we, fujoshis

yaoinfo

fanpejdż: ~klik~
mój numer gg: 37209209
mój kanał na youtube: ~klik~

środa, 13 kwietnia 2016

Nasze blizny rozdział 2

Odzew był średni i zapał troszeczkę (ale tylko ciut troszeczkę) mi opadł. Niedostatecznie jednak, bo wciąż się tymi panami jaram mocno! Mam nadzieję, że wszyscy się niedługo przekonają ;w; Bardzo cieszyłabym się z jakichkolwiek komentarzy C:

_______________________________________

Beverly Katz odsunęła się od zwłok, które tego ranka przywieziono do badania i odwróciła w kierunku drzwi, słysząc dobiegające zza nich przytłumione głosy. A w momencie, w którym te drzwi się otworzyły a do sali weszły trzy osoby, nie była w stanie stwierdzić której obecność bardziej ją zaskoczyła.
Jack nie był żadną niespodzianką. Był nią natomiast Will z dość ponurym, spiętym wyrazem twarzy, który nieco złagodniał na jej widok. I był nią Frederik Chilton, idący w sposób odrobinę zbyt nonszalancki.
- Dobrze cię widzieć, Will – powiedziała, gdy mężczyźni zbliżyli się do niej i do ciała.
- Z wzajemnością, Bev – odpowiedział tamten, nawet delikatnie się uśmiechając.
Kobieta zauważyła krótkie, podejrzliwe spojrzenie, jakim zmierzył ich dwójkę doktor, a potem jego wzrok spoczął na ciele i mężczyzna zbladł nieznacznie. Najwidoczniej jednak ostatnie miesiące jego życia i próby zamachów na nie trochę go zahartowały, bo utrata odrobiny kolorów z twarzy i zaciśnięte usta były jedynymi oznakami nerwowości jakie okazał.
- Co tu mamy, Beverly? - zapytał Jack, krzyżując ramiona na piersiach.
- Przywieźli go godzinę temu. W dokładnie takim stanie, zupełnie tak, jak dwie poprzednie ofiary – Beverly przestała analizować sytuację towarzyską w jakiej się znajdowali i przełączyła całkowicie na tryb pracy – Vincent Guston, trzydzieści sześć lat, bezdzietny, rozwodnik.
- Co jest… - wymamrotał Frederick, gdy skończyła mówić, a potem odchrząknął, zapewne, aby nadać swojemu głosowi nieco pewniejszej barwy – Co to jest, tam w środku?
- To, co znaleźliśmy w środku dwóch pozostałych. Sprawca oddzielił skórę od ciała, nie całkiem precyzyjnie, ale nie niechlujnie. Cięcie zaczynał… albo zaczynała… od serca, ściągał skórę i, hm, robił to.
A mówiąc to Beverly miała na myśli fakt, że skóra, wypchana czymś tak, aby przypominać całego człowieka, została położona tuż obok obdartego ciała, a dłonie obu tych części zostały splecione.
- Uroczo – Chilton uniósł brwi i otrząsnął się delikatnie.
- W środku są stokrotki. Pełno stokrotek.
I, chociaż to ustalili już przy pierwszych zwłokach, Jack i Beverly z zaskoczeniem spojrzeli na Fredericka, który momentalnie wtrącił:
- Hm, stokrotki symbolizują czystość i niewinność. To znaczy, jeśli mówimy o, ee, chrześcijańskim postrzeganiu stokrotek. Bo w nordyckiej mitologii kręciły się bardziej wokół sensualności i płodności… - chyba zauważył jak patrzą na niego agenci, bo na jego policzkach znowu pojawiło się trochę koloru – Hm, jeśli dobrze pamiętam.
Will nie wykazał większego zainteresowania tym kwiatowym wywodem, bo w skupieniu przyglądał się zwłokom.
- Znał swoje ofiary – powiedział w końcu.
Beverly wymieniła z Jackiem szybkie spojrzenie. Will znów znajdował się w tym swoim charakterystycznym stanie, kiedy mówił do nich jakby zza ściany. Najwyraźniej Chilton widział go takim po raz pierwszy, bo przyglądał się mężczyźnie ze słabo ukrywanym zainteresowaniem i lekko rozchylonymi ustami.
- Tą trójkę łączyła tylko płeć – zaoponował Jack, marszcząc brwi – Blake Tobler miał sześćdziesiąt lat, był wdowcem i pracował w aptece. Poza pracą nigdzie nie wychodził. Kevin Withers w tym roku powinien kończyć dwadzieścia dziewięć lat, pracował w firmie bogatego tatusia i wszystkie pieniądze wydawał na seks i narkotyki, a ten tutaj dorabiał wykładając towar w sklepach i chodził na spotkania AA.
Will pokręcił głową, a na jego oblicze wkradła się delikatna irytacja, jakby zezłościło go to, że Crawford nie zrozumiał go od razu.
- Nie znał ich jako… przyjaciel czy znajomy. Chociaż za takiego się uważał, ale… oni najprawdopodobniej nie mieli pojęcia o jego istnieniu. Ale on… wiedział o nich wszystko. Intymnie.
Beverly zaczęła się zastanawiać, czy szczęka Fredericka Chiltona opadnie jeszcze niżej i czy ktoś zauważy, jak zrobi mu szybkie zdjęcie bez flesza, aby to uwiecznić.
- Czyli, co… Morderca chciał ich z czegoś oczyścić? Dlatego ściągnął z nich skórę, jak warstwę czegoś, i wypełnił ją stokrotkami?
Tym razem pokręcenie głową było gwałtowniejsze, a głos Grahama przeszywający i intensywny.
- Nie można nazwać tego oczyszczaniem, bo nie uważał ich za brudnych. Uważał ich za samotnych. W jego oczach to, co zrobił, było przysługą – mężczyzna w końcu odwrócił wzrok od ciała i spojrzał po zebranych szybko, jakby nieco spłoszony – Uwolnił ich od samotności. Dał im towarzyszy, czystych, niewinnych, aby ich nie skrzywdzili, aby razem z nimi stworzyli całość.
- W domach żadnej z ofiar nie było śladów włamania. Jesteś pewien, że nie znali sprawcy?
- Wpuścili go, to jasne. Nie wszedłby w żaden inny sposób, z jakiegoś powodu go wpuścili. Ale wciąż jestem pewien, że go nie znali. To nie miałoby sensu.
Jack skinął głową, najwyraźniej usatysfakcjonowany tą teorią.
- Za godzinę wyjeżdżamy obejrzeć miejsce zbrodni. Zajmijcie się sobą do tego czasu.

*

- Jeśli funkcjonariusze rozbudzają się taką kawą, to zupełnie nie dziwi mnie fakt, że Jack ciągle prosi cię o konsultacje. Przysięgam, jest zrobiona chyba z połowy łyżeczki i smakuje jak z taniego słoika, moje kubki smakowe płaczą.
Uniósłszy wzrok znad prostej, białej filiżanki z lekko wyszczerbionym uszkiem, w której podano im kawę, Chilton zauważył, że Will przygląda mu się z mieszaniną czegoś w rodzaju rozbawienia i zdenerwowania.
A potem miał czelność pokręcić głową, zupełnie, jakby Frederick był jednym z jego nieposłusznych psów.
- Hm – mruknął tylko i upił łyk swojej kawy.
- ...Co.
Chilton nie zwykł porzucać swojej Jestem Tak Bardzo Ponad Wszystko aury, ale to proste pokręcenie głową tak wytrąciło go z równowagi, że słowa tego nie wypowiedział, tylko je burknął w bardzo naburmuszony sposób.
- Zastanawiam się dlaczego Jack poprosił cię, żebyś dzisiaj przyszedł – mruknął szatyn.
Frederick przez chwilę wodził wzrokiem po jego twarzy; chociaż przyglądał mu się już wcześniej, dopiero w świetle kafeterii zauważył, jak duże są cienie pod oczami Grahama. Zapewne nie spał dobrze poprzedniej nocy, jeśli w ogóle. A już na pewno od dłuższego czasu się nie golił. Nie, żeby Chilton miał cokolwiek przeciw brodom. Sam jedną sobie wyhodował i był z niej niesamowicie dumny. I musiał przyznać, że na Willu wyglądała dość znośnie, chociaż na pewno nawet nie myślał o pielęgnowaniu jej i pozwalał rosnąć jak dzikiemu bluszczowi.
Odchrząknął i odłożył tą przebrzydłą filiżankę na stół z większą delikatnością, niż na to zasługiwała.
- Może chciał zasięgnąć mojej opinii. A może chciał się upewnić, że podczas pracy będzie przy tobie profesjonalista.
Will parsknął śmiechem – tak, śmiechem, i Frederick przez chwilę brał pod uwagę opcję wylania kawy na jego obrzydliwy zielony sweter.
- Nie potrzeba mi żadnego profesjonalisty, doktorze Chilton.
- A więc czego ci potrzeba, Graham? - Frederick uniósł brew, opierając łokcie na stole – Celu?
Wzrok drugiego mężczyzny był dziwnie pusty, gdy przesunął swoją filiżanką po stole, zupełnie jakby od niechcenia. A potem powoli oblizał widocznie spierzchnięte usta w zamyśleniu i powiedział bardzo cicho:
- Rozkojarzenia.

*

- Nie wierzę, że to mówię – Freddie Lounds skrzyżowała ramiona na piersiach, a na jej usta wpełzł odrobinę złośliwy uśmieszek – ale udało ci się zatrzymać Grahama na miejscu. No, przynajmniej na razie.
- Trzem morderstwom się udało – poprawił ją Chilton, szczerząc zęby w samozadowoleniu – Ja tylko byłem w dobrym miejscu i o dobrym czasie, aby mu o nich powiedzieć.
- Pięknie, tylko jak przekonasz go do współpracy? Graham jest uparty jak osioł. Duży osioł.
- Hm – Chilton przejechał dłonią po karku, a potem dopił resztki swojej whisky – Na razie, ee, wolę poczekać, aż przestanie wyglądać jak chodzący trup. Nie ma sensu rozmawiać z nim na tak drażliwe tematy, gdy jest przemęczony.
Jak w każdy piątkowy wieczór od kilku tygodni dwójka znajomych spotykała się na drinka (ewentualnie osiem) w ulubionym klubie Lounds, w którym leciała muzyka tak kiepska, że aż dobra, a po dwunastej wszyscy zaczynali tańczyć na stołach.
Ich znajomość zaczęła się w momencie, w którym Freddie odwiedziła go w szpitalu, zaraz po postrzale. Z jakiegoś powodu wywiad zamienił się w pełną przekomarzania rozmowę i umówili się na drinka. Jakikolwiek leżący pod tym wyjściem podtekst, o którego obecność równie się obawiali, przestał istnieć w momencie, w którym wypili na tyle dużo, aby przyznać się sobie nawzajem do dość istotnych spraw dotyczących swoich romantycznych i seksualnych upodobań.
Dlatego też wcale nie zaskoczyła Fredericka nagła zmiana kierunku tej rozmowy.
- Aw, Frederick, czyżbyś autentycznie się martwił o Grahama? Te słynne oczy szczeniaka zahipnotyzowały i ciebie?
- Graham nie przyda mi się na nic zestresowany i śpiący na siedząco – sarknął Chilton, podwijając rękawy swojej czarnej koszuli.
- Nie dziwię ci się, jeśli mam być szczera. To znaczy, nie wskoczyłabym na niego z oczywistych względów, ale rozumiem twoją słabość. Gdybym grała w tej drużynie co ty, pewnie wolałabym na nim leżeć niż o nim pisać.
Chilton poczuł gorąco wkradające się na jego szyję, uszy i policzki. I to nie z powodu dziwnych sugestii dotyczących Grahama, a z powodu łatwości i swobody, z jaką Freddie mówiła o takich rzeczach jak własna orientacja seksualna i seks, ogółem. Z jednej strony irytowało go to i krępowało, a z drugiej jej zazdrościł. Takie informacje o sobie trzymał raczej dla siebie – oczywiście zapytany odpowiadał szczerze i nigdy nie zaprzeczał temu, że jest gejem, jednak ludzie zakładali z góry, że jest ciągłym singlem z powodu pracy i mało kto go tak naprawdę o to pytał, a w konsekwencji wiedziała o tym tylko garstka.
W tym Freddie, która bardzo często używała tej informacji, aby się z nim droczyć i wprawiać go w zakłopotanie.
- Nie jestem na tyle zdesperowany, żeby interesować się byłym pacjentem, więźniem i obiektem chorej obsesji człowieka, który najchętniej wyrwał i zamarynowałby mój język, dziękuję bardzo – powiedział z wyuczoną godnością i kiwnął w kierunku barmana o kolejną szklankę.
- Cokolwiek powiesz – rudowłosa zaśmiała się cicho – A jak wygląda sprawa Zabójczej Stokrotki?
- Okej, po pierwsze – Frederick wywrócił oczami tak mocno, że przez chwilę było widać tylko jego białka – ktokolwiek wymyślił tą nazwę powinien być jego następną ofiarą, a po drugie, nie mam zamiaru być twoim źródłem informacji. Kombinuj tak jak tylko ty potrafisz, udawaj hetero, ja ci nic nie powiem.
Lounds westchnęła i wzruszyła ramionami.
- A jak ty się czujesz, Frederick? - zapytała znad swojej szklanki, a jej rysy odrobinę złagodniały.
Chilton przez chwilę przyglądał swoim paznokciom, a na jego usta wkradł się ledwie widoczny uśmiech.
- Coraz bardziej przyzwyczajony do dziury w głowie i mojego własnego domu. I bardzo żądny zemsty.
*

Kolejny tydzień minął w bardzo podobnej atmosferze. Od rana do późnego popołudnia Chilton chodził krok w krok za Jackiem i Willem, zastanawiając się jakim cudem ten pierwszy w ogóle utrzymał swoją pracę, skoro wszystkie mądre pomysły dotyczące sprawy brały się z głowy Grahama i okazyjnie wtrącając swoje trzy grosze, które zdawały się nikogo nie interesować. Wieczorami widywał się z Freddie, chyba, że akurat była zajęta. W takim wypadku wracał do swojego domu, wyczyszczonego z krwi, bardzo dużego i bardzo pustego.
Tego piątkowego wieczoru, całkowicie ignorując dość sarkastyczną odpowiedź Freddie na jego zaproszenie („Przepraszam, akurat dziś jestem poza miastem. Może odezwij się do innych przyjaciół?”), Frederick postanowił nadrobić swój ulubiony serial kryminalny i zjeść coś dobrego. W tym wypadku jedyne dobre cokolwiek, na które mógł sobie pozwolić objawiło się w postaci opakowanego ryżu z warzywami i sosem do mikrofali. Doktor zwykle jadał bardziej wyszukanie – jedzenie, oczywiście, było jednym z wielu elementów, o które należało zadbać ze względu na utrzymanie wizerunku – ale tego wieczoru był bardzo głodny i zmęczony, a poza tym nikt nie patrzył.
Idąc z gorącym jeszcze talerzem pełnym jedzenia, mężczyzna zapatrzył się w ekran dużego plazmowego telewizora, na którym akurat wyświetlana była jakaś idiotyczna reklama samochodu. Gdy siadał, jego kolano jakimś cudem uderzyło o kant stołu stojącego przed kanapą. Chilton skrzywił się z bólu, odskoczył, zaplątał we własne nogi i z cichym miauknięciem opadł na poduszki zupełnie jakby w zwolnionym tempie, a gorący ryż, sos i warzywa z talerza zsunęły się prosto na jego spodnie.
Jak można się było spodziewać, bolało. A Chilton, chociaż w swojej karierze był już rozcinany żywcem, duszony i przestrzelony, wciąż miał niewielką odporność na ból, więc przez przestronny pokój echem poniosła się fala bardzo niewyszukanych przekleństw.
Jakby tego było mało, chwilę później ktoś zadzwonił do drzwi frontowych. Klnąc pod nosem, ze spodniami upaćkanymi sosem i resztkami warzyw, i poparzonymi udami, Chilton gniewnie zerknął na ekranik znajdujący się obok drzwi, na którym kamera wyświetlała obraz wszystkiego, co działo się przed jego domem. A przed jego domem działa się w tym momencie Kade Prurnell i nie mogło oznaczać to niczego dobrego.
Otworzył drzwi, ignorując panikę zbierającą się ciężką chmurą w jego głowie, ściskającą jego wnętrzności. Starając się wyglądać na nieporuszonego, na tyle, na ile mógł z pobrudzonymi spodniami, i uśmiechnął się do kobiety kącikiem ust.
- Agent Prurnell, cóż za niespodzianka.
Kobieta nawet nie próbowała udawać, że cieszy się na jego widok, ani że ma ochotę być w tym miejscu. Zmierzyła go oceniającym, surowym wzrokiem z góry na dół, nieznacznie unosząc brwi na widok sosu i warzyw, ale komentarze pozostawiła dla siebie.
- Nie jestem pewna, czy to miła niespodzianka, hm, doktorze Chilton.
Ton, jakim wypowiedziała słowo doktor nie spodobał się Frederickowi. Ani trochę. Przełknął ślinę i dzielnie utrzymał swoją odważną minę.
- W takim razie miejmy ją za sobą. W czym mogę pomóc?
Kade Prurnell uśmiechnęła się, a Chilton pomyślał, że wolałby chyba oberwać zawartością dziesięciu gotowych posiłków z mikrofali niż patrzeć na nią chociaż sekundę dłużej.
- Bardzo chętnie porozmawiałabym o pańskim szpitalu.

*

Słysząc szczekanie psów, Will zerwał się na równe nogi, czując, jak strach ściska jego trzewia. Dochodziła trzecia nad ranem. Pięć sekund pomiędzy odgłosem pukania do drzwi i jego podejściem do nich były jednymi z najdłuższych sekund jego życia.
Po raz kolejny jednak w progu stał Frederick Chilton. Will westchnął głęboko i z irytacją.
- Doktorze Chilton – wymamrotał, przejeżdżając dłonią po twarzy – Zaczynam odnosić wrażenie, że mnie pan prześladuje.
- Nie „doktorze”.
Coś dziwnego i innego brzmiało w głosie Fredericka, ale, skoncentrowany na odchodzącym z jego ramion spięciu, Graham nie wyłapał tej zmiany.
- Nie sądzę, że ta godzina jest dobra na rozważania o dzielących nas ścianach, doktorze…
- N-nie mówię… Ha. Straciłem tytuł.
Dopiero w tym momencie Will autentycznie przyjrzał się stojącemu przed nim mężczyźnie. Ostatnim razem widział Fredericka Chiltona tak bezbronnego i rozebranego z wyszukanej otoczki, gdy przyszedł do niego pokryty krwią agentów FBI, których Hannibal zamordował, aby zrzucić na niego winę. Wtedy jednak był też roztrzęsiony i sfrustrowany, a aktualnie wydawał się zrezygnowany i mniejszy o kilka centymetrów.
- Och – odparł szatyn po dłuższej chwili i zamrugał – ...Hm, wejdź.
Chilton minął go szybkim krokiem i, całkowicie ignorując szczęśliwe na jego widok psy, ciężko siadł na pokrytej sierścią kanapie. Wydawał się ignorować też fakt, że przykleja się ona do jego drogiego garnituru, ale Will wątpił, że miało to dla niego w tym momencie jakiekolwiek znaczenie. Najmniejszy z psów, Buster, wskoczył na kanapę i z wielkim zainteresowaniem zaczął niuchać materiał spodni Fredericka, zupełnie jakby były czymś do jedzenia, a Chilton, z nieobecnym wzrokiem, klepał go po grzbiecie machinalnie.
Ten widok był jedną z najdziwniejszych rzeczy, które Will kiedykolwiek widział. Pomijając fantazyjnie obrobione zwłoki, oczywiście.
- Masz może… ee, coś do picia?
Graham, wciąż zaskoczony, skinął głową i po chwili przed Chiltonem stała butelka niezbyt drogiej whisky i czysta szklanka. Były, najwyraźniej, doktor nalał sobie nieskąpą ilość alkoholu, wypił pół tejże zawartości naraz i znów dolał do pełna.
- Co to znaczy, że straciłeś tytuł? - zapytał Will po chwili ciszy, zajmując miejsce na drugim końcu kanapy, prześwietlając mężczyznę wzrokiem.
Chilton zaśmiał się krótko i histerycznie, i na tyle głośno, że Graham wzdrygnął się lekko na ten nagły, pełen rozpaczy odgłos.
- To znaczy, że podczas śledztwa dotyczącego zbrodni, w które chciał wrobić mnie Lecter, z jakiegoś powodu dobrano się do dokumentów ze szpitala. Wszystkich. Bardzo szczegółowo.
- Ach – Will nie potrafił powstrzymać delikatnego uśmiechu, chociaż bardzo się starał – Niech zgadnę. Wszystkie twoje niekonwencjonalne eksperymenty wyszły na jaw? Nieortodoksyjne terapie?
Frederick skrył twarz w dłoniach, a gdy znów uniósł wzrok, w jego oczach czaiła się odrobina szaleństwa.
- Ilość pieniędzy, które będę musiał wyłożyć na odszkodowania i… pokrycie tych wszystkich kosztów… - pokręcił głową i jednym haustem opróżnił całą szklankę – Muszę sprzedać dom.
Will przyglądał się mężczyźnie z odrobiną współczucia wypisaną na zmęczonej twarzy. Można było powiedzieć, że Chilton doigrał się zupełnie słusznie i to, co się stało, całkowicie mu się należało. Ktoś mógłby jednak niewinnie zasugerować, że skradziona nerka, głowa przestrzelona na wylot i trauma związana ze znalezieniem martwych ciał we własnym domu oraz całym światem myślącym, że jesteś seryjnym kanibalistycznym mordercą wystarczyła już temu moralnie nie do końca poprawnemu doktorowi za karę.
- Przykro mi – powiedział w końcu i musiał przyznać, że nie było to kłamstwo – Możesz… to trochę nagłe, ale możesz to potraktować jako nowy start.
W pewnym sensie współczuł temu zadufanemu w sobie człowieczkowi, którego Hannibal najwyraźniej wybrał na uzewnętrznienie swojego czarnego humoru. Z Chiltona śmiali się współpracownicy, jego pacjenci nie darzyli go szacunkiem, seryjni mordercy robili z niego pośredni element rozrywkowy. Jak bardzo okrutne by to nie było, Will w pewnym sensie doskonale to rozumiał.
- Świetnie – odparował Chilton jadowicie, zaciskając dłoń na szklance, a to tylko potwierdziło wcześniejsze rozważania Grahama – Nowy start brzmi śmiesznie w ustach człowieka, który autodestrukcję traktuje jak sport i uprawia ją codziennie. Naprawdę poprawił mi pan humor, panie Graham, nie mogę doczekać się mojego nowego startu bez domu, pieniędzy i pracy. I nerki.
Will milczał, ani trochę nie urażony. Jeśli już, pełen jadu monolog Chiltona odrobinkę go rozbawił.
- W takim razie czy to dobry pomysł samemu brnąć w autodestrukcję? - mruknął, gestykulując w kierunku szklanki.
Chilton parsknął sfrustrowany i nalał sobie więcej.
- A co innego mi pozostało? Chcę przestać myśleć – wycedził przed wypiciem kolejnych paru łyków, a gdy mówił dalej, jego słowa były już odrobinę mniej wyraźne – Pewnie wiedział, że to się stanie, ten absolutny skurwysyn. Że nawet jeśli udowodnią moją niewinność, to śledztwo zabierze mi całą resztę.
Will już otwierał usta, aby zaprzeczyć, ale uświadomił sobie, że Chilton mówi prawdę. Poza pracą, domem i wizerunkiem nie miał nikogo i niczego innego. Hannibal z pełną świadomością przekreślił całe jego życie.
Zawartość butelki zniknęła w zadziwiająco szybkim tempie, z ciągłym narzekaniem niedawno zwolnionego w tle, coraz mniej wyraźnym i trzymającym się kupy. Will siedział przy nim cierpliwie, zastanawiając się, jak można mówić tak dużo. Jak się spodziewał, Chilton zasnął. W pewnym momencie po prostu odłożył szklankę z resztką trunku, zamrugał ciężko, a jego głowa opadła do tyłu na oparcie kanapy. Całkowite zaśnięcie zajęło mu nie więcej niż pięć sekund. Will przez krótką chwilę przyglądał się twarzy Fredericka, która nawet przez sen była ściągnięta negatywnymi emocjami i naburmuszona. Widok ten z jakiegoś powodu wydał mu się wyjątkowo zabawny. Przykrył mężczyznę kocem, a sam udał się do sypialni na piętrze.


5 komentarzy:

  1. Ech... Nie oglądałam Hannibala więc za dużo skomentować nie mogę, ale czytam wszystko co twoje chociażby z powodu twojego genialnego stylu, a że poprosiłaś o komentarze to komentuję. Uwielbiam wszystko to piszesz, a to opowiadanie jest genialne nawet jeśli nie znam serialu na podstawie którego zostało napisane.
    Pozdrawiam i przesyłam wenę~

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja, prawdę mówiąc, nie bardzo wiem, o co chodzi, bo też nie oglądałam czy tam nie czytałam, więc nie znam się na tym, ALE:

    podobają mi się te rozdziały
    podoba mi się styl, jest taki trochę inny niż dotychczas, pięknie to ogarniasz
    lubię postacie, ciekawie je kreujesz
    ogólnie środki stylistyczne, których używasz - ciągle zbieram szczękę z podłogi
    no i plus DIALOGI
    aha, i jeszcze - fabuła!
    do tego budowanie napięcia, rózne scenki, sytuacje, zdarzenia - potrafisz zaciekawić nawet tych (jak ja haha), którzy nie mają pojęcia o pierwowzorze.

    Więc idę ochłonąć po tym rozdziale i będę czekać na next.

    Kuno ze słodkiego świata yaoi

    OdpowiedzUsuń
  3. Woooow^^
    Ale super widziec w polskim necie takiego cudnego ficzka z Hannibala! Kocham Cie za to :*
    I fajnie, ze wybralas wlasnie ten pairing! Jak dla mnie zapowiada sie fenomenalne opowiadanko!
    A Will jest cudny jak zawsze! I bardzo dobrze oddalas jego charakter!
    Sciskam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale jest ekstra~!
    Nie znam uniwersum, ale już mi się podoba! <3

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie oglądałam Hannibala, ale... wow, jest moc, dziewczyno~! <3
    Lubię to :3

    OdpowiedzUsuń