we, fujoshis

yaoinfo

fanpejdż: ~klik~
mój numer gg: 37209209
mój kanał na youtube: ~klik~

sobota, 8 listopada 2014

Talk math to me #4

Smutne pjosenki i zobaczcie, co tworzę. Na dworze robi się ciemno przed siedemnastą i wcale mi się to nie podoba. Sigh.
Myślałam, że będę w stanie pisać coś na studiach, ale mocno się przeliczyłam. Nie mam czasu, a gdy mam czas, nie mam możliwości, bo wszyscy mają sto tysięcy pomysłów na to, co można robić. Ale szykuje mi się teraz dużo dłuższych weekendów, więc postaram się jak najmocniej, żeby wstawić niedługo No.6 i inne niespodzianki.
A teraz dzisiejszy rozdział, za który przepłaszam.
______________________________________________________

- Nie chce mi się wierzyć.
            Jean nie patrzył na towarzysza; wzrok utkwił w zachodzącym słońcu, mentalnie wywracając oczami nad całą tą sytuacją i jej atmosferą.
            - Nic nie mówiłem, bo to, czy nasza szkoła zostanie gościnnie zaproszona, czy nie, długo stało pod znakiem zapytania – odpowiedział Marco, przyglądając się przyjacielowi kątem oka.
            - I mojego numeru też nie masz, żeby się zapowiedzieć, nie? – podciągnięte pod brodę kolana trochę stłamsiły głos chłopaka, ale wciąż brzmiał na zirytowanego.
            Z tym, że Marco bardzo dobrze go znał, więc tylko się uśmiechnął, odwracając wzrok.
            - Stęskniłem się – mruknął, wzruszając ramionami – Chciałem zrobić niespodziankę.
            Jean prychnął, teraz chowając twarz; zza opartych na kolanach rąk wystawały tylko oczy i gniewnie ściągnięte brwi.
            - Typowe – wymamrotał, a Marco wyszczerzył zęby.
            Dwa duże kamienie leżące na szczycie pagórka w niewielkim parku tuż za domem Jeana były od zawsze ich ulubionym miejscem do przesiadywania; nic dziwnego, że po niezręcznym przywitaniu i szybkim odwrocie Armina i Erena nogi poniosły tę dwójkę właśnie tam.
            - Więc… Armin daje teraz podwójne korepetycje? – Bodt przyjrzał się Jeanowi uważniej.
            Promienie słoneczne mogły zmienić w tym momencie kolor na czerwieńszy, mocniej oświetlając twarz Kirsteina, ale drugi chłopak nie był pewien, czy właśnie to się stało.
            - Nie, to Jaeger stwierdził, że nie może spuścić swojego chłopaka z oczu ani na momencik.
            Marco milczał przez dłuższą chwilę, przetrawiając to, co właśnie usłyszał.
            - Zdajesz sobie sprawę jak idiotycznie zabrzmiało to, co właśnie powiedziałeś, prawda? – spytał dość pogodnie, przekrzywiając głowę.
            Jean zamrugał zaskoczony, na moment porzucając minę i pozę wielce obrażonego, dużego dziecka. Zapomniał już jak Marco potrafi od czasu do czasu wyskoczyć z ostrymi słowami, wypowiedzianymi miodowo wręcz słodkim tonem, i jak dużo bardziej takie właśnie teksty go samego ruszają.
            - Niby dlaczego? – warknął, mrużąc oczy, bo promienie słoneczne mocniej przebiły się przez rzucające na ich dwójkę cień gałęzie.
            Marco westchnął i machnął ręką, a potem zaśmiał się cicho.
            - Tęskniłem za tym tak bardzo, że zapomniałem jaki uparty potrafisz być.
            - Ja za to nie zapomniałem jak bardzo mnie drażnisz.
            Otaczające ich przez następne chwile milczenie było spokojne, relaksujące i pełne wspomnień.
*
            Piłka zahaczyła o siatkę, zmieniła zwrot lotu i spadła na tą samą połowę boiska, z której została odbita. Armin zaklął pod nosem, a to zdarzało mu się nieczęsto, jeśli w ogóle.
            - Coś nie w sosie dzisiaj jesteś – mruknął Jean, z rękoma obronnie skrzyżowanymi na piersiach.
            - Nic nie mów – odburknął Armin cicho, nawet na niego nie patrząc.
            Atmosfera na treningu tego dnia nie należała do najprzyjemniejszych.
            - Jutro Jaeger też wbija na korepetycje, czy tym razem czegoś się nauczę?
            Kirstein ugryzł się w język za późno; powoli zaczął rozumieć, czemu Marco nazywał go mistrzem zadawania niewinnych pytań w obraźliwy, wredny sposób. Między innymi, bo miał jeszcze kilka innych ksywek pochodzących z tego samego źródła.
            - Nie mam pojęcia – odpowiedział Armin po chwili i podrzucił piłkę.
            Tym razem nawet nie doleciała do siatki.
            - Coś ci dziś nie idzie… - zaczął Jean, chcąc się jakoś zrekompensować za wcześniejsze złośliwości i dodać, że każdy ma czasem zły dzień i że Arlert czyni ostatnio spore postępy, ale nie zdążył, bo blondyn przerwał mu, rozwiązując włosy z kitka.
            - Odpuśćmy sobie już ten trening. Może na następnym będzie lepiej. Nie czuję się na siłach.
            Kirstein zamrugał, automatycznie robiąc krok w kierunku swojego „ucznia”.
            - Jasne, nie ma sprawy.
            - Świetnie.
            Armin posłał chłopakowi bardzo wymuszony uśmiech, ledwie zawadzając o niego wzrokiem, i ruszył w kierunku wyjścia. Jednak, ku zaskoczeniu obojga, zatrzymała go uścisk dłoni na nadgarstku.
            - Um – zaczął Jean z miną pod tytułem dlaczego ja to właściwie zrobiłem – Arlert, na pewno wszystko w porządku?
            Blondyn uśmiechnął się nieco zmęczonym uśmiechem i pokręcił głową delikatnie. Odpowiedź, której udzielił, zaskoczyła go samego, ale nie czuł potrzeby, żeby cokolwiek tłamsić w sobie.
            - Nie. Niezbyt.
            Jean zmarszczył czoło, zbity z pantałyku. Rzadko zdarzało się, żeby ktokolwiek tak wprost odpowiadał szczerze na pytanie tego typu. Na tyle rzadko, że nie wiedział, co sam ma teraz zrobić. Dlaczego Arlert miał zły humor? Czy to przez Jaegera? Czy treningi siatkówki zaczęły go nużyć?
            - Mogę jakoś… to znaczy, potrzebujesz czegoś? Pogadać może?
            Kirstein miał ochotę wyrwać jedną z desek w podłodze i się pod nią schować. Zawsze gubił się w słowach, gdy autentycznie chciał być komuś przydatny i pomocny, z dobrego serca. Marco twierdził, że to urocze, ale on zdecydowanie bardziej wolałby umieć mówić w momentach kryzysu.
            Armin zamrugał tymi swoimi błękitnymi oczami i uśmiechnął się nieco szerzej, po czym, ku absolutnym skamienieniu Jeana, nieco wysunął nadgarstek z jego uścisku i delikatnie splótł ich palce.
            Stado motyli – nie takich zwykłych, byczych i chyba radioaktywnych – zerwało się do lotu we wnętrznościach Kirsteina. Zwykłe trzymanie za rękę, tak niewinne i leciutkie, sprawiło, że zaschło mu w gardle, z kolana zamieniły się w dwie galaretki, a serce omal nie rozsadziło gardła.
            Był w dupie.
            - Dam sobie radę – powiedział blondyn cichutko, ściskając jego dłoń, a potem swoją zabierając całkiem – ale dziękuję.
            - Ehhhm – odparł na to Kirstein elokwentnie.
            - To do zobaczenia – Arlert skinął głową i już go nie było.
            Jean stał na środku sali gimnastycznej jeszcze przez chwilkę, bo nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Uniósł dłoń na wysokość swojej twarzy i przyjrzał jej się uważnie, a potem powoli przejechał nią po twarzy, czerwony jak wczorajsze zachodzące słońce.
            - Ja pierdole.
*
            Drzwi wejściowe zamknęły się z hukiem, a dwie stojące w tym momencie przed szkołą osoby zamarły na swój widok.
            - Cześć – powiedział Marco, a Armin przez dłuższą chwilę milczał, po czym skrył oczy za grzywką i uśmiechnął się lekko.
            - Cześć. Jean zaraz wyjdzie.
            I ruszył przed siebie. Brunet szybko zagrodził mu drogę, starając się nie wzbudzać żadnych podejrzeń, ale nieco desperacko.
            - Przyszedłem po was. Nie wracasz z nami?
            Blondyn zaśmiał się w naprawdę dziwny sposób.
            - Nie, spieszy mi się. Ale dziękuję, to miłe. Słyszałem, że będziesz też na turnieju? Dobrze cię znowu u nas widzieć. Do zobaczenia, Marco.
            Szybkim krokiem opuścił szkolne podwórko i dłuższą, okrężną drogą ruszył w stronę domu. Czuł na plecach zmartwiony wzrok drugiego chłopaka, ale nie odwrócił się ani razu.
            Przez kilkadziesiąt pierwszych metrów szybkiego spaceru na jego ustach wciąż gościł delikatny, sztuczny uśmiech; w końcu powolutku spełzł z jego twarzy, pozostawiając na niej całkowitą pustkę. A gdy po policzku Armina spłynęła łza, chłopak uniósł wzrok do nieba, bo był przekonany, że zaczęło padać.
            - Och – mruknął, gdy zorientował się, że to nie deszcz i starł kroplę wierzchem dłoni.
            A potem rozkleił się całkowicie. Szybko zakrył znaczną część twarzy granatowym szalikiem i utkwił wzrok w chodniku. Przyspieszył kroku; jego ramiona dygotały, dłonie trzęsły się w kieszeniach bluzy, a serce zdawało się kruszyć.
            Armin był święcie przekonany, że jego zazdrość jest bezpodstawna, a uczucia żałosne. I chociaż do tej pory było ciężko, jakoś sobie z tym radził. Przyjazd Marco i inne niefortunne sytuacje jednak całkowicie go przerosły.
            Tak bardzo chciał, żeby wszystko się poukładało. Albo chociaż wróciło do poprzedniego porządku. Chciał przejąć kontrolę nad swoimi uczuciami, tak jak zawsze dzięki bystrości własnego rozumu radził sobie z otaczającym go światem, ale nie potrafił.

            Nie potrafił przestać czuć.

2 komentarze:

  1. Marco! Tak! Oto i zaczyna się wątek obustronnej zazdrości! Muahaha! >D Zastanawiam się tylko, czy Bodt będzie po stronie tego shipa czy wręcz przeciwnie~ :3 A Armiś był taaaki słodki ^^ Ale też biedny... Armiś, nie płakusiaj... ;.;
    Życzę powodzenia na studiach i dużo wolnego czasu (aby móc pisać koljene rozdziały :3)~

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiedziałam, że to ten Piegusek :3 Mam nadzieje, że nie będzie chciał namieszać między Arminem i Jean tylko będzie dobrym przyjaciel i ich jeszcze ze sobą zeswata....
    Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału ^-^

    OdpowiedzUsuń