci – Wprost nie mogę sobie wyobrazić jak rozrywkowe musi być spędzanie czasu z ludźmi, którzy na co dzień zajmują się badaniem zwłok wypchanych stokrotkami.
Nie musiał patrzeć na Grahama, żeby wiedzieć, że ten podlec uśmiecha się pod nosem.
- Za czasów swojego doktorowania zajmował się pan ludźmi, którzy podrzucali nam takie zwłoki – mruknął, a po tym nastąpiło ciche westchnięcie – Jeśli ma pan ochotę, panie Chilton, może pan pójść tam ze mną.
Przełknięcie kawy jeszcze nigdy nie było tak trudne.
- Niech będzie.

*

- Co on tu robi.
Beverly brzmiała na równie rozbawioną, co zaskoczoną, gdy Will przybył na miejsce ich spotkania z niespodziewanym towarzystwem. Wciąż ubranym w swój garnitur, wciąż z perfekcyjnie ułożonymi włosami i wyrazem bezbrzeżnej rozpaczy czającym się gdzieś w zielonych oczach.
Zanim jednak Will zdążył cokolwiek wyjaśnić – na przykład to, że po prostu wzięło go na litość, całkowicie ludzko i bez żadnych podwójnych motywów – coś całkowicie odwróciło jego uwagę od tematu rozmowy.
- Pytanie, co ona tu robi – burknął.
Do baru, w którym siedzieli całą piątką – on, Bev, Brian, Jimmy i, ponuro wyglądający, Chilton – weszła rudowłosa postać i bez zastanowienia zajęła miejsce przy ich stoliku. Freddie Lounds, ubrana trochę mniej formalnie niż zwykle, całkowicie zignorowała charakterystyczne spojrzenie Grahama zarezerwowane specjalnie dla niej i uśmiechnęła się promiennie.
- Dobrze, że siedzicie blisko parkietu, w takim tłumie trudno byłoby was znaleźć. Cześć, Freddy.
Wszyscy, z wyjątkiem bezpośrednio zaadresowanego mężczyzny, odwrócili się w jego kierunku z zaskoczeniem. Był to pierwszy raz, kiedy na światło dziennie wyszło to, że ta dwójka ma ze sobą jakikolwiek kontakt. (Z wyjątkiem, oczywiście, tego razu, kiedy dziennikarka podtrzymywała jego funkcje życiowe po tym jak Gideon go wybebeszył.) Chilton zaczerwienił się lekko na to przezwisko, ale uśmiechnął do kobiety zgryźliwie i pociągnął kolejny łyk ze swojej szklanki, tym samym nieco izolując od pozostałych.
- Zaprosiłeś ją? - zapytał Will, nieco bardziej agresywnie niż zamierzał.
Frederick spojrzał na niego z mieszaniną wyrzutu i zmęczenia. Wyglądało na to, że jego usilne starania, aby utrzymać pewną siebie i wyniosłą pozę doznały znacznego uszczerbku w ciągu dnia. Pomimo tego były doktor zdobył się na odrobinę jadowitości.
- Nie mam w zwyczaju zapraszania ludzi na nie swoje uroczystości.
- Często przychodzę w to miejsce się napić – wzruszyła Freddie ramionami i, ku zaskoczeniu wszystkich, jej wzrok spoczął na Beverly, a na usta dziennikarki wpełzł trudny do odczytania uśmieszek.
Ramiona Willa widocznie się napięły, a szczęka drgnęła delikatnie, gdy spojrzenie rudowłosej powędrowało od niego do Chiltona i z powrotem, a w oku błysnęła zainteresowana iskierka. Ostatnie, czego było mu trzeba, to kolejna seria artykułów o swojej osobie.
- Dzisiejszego dnia koncentrujemy się na dobrej zabawie – przerwał ponure milczenie Jimmy Price, szturchając Willa i stukając swoją szklanką o szklankę Chiltona – Nie rozmawiamy o pracy, o zwłokach, o rzeczach i sytuacjach, które nas dzielą. Pijemy alkohol i dobrze się bawimy, bo, bóg nam świadkiem, należy się to nam wszystkim.
- Zgadzam się – zaszczebiotała Freddie i uniosła do góry drinka, z którym już do nich przyszła – Cóż takiego świętujemy?
- Moje urodziny – Brian Zeller wyszczerzył zęby – I, serio, za gadanie o pracy będą karne szoty.
- Jeśli ktoś ma pracę, o której może rozmawiać – wtrącił półgłosem Frederick, ale uniósł swoją szklankę.
Komentarz ten wywołał kilkusekundowe, niezręczne milczenie, które wszyscy zgodnie zapili alkoholem. Powodem, dla którego Brian nawet nie mrugnął okiem, widząc plus jeden, które przyprowadził Will, był zapewne fakt, że wciąż miał wyrzuty sumienia. Wszyscy wiedzieli jak bezwzględny był dla niego podczas przeszukania, gdy wszyscy myśleli, że to Chilton jest Rozpruwaczem. Każde z nich, jak Will przypuszczał, czuło chociaż drobne ukłucie żalu, widząc starannie zakrytą makijażem bliznę na policzku mężczyzny.
I on, chociaż wcześniej miał zbyt wiele innych rzeczy na głowie, aby o tym myśleć, poczuł to delikatne ukłucie.
- Za nowe początki – powiedział cicho, unosząc swoją szklankę.
Chilton drgnął delikatnie i uniósł wzrok znad swojej, prawie już pustej. W jego oczach czaiło się niepewne oskarżenie, zupełnie jakby podejrzewał, że Will się z niego nabija albo próbuje zrobić mu na złość. Graham, jak bardzo nie lubił kontaktu wzrokowego, ten wytrzymał. Spuścił oczy dopiero wtedy, gdy niepewność wyparowała z rys byłego doktora i zamieniła się w swego rodzaju zrezygnowane podziękowanie.
- Za lepsze początki – podjął Brian.
I wszyscy się napili.

*

I pili zgodnie przez następne minuty i godziny. Zdarzyło się parę rzeczy, które na trzeźwo byłyby dla Grahama dość ciężkie do wyobrażenia; na przykład Beverly i Freddie tańczące obok siebie do silnie zremiksowanej piosenki Justina Timberlake'a albo Jimmy udający przez telefon nowego chłopaka Briana, gdy dobijał się do niego jeden z jego okropnych byłych.
Frederick wciąż mało co się odzywał; wymienił kilka zdań z Brianem, który chyba w stanie upojenia alkoholowego postanowił wziąć na swoje barki rozbawienie byłego doktora w jakikolwiek sposób, rozmawiał też z Freddie. Willa zaskoczył sposób, w jaki kobieta delikatnie położyła dłoń na ramieniu Chiltona i domyślił się, że próbuje go pocieszyć. Ku jego jeszcze większemu zaskoczeniu, jej słowa musiały zadziałać, bo mężczyzna uśmiechnął się lekko i nawet zaśmiał.
Graham nie przywykł do widzenia tej dwójki bez zasłony ich profesji i reputacji, więc patrząc poczuł się trochę, jakby przeszkodził w czymś prywatnym.
W pewnym momencie Brian poszedł na parkiet, a Chilton przeprosił wszystkich i udał się w kierunku toalet.
Czując przyjemny szum alkoholu w głowie, Will rozluźnił się na tyle, żeby w końcu spojrzeć na Freddie i odezwać bezpośrednio do niej.
- A więc, Freddie – uśmiechnął się lekko i nieszczerze, na co ona odpowiedziała uśmiechem podobnej natury – Ty i Chilton? Jak długo to trwa? Cóż takiego was połączyło?
Rudowłosa, ku zaskoczeniu wszystkich, a samego Grahama najbardziej, wybuchła śmiechem.
- Tyle pytań, panie Graham, czuję się, jakby nasze role się zamieniły – otarła łzę, uważając na makijaż.
- Może najwyższa pora – Will wzruszył ramionami i pociągnął kolejnego łyka whisky.
- A więc, dobrze – mruknęła dziennikarka, bawiąc się swoją wysoką i cienką szklanką – Zaspokoję pana ciekawość. Ja i Frederick nie jesteśmy połączeni w taki sposób, w jaki pan myśli. Uważam go, ku własnemu przerażeniu, za dobrego przyjaciela, ale nic więcej z tego nie ma. I, obawiam się, że nie istnieją żadne szanse na to, iż kiedykolwiek będzie.
Will zmarszczył brwi i przekrzywił głowę. Dobrze widział, że, pomimo wyszukanego słownictwa, Freddie jest pijana. Tak samo zresztą jak on i zapewne wszyscy, którzy przyszli tego dnia do baru na ich kameralne spotkanie. Bycie pijanym w towarzystwie dziennikarki nie było najmądrzejsze ani najbezpieczniejsze. Jednak osoba, która przez długie miesiące pogrywała z Hannibalem Lecterem inaczej podchodziła do spraw niebezpieczeństwa. Wspomnienie zakuło go niespodziewanie i mocno; starając się niczego po sobie nie pokazać, przełknął ślinę i podjął słowną grę.
- A to dlaczego, panno Lounds? - spytał, czując, jak słowa gładko opuszczają jego usta, owijając się wokół języka.
- Ponieważ, poza kwestiami związanymi z pracą, mężczyźni mnie nie interesują.
I, bez wątpienia, jej wzrok spoczął na Beverly i Freddie uśmiechnęła się delikatnie. Tym razem, kobieta odwzajemniła uśmiech, chociaż z delikatną nutą rozbawienia. Will zamrugał.
- Ach… - dość szybko, choć z zaskoczeniem przetrawił tę informację – Rozumiem. Czy biedny pan Chilton wie o tym jak się sprawy mają?
Na myśl o tym, że jedyna kobieta, która wykazuje jakiekolwiek zainteresowanie byłym doktorem jest lesbijką, Graham poczuł bardzo okrutną chęć wybuchnięcia śmiechem. Hannibala rozbawiłoby to tak bardzo, szepnęło coś w jego głowie i musiał wziąć bardzo głęboki oddech. Alkohol tylko pozwolił tym ciemnym, nieuleczalnym mackom zacisnąć się wokół jego trzeźwi. Od Lectera nie było ucieczki.
Freddie, raczej nie zauważając jego zmagań z zainfekowaną podświadomością, dość leniwie odwróciła się w stronę parkietu i uniosła brwi delikatnie, po czym jej wzrok z powrotem spoczął na Willu. Bez pośpiechu napiła się swojego drinka.
- Biedny pan Chilton doskonale o tym wie i… ach, myślę, że ani troszkę mu to nie przeszkadza.
Po czym, zupełnie jakby od niechcenia, wskazała ruchem głowy na zapełniony ludźmi parkiet. Will, Beverly i Jimmy zgodnie skierowali tam swoje spojrzenia. Ostatnia dwójka musiała zauważyć cokolwiek, co Freddie miała na myśli szybciej niż on - Graham usłyszał od ich strony zduszone okrzyki i ciche parsknięcia. Alkohol i mgła wspomnień, jednocześnie przerażająca i kusząca, trochę spowolniły jego spostrzegawczość. Jednak, gdy sam ujrzał to, na co patrzyło już wiele osób, całkowicie zaniemówił.
Chilton najwidoczniej odrobinę zabłądził wracając z toalety. Solenizant Brian natomiast zrezygnował z tańczenia na stole i był dość aktywnie zajęty przyciskaniem rzeczonego Chiltona do ściany, z kolanem między jego nogami, dłońmi na jego biodrach i językiem w jego ustach. Frederick Chilton nie pozostawał dłużny; jego własne dłonie dość konwulsyjnie szarpały kręcone, ciemne włosy Briana i mężczyzna najwyraźniej nie miał nic przeciwko dwóm górnym guzikom koszuli, które z jakiegoś powodu były rozpięte, zaczerwienionej twarzy i włosach w całkowitym nieładzie.
Will przełknął ślinę, czując, że w ustach nagle całkowicie mu zaschło. Jego umysł krzyczał znakami zapytania; ciemna mgła całkiem wyparowała, dawno zapomniana.
- Cóż – powiedział w końcu Jimmy, drapiąc się po głowie – Wyglądają na zadowolonych. Ale chyba zaraz będziemy musieli ich rozdzielić.
- Jak teraz tak na to patrzę – mruknęła Beverly, zwracając się trochę bardziej do Freddie niż całej reszty – to dość oczywiste, że Chilton jest gejem.

- Prawda? - rudowłosa uśmiechnęła się szeroko i uniosła szklankę do góry – Za solenizanta. I za gejów. 

5 komentarzy:

  1. super <3 czekam na Supernatural

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam do Ciebie mega prośbę, może dałabyś radę napisać kolejnego slasha o tematyce until dawn ( najbardziej interesują mnie josh i chris) bo przeczytałam u Ciebie jednego... I się zakochałam! Byłabym przeogromnie wdzięczna :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam wielką nadzieje, że napiszesz jeszcze coś z drrr ��

    OdpowiedzUsuń
  5. hyyyy, no i co dalej? w sumie dawno tu nie byłam, więc stwierdziłam, że nadrobię. Powiem szczerze, że się wkręciłam =)
    nigdy nie czytałam takiego parringu, ale zadziwiająco lekko się to czyta. Z niecierpliwością będę czekać na ciąg dalszy.
    Pozdrawiam i życzę dużo weny!
    Sara

    OdpowiedzUsuń