we, fujoshis

yaoinfo

fanpejdż: ~klik~
mój numer gg: 37209209
mój kanał na youtube: ~klik~

niedziela, 24 listopada 2013

Sto lat [WINCEST / SPN]

Asdkjfhd? Przepraszam, ale sama sobie daję feelsy. Miał być nowy Wincest, będzie nowy Wincest. Mam do nich słabość.
Podzielimy sobie to na dwie części - druga pojawi się albo dziś późnym wieczorem, albo jutro.
Enjoy.

_______________________________________________________________________________

            Siedmioletni chłopiec krwawił.
            Syknął cicho, spoglądając na błękitny materiał koszulki, na ramieniu powoli przesiąkający czerwienią. Jego chuda, odrętwiała z bólu rączka drżała; w drugiej ściskał kurczowo niedużą, papierową paczkę, więc tej zranionej pozwolił wisieć bezwładnie wzdłuż tułowia.
            Wszedł do domu, miał nadzieję, po cichu. W jednym pokoju jeszcze paliło się światło. Chłopiec syknął znów, już nie z bólu, ale po usłyszeniu skrzypnięcia fotela. Proszę, nie wychodź, proszę, nie wychodź, proszę…
            - Dean?
John Winchester nie brzmiał na ani krztynę zaspanego. Jego starszy syn zatrzymał się momentalnie, ze wzrokiem utkwionym w obdrapanej ścianie – czuł lufę strzelby celującą prosto w niego przez cienką dyktę, przez którą pocisk przeleciałby jak przez masło. Z resztą tak, jak i przez jego głowę.
Ale John tylko upewniał się, że to on.
- Mhhm… No? – wymamrotał Dean z sercem pulsującym gdzieś w okolicach gardła.
- Gdzie ty byłeś? Jest jedenasta.
Stuk odkładanej strzelby. Dean odetchnął głośno, dopiero wtedy uświadamiając sobie, że przez cały czas wstrzymywał oddech.
Mógł powiedzieć, że bolała go głowa i poszedł zaczerpnąć świeżego powietrza… ale to był idealny sposób na sprawienie, że niedowierzający ojciec wyjdzie sprawdzić, co tak naprawdę jest grane. Odchrząknął i, ignorując krew spływającą po przedramieniu aż do palców, mruknął nonszalancko:
- Robiłem obchód.
Po drugiej stronie ściany zapanowała grobowa cisza. Dean chciał przełknąć ślinę, ale gardło miał tak ściśnięte i suche, że fizycznie nie dał rady.
- Jesteś niepoważny – westchnął w końcu John Winchester; fotel znów skrzypnął, a pod Deanem ugięły się kolana. – Wracaj do łóżka.
- Ta – sapnął, co zabrzmiało wystarczająco buńczucznie, i szybkim krokiem przemierzył resztę ciemnego korytarzyka.
Gdy otworzył drzwi do małego pokoiku, drobna postać na wąskim łóżku wciąż spała. Małą rączką jednak raz po raz klepała poduszkę, sennie szukając opiekuna. Dean uśmiechnął się pod nosem, skopał z nóg zabłocone buty i wspiął się na łóżko.
- Sammy – mruknął, wyciągając z papierowej paczuszki małą figurkę – Wszystkiego najlepszego, Sammy.
Trzyletni chłopiec wydał z siebie coś w  rodzaju zaspanego miauknięcia i, natrafiając rączką na plastikową figurkę Batmana, przyciągnął ją do siebie posesywnie.
Dopiero wtedy Dean pozwolił sobie zaszlochać cicho. Ściągnął koszulkę, nieco niezdarnie, bo jedną ręką, i obejrzał ranę na ramieniu. Zaszlochał raz jeszcze. Sprzedawca ze sklepu z zabawkami zdecydowanie nie chował pod ladą zabawkowej strzelby, choć mały łowca właśnie na to liczył, gdy przemykał pomiędzy półkami.
- Kretyn – wycedził siedmiolatek, przygryzając materiał koszulki, wiążąc ją mocno tuż nad raną. Na co liczył, na litość, na łagodność? Tylko dlatego, że był dzieckiem?
Śmieszne.
To nie on miał mieć dobre dzieciństwo.
- Dee.
To Sammy miał mieć.
- Sammy, nie śpisz?
- Dee.
Łóżko skrzypnęło, gdy małe ciałko podniosło się na czworaki i przypełzło do swojego opiekuna. Opatrywanie ręki z berbeciem bawiącym się w najlepsze nową figurką na twoich kolanach było zdecydowanie trudniejsze, ale Dean nie narzekał.
*
Dziewiętnastoletni chłopak krwawił.
Tuż za jego plecami dudniła muzyka; to wcale nie pomagało uporać się nie tyle z krwawieniem, co z bólem rozciętego łuku brwiowego. Cała głowa pulsowała wraz z piosenką, a chłopak przyciskał do rany mokrą chustkę, przytrzymując się oparcia ławki.
- Sam, wszystko gra?
Drzwi do domu – a raczej posiadłości – w którym kisiła się reszta bawiących, otworzyły się, co tylko wzmogło ból głowy, wypuszczając więcej dźwięków na ganek. Ale głos odrobinę go ukoił – Jessica.
- Wszystko w porządku, to zaraz… zaraz przejdzie.
Sam robił dobrą minę do złej gry. Chusteczka najprawdopodobniej zdążyła podwójnie przesiąknąć krwią, ale wolał nie odrywać jej od rany.
- Jesteś pewien? Zostać tu z tobą? – Jessica opatuliła się ramionami, wyraźnie marznąc przy powiewie nocnego wiatru. Mimo tego, że był początek maja, powietrze wyjątkowo mroziło.
Sam pokręcił głową. Szybko przekonał się, że to był błąd; twarz Jessiki rozmazała się przed jego oczami, a dźwięki zlały w jeden, męczący jęk. Może alkohol też nie był najlepszym pomysłem. W całym życiu, poza tą chwilą, Sam upił się tylko dwa razy.
Chciał przełknąć ślinę, ale zbytnio zaschło mu w gardle.
- Wracaj szybko – powiedziała Jessica czule, widocznie nie zauważając kryzysu jego głowy – Co to za urodziny bez solenizanta?
Sam wyszczerzył zęby i, w miarę możliwości, zaśmiał się niefrasobliwie.
- Zaraz będę.
Trzaśnięcie drzwi. Pod chłopakiem ugięły się kolana; usiadł na ławce ciężko i zamrugał. Obraz wracał do normalności.
- Kretyn – wyszeptał sam do siebie, a słowo to uleciało w nocne niebo z kłębkiem pary.
Gdyby chociaż zranił się w jakiejś widowiskowej bijatyce albo wykonując niebezpieczne wyzwanie podczas gry w butelkę – ale on, najnormalniej w świecie, potknął się o własne nogi i runął na kant blatu.
Parsknął śmiechem, wyobrażając sobie tą scenę oczami innych. O, albo Dean – przecież Dean umarłby ze śmiechu. On, prawie dzień w dzień kiereszowany przez najróżniejsze ponadnaturalne istoty, widząc Sama przegranego po walce ze stołem…
- Sammy.
Chłopak nie zdał sobie sprawy z tego, kiedy z ławki zaczął osuwać się na ziemię. Otworzył oczy szeroko, nagle całkiem obudzony; nie widział już czarnego, bezgwiezdnego nieba, nie czuł zimna. Zbyt znajoma twarz zajmowała całe jego pole widzenia, ciepły oddech zastępował lodowate, kłujące powietrze, a silne dłonie pocierały ramiona dziewiętnastolatka, drżąco, nierówno, ale pewnie i opiekuńczo.
- Dee – wymamrotał cichutko, ledwie powstrzymując się od runięcia w doskonale znane ramiona, w objęcia, których przez lata uczył się na pamięć.
A potem przypomniał sobie gdzie się właściwie znajduje, jakie były okoliczności, w których opuszczał poprzednie miejsce pobytu i dlaczego zdecydował się upić. Pierwsze urodziny, które spędzał w otoczeniu mnóstwa osób, wśród dobrego jedzenia, muzyki i prezentów, z prawdziwym tortem. Pierwsze tak bardzo samotne urodziny.
- Sammy, kto ci to zrobił? Co ci to zrobiło? Przysięgam, jeśli się nie odezwiesz, pierdolę to, wjeżdżam tam z buta i wszystkich…
- Dean.
Ton głosu był dla drugiego chłopaka - nie, mężczyzny, - zbyt znajomy. Sam, z zaciśniętymi zębami i pokerową twarzą powitał powrót zimna i zwiększenie dystansu między swoją twarzą, a twarzą brata.
- Sam. Witaj z powrotem. – Starszy Winchester wsunął dłoń do kieszeni skórzanej kurtki ojca. – Widzę, że Stanford ci służy.
Drugą, wolną ręką wykonał nieokreślony gest w kierunku swojego własnego czoła; wzrok miał utkwiony w skroni Sama. Tamten po chwili poczuł coś ciepłego ściekającego po policzku; no tak, musiał upuścić chusteczkę.
- To tylko draśnięcie – mruknął, przyciskając rękaw do rany – Co tu robisz?
Dean bez słowa przykucnął przy ławce. Sam wiedział, że nie ma sensu się sprzeciwiać – już po chwili zawartość piersiówki ukrytej w tylnej kieszeni spodni mężczyzny zmieszała się z jego krwią, owocując dość silnym pieczeniem. Młodszy chłopak syknął cicho. Wzrok utkwił we własnych butach. Ruchy Deana były mechaniczne, neutralne i profesjonalne; pozbawione jakiejkolwiek czułości czy braterskości. Sam był rannym cywilem, a on obeznanym łowcą.
- Będzie urodzinowa blizna – mruknął, wstając i odszedł.
Sam wiedział, że wróci, więc za nim nie wołał. I miał rację. Dean musiał zaparkować samochód gdzieś niedaleko, bo był z powrotem po nie więcej niż minucie.
- Nie musisz… - zaczął Sam, ale został brutalnie uciszony.
- Zamknij się – westchnął Dean, znów przykucając.
Sam w końcu zebrał się w sobie, aby spojrzeć na brata. Rysy twarzy Deana wciąż były wyostrzone, ale do oczu, jak i do ruchów, wróciła swego rodzaju posesywna opiekuńczość. Młodszy Winchester oddychał cicho i spokojnie, pozwalając zakleić sobie ranę plastrem. Cała ta sytuacja, włączając w to pozę, w jakiej Dean go opatrywał, sprawiła, że znów czuł się jak dziecko.
- Dean.
- Co jest, Stanford? – Dean wstał. Był wysoki, szeroki w barach, sto razy bardziej męski, niż wtedy, gdy widzieli się ostatnio, starszy.
- Co tu robisz?
- Przyjechałem w odwiedziny do braciszka. To chyba nie zbrodnia? – Dean skrzyżował ramiona na piersiach. – Ale nigdzie go tutaj nie widzę.
Sam zacisnął zęby i wstał.
I zamrugał. I starszy Winchester też zamrugał, powoli zadzierając głowę.
- Tu jestem. – Dziewiętnastolatek musiał mocno zagryźć wnętrze policzków, aby nie wybuchnąć śmiechem.
- Urosło ci się ciut. – Blondyn bardzo starał się sprawiać wrażenie nieporuszonego tą nagłą, niespodziewaną różnicą wzrostu.
- Nawet nie zauważyłem – przyznał młodszy Winchester szczerze; w oczach tańczyły mu iskierki – ale teraz, gdy mam porównanie…
- Tak, gigantorze, cokolwiek powiesz – znów przerwał Dean niecierpliwie, odrobinkę sfrustrowany – Bałem się, że będą trochę przyduże, ale jest szansa, że je rozerwiesz…
Dopiero w tym momencie Sam zauważył leżącą przy ławce papierową paczkę. Coś ścisnęło go gdzieś w brzuchu, ale zachował pokerową twarz.  
- Co to jest? – zapytał trochę zbyt sucho.
Cień zmęczenia i zrezygnowania przemknął przez twarz młodego łowcy.
- Nie znam się na tych twoich naukowych sprawach, ale przypuszczam, że dowiesz się, gdy zerwiesz papier. – Obserwował młodszego brata uważnie, wciąż krzyżując ramiona na piersiach. – Uznałem, że są wystarczająco kujońskie i będą pasować do twojej nowej maski.
Sam zmarszczył brwi, rozkładając w dłoniach jedną z kilku dużych koszul w kratę.
- Maski? – uniósł wzrok, nawet nie kwapiąc się do obejrzenia reszty. – Dean, myślałem, że to jasne. Nie chcę więcej kamuflaży, nie chcę żadnych masek. Wyjechałem, żeby móc być sobą.
Dean prychnął, podchodząc o krok bliżej.
- Oczywiście, że tak. Pewnie. – Chociaż nie można było zaprzeczyć różnicy wzrostu, Sam znów czuł się pod spojrzeniem brata jak dziecko. – Zwariowałeś do reszty. Ojciec miał rację.
Sam zacisnął zęby, cofnął się o krok i usiadł z powrotem na ławce. Rozmowę uznał za zakończoną.
- Dziękuję za prezent, Dean. – Nie patrzył już na brata. Choć fizycznie nieobecny, stanął między nimi John.
Starszy Winchester jednak ani myślał odpuszczać. Najpierw znów przykucnął, potem szybko wsparł się o ławkę i zajął miejsce tuż obok Sama. Jego ramię pozostało na oparciu, jedynie ledwie muskając plecy młodszego brata. Dziewiętnastolatek zadrżał delikatnie, odczuwszy kontrast między zimnem powietrza, a ciepłem tego prawie-dotyku.
- Nie wygłupiaj się, Sammy. Wracaj do nas.
- Ojciec wie, że tu jesteś? – Sam przekrzywił głowę, żeby spojrzeć na brata. Wzdrygnął się, napotykając parę zielonych oczu znacznie bliżej i intensywniej, niż się spodziewał.
- Żartujesz? – parsknął łowca, a Sam przełknął ten ciepły oddech, dając trochę ulgi zmarzniętemu gardłu.
- Nie wracam, Dean – powiedział student cichutko, kuląc się pod tym wzrokiem. Bardzo pilnował, aby oczy pozostały skupione na drugich oczach, szeroko otwarte, nie błądzące, pewne.
- Laska.
Sam zamrugał, a gorący dreszcz przebiegł przez cały jego kręgosłup.
- C-co?
- To na pewno jakaś laska. Poznałeś kogoś. – Kąciki ust Deana drgnęły, podjeżdżając do góry, a Sam uświadomił sobie, że jeśli to dostrzegł, to całkowicie stracił kontrolę nad wędrówką oczu.
Skupiony na uśmiechu, nie dostrzegł jednak, że nie objął on ani skrawka zieleni, utkwionej w jego własnych ustach.
- Może – wydyszał drżącym szeptem. Nie był w stanie się poruszyć.
Zdawało mu się, że usłyszał warknięcie. Zamknął oczy, całkowicie się poddając. Gorący oddech na ustach odebrał mu jego własny, palce wplątujące się we włosy wyrwały z gardła rozpaczliwy jęk.
- To nie wracaj. – Odczuł każde drgnięcie warg, każdy ruch języka, na swoich własnych. – Nigdy.
Otworzył oczy. Siedzieli na równi, a on wciąż był wyższy. Powoli, spięty i nieprzebłagany, przekrzywił głowę.
- Nie wrócę – mruknął cicho, opierając podbródek na ramieniu brata. Mógłby przysiąc, że blondyn drgnął, gdy te słowa połaskotały go w ucho. – To ty po mnie przyjedziesz.
- Po moim trupie – warknął Dean zduszonym głosem, odsuwając się powoli, ale konsekwentnie. Źrenice miał rozszerzone i oddychał ciężko.
Sam tylko czekał, aż jego własne serce wyskoczy mu przez usta. Brzmiał jednak pewniej, niż się czuł.

- Choćby i wtedy.

4 komentarze:

  1. Czuję się trochę niepewnie w świecie fanfiction z SPN, bo ledwie dobrnęłam do połowy drugiego sezonu (a zaczęłam oglądać trzy dni temu XD). Na szczęście spoilerów nie ma. Destiela jeszcze nie tykam, bo teoretycznie nie powinnam wiedzieć, kto to jest Castiel (ach ten Tumblr).
    To moje pierwsze opowiadanie z tą parą i co więcej nie bardzo się jeszcze do niej przekonałam. Pewnie się to zmieni za parę sezonów.
    Nie bardzo wiem, jak to skomentować. (A piszę to wszystko dlatego, żeby pokazać, że to przeczytałam, bo nie wiem jakim cudem, ale nie ma ANI JEDNEGO KOMENTARZA).
    Lubię tą opiekuńczą stronę Deana. Starsze rodzeństwo już tak ma, że lubi dokuczać, ale gdy trzeba to młodszego rodzeństwa bronią zaciekle (Wiem, co mówię, bo sama jestem starszą siostrą) Z drugiej strony mam też starszego brata i nie ma nic lepszego niż poczucie bezpieczeństwa, które kiedy trzeba mi zapewniał.
    Wiem, że tu to uczucie przechodzi na inny poziom (Często niezręcznie jest mi czytać o kazirodczych związkach). Ale ogólnie podobało mi się, nieco rozczuliło i miałam mordkę ucieszoną. Moment z wzrostem był zabawny, przynajmniej dla mnie. (Łączę się z Deanem w bólu, bo mnie siostra też przerosła)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A zapomniałam... Wesołych Świąt :D

      Usuń
  2. Boooooziu kocham Twoje opowiadania! *-* a przez fanfica z DRR umarłam już dawno *-* jednak nie było czasu by komentować, swojego bloga sama uaktywniłam w końcu i znów mogę u Ciebie czytać *-* Jesteś przegenialna, wiesz? No i Twoje nagłówki bardzo mi się podobają c: choć do tej pory widziałam dwa czy trzy xD pozdrawiam i powodzenia w dalszym pisaniu c:

    OdpowiedzUsuń
  3. NIEWIDZIALNA NAZWA15 stycznia 2014 10:41

    Umarłam z ilości feelsów i wróciłąm na kolanach żeby błagac o dokończenie!!!
    Wspaniałe!

    OdpowiedzUsuń