we, fujoshis

yaoinfo

fanpejdż: ~klik~
mój numer gg: 37209209
mój kanał na youtube: ~klik~

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Pięć pocałunków... + jeden. [C² ; Les Misérables]

Wstałam kwadrans po drugiej, bo siedziałam do czwartej rano piSZĄC TEGO FIKA! Tak, jak obiecałam; znów coś z "Nędzników". Wklejam i robię sobie drugą kawę.

Btw, żeby łatwiej było Wam sobie ich wszystkich wyobrażać... (chociaż w sumie można jak chcecie, bo to tylko moje pomysły na to, jak mogliby wyglądać)
Combeferre, Courfeyrac (przypuszczam, że kojarzycie tego pana? :( ) Jehan, Bahorel, Eponine, MariusEnjolras (czy tylko ja uważam, że ta twarz powinna być kuźwa nielegalna ;____;), Grantaire (hej heJ A ten gostek mnie przytulił hej HEJ HEEEJ)

Ahem, no to miłego czytania, miśki.

__________________________________

Pięć tak jakby pocałunków Courfeyraca i jeden, którego nie do końca się spodziewał.

1.    1.  Jehan prawie zjada ostatniego cukierka.

Wieczory, podczas których Protest musiał pracować, zdarzały się tak często, że nawet wtedy, gdy nie musieli robić nic, i tak kończyli wszyscy razem, w jednym mieszkaniu, ściśnięci jak konserwowane sardynki. Enjolras, jeszcze zanim Grantaire został czymś w rodzaju członka organizacji (z naciskiem na czymś w rodzaju), też dawał się na to nabierać. Miał jednak nosa do „marnowania cennego czasu”, więc zwykle opuszczał radosne grono już po kwadransie. Nie wpływało to znacznie na poziom radosności.
I tym razem na trzyosobowej kanapie kokosiło się sześć osób, a mały fotel okupowały dwie. Courfeyrac natomiast, po paru głośnych lecz nieudolnych próbach przekonania Enjolrasa do powrotu, zamknął okno i w podskokach wrócił do całej reszty.
- Bahorel, zaraz mi się stamtąd zwijasz, jasne? – mruknął, machnąwszy ręką w kierunku fotela i siedzącego w nim barczystego blondyna z fantazyjnie wytatuowanymi ramionami.
- Bo? – Bahorel wyszczerzył zęby. Po szóstej koronce wszyscy przestali liczyć ile ich sobie wybił podczas bójek.
- Bo się miziasz i jestem zazdrosny – odparł beztrosko.
Blondyn parsknął śmiechem, zarzucając ramię na opacie fotela. Combeferre, wciśnięty w poduszkę tuż obok osiłka, nie poruszył się ani o centymetr, ze wzrokiem utkwionym w ekranie telewizora.
Courfeyrac odchrząknął i odwrócił się na pięcie w stronę kanapy. Jego oczy powędrowały od plątaniny kończyn, których właściciele nagle niewinnie umilkli, do pustego stołu, i z powrotem.
- Joly, miażdżysz mi… - zaczął Bossuet cichutko, ale brutalnie mu przerwano.
- Gdzie moje dropsy? – spytał Courfeyrac donośnie i, jeszcze, pogodnie.
Combeferre uśmiechnął się nieznacznie do ekranu telewizora.
- Jakie dropsy? – spróbowała ratować sytuację Eponine. W kiepski sposób, trzeba przyznać.
- Moje ananasowe dropsy. Moje ulubione.
Zrobiło się tak cicho, że Combeferre mógł w końcu usłyszeć o czym mówią w wiadomościach. Jego oczy powędrowały jednak w kierunku kanapy i spoczęły na Jehanie. Poeta skrył się za plecami Mariusa i próbował jak najszybciej połknąć wszystkie cukierki, które wepchnął naraz do ust. Jednak, gdy zdawało się, że uniknie konsekwencji, Courfeyrac wykonał coś w rodzaju tygrysiego skoku nad stołem, lądując na samym środku kanapy. Bossuet syknął głośno; najwidoczniej coś, co było wcześniej jedynie miażdżone, zostało zmiażdżone.
- Tu cię mam! – zawołał zduszonym głosem, chwytając się czego popadnie, żeby dorwać spanikowanego Jehana.
- Już połknąłem! Już połknąłem! – Długowłosy próbował jeszcze ucieczki, ale jego próby okazały się daremne.
Courfeyrac chwycił drugiego chłopaka za nadgarstki, przyciągnął do siebie i zgiął kolano tak, że dźgnęło tamtego w żebra. A gdy Jehan parsknął zduszonym śmiechem i otworzył usta, Courf zanurkował sprawnie i wyssał z niego ostatniego cukierka.
- Fuj, Courf! – kaszlnął, czerwieniejąc po same czubki uszu.
Courfeyrac wyszczerzył zęby, podnosząc się jednym, szybkim odepchnięciem od oparcia kanapy. Bossuet odetchnął z obolałą ulgą.
- Mogłeś się tego spodziewać, misiu – skomentował brunet krótko.
Potem odwrócił się i bezceremonialnie zepchnął Bahorela z fotela. Udało mu się to tylko i wyłącznie dzięki efektowi zaskoczenia; wykorzystał okazję i zajął jego miejsce, klepiąc Combeferre’a po ramieniu.
- Lubisz swój nos, Courf? – warknął Bahorel, jedynie pół-żartem, i przeniósł się na kanapę.
- ‘Ferre wam powie, że dla tych dropsów zrobię wszystko. Nie, ‘Ferre? – Brunet przestał już klepać przyjaciela po ramieniu, ale jego dłoń została na miejscu.
- Niestety – przyznał Combeferre krótko, przełączając program.
Courf zaśmiał się cicho i zmierzwił jasne włosy okularnika. Po minucie wrzawa powróciła, a w kącie, w którym stał fotel, zrobiło się bardziej prywatnie.
- ‘Ferre? – mruknął Courf cicho, nachylając się nieznacznie. Już po tonie jego głosu blondyn poznał, że to nie wstęp do żadnego żarciku.
- Hmm? – przekrzywił głowę, żeby móc spojrzeć przyjacielowi w oczy. Courf przez chwilę maltretował zębami swoją dolną wargę.
- Ten wyjazd do Anglii, o którym ci mówiłem wcześniej… - zmarszczył czoło nieznacznie – Na razie tylko ty o tym wiesz i…
Combeferre skinął głową. Na jego ustach przez kilka sekund pełzał lekki uśmiech. Courfeyrac wiedział, że jego i na razie niech tak zostanie zostało zrozumiane bez słów.

2.       2. Eponine przegrywa zakład.

- W życiu nie dasz rady.
Reszta osób siedzących w barze, przy największym możliwym stoliku, obserwowała tę wymianę zdań zupełnie jak mecz tenisa.
- Nie wierzysz we mnie? – Courfeyrac pochylił się lekko, opierając łokcie na stole i unosząc brew.
- W tym wypadku? Nie, ani trochę. – Eponine spapugowała jego ruchy.
- On może to zrobić – westchnął Combeferre, ale skwitowano to jedynie zbiorowym kręceniem głów; kto dałby radę zachęcić cały bar ludzi do spontanicznego karaoke przed dziewiątą wieczór, unikając wyrzucenia na ulicę przez właściciela?
- A co jeśli mi się uda? – Oczy Courfeyraca powędrowały powoli w dół, zatrzymując się na wykrzywionych w ironicznym uśmieszku, pełnych wargach Eponine, po czym przesunęły się z powrotem w kierunku jej oczu.
Dziewczyna parsknęła śmiechem.
- Nie ma takiej opcji.
- A jeśli? – upierał się brunet.
- No to sobie wymyśl nagrodę – wzruszyła ramionami.
Courf przez chwilę żuł dolną wargę, po czym rozpromienił się i wyprostował, uderzając dłońmi w blat.
- Będę mógł każdemu z was dać buziaka!
- Już tak późno? – Marius zerwał się na równe nogi, omal nie wywracając krzesła.
- Nie wyrażam na to zgody – odezwał się Enjolras poważnym głosem, marszcząc brwi. – Ja nie wchodzę z tobą w żadne zakłady, tylko ona.
- Dobra, niech będzie! – Eponine machnęła na to ręką. – Będziesz mógł dać mi buziaka. Mam to gdzieś, bo i tak nie wygrasz zakładu.
- Może to wygrać – powtórzył Combeferre, a sekundę później poczuł delikatne kopnięcie pod stołem.
Courfeyrac przekrzywił głowę i uśmiechnął się do niego szeroko.
A gdy kwadrans później cały bar, wraz z obsługą, wył unisono do „My Heart Will Go On”, brunet poklepał przyjaciela po ramieniu.
- Ten jeden, który docenia mnie jak trzeba!
Po czym chwycił Eponine w pasie, wykonał coś w rodzaju parodii quebrady i pocałował ją; mocno, teatralnie, z głośnym cmoknięciem, ku uciesze wszystkich.
Tak jakby wszystkich.

3.     3.   Enjolras odkrywa swój instynkt obronny.

Poza wieczorami, podczas których mieli pełne ręce roboty, i tymi, podczas których nie musieli robić nic, zdarzały się jeszcze te najbardziej męczące. Enjolras, chociaż nic konkretnego się nie działo, nie mógł poradzić sobie z bezczynnym siedzeniem i usilnie starał się wszystkich nakłonić do aktywności.
Tak bardzo jak przemowy ich złotowłosego lidera wszystkich zachwycały, tak teraz wszyscy powstrzymywali się od ciśnięcia w niego czymkolwiek. Dlaczego? Z powodu daty. Był pierwszy stycznia. Chcieli przede wszystkim spać. Enjolras, jak można się było spodziewać, jako jedyny nie miał kaca.
- ‘Ferre, zrób coś – jęknął Courf z głową opartą o ramię blondyna.
- Wiesz dobrze, że Enjolras skończy dopiero wtedy, gdy uzna to za stosowne – odmruknął tamten i potarł przekrwione oczy.
- Myślisz, że zauważy jak się troszku zdrzemnę? – spróbował brunet.
- Myślę, że na pewno to zauważy.
- Niby czemu… - zaczął Courf niezadowolonym szeptem.
- Bo chrapiesz? – Combeferre wywrócił oczami. – Szczególnie po imprezach. Wybacz.
Courfeyrac wyglądał na bardzo poruszonego. Jednak tylko przez jakieś pięć sekund, bo potem jego powieki znów zaczęły uparcie opadać. Jęknął po raz setny i rozejrzał się po poddaszu kawiarni nieznacznie. Wszyscy zdawali się znajdować w podobnym stanie do niego.
- Dość tego, trzeba zatkać mu usta – wymamrotał z senną, skacowaną determinacją.
Tym razem to Combeferre jęknął.
- Siedź na tyłku i nie rób nic głupiego. Wytrzymasz. Courfeyrac, na miłość…
Ale brunet już gramolił się z krzesła, o dziwo nie robiąc przy tym żadnego hałasu. Chociaż z drugiej strony Enjolras był tak zaangażowany w swój monolog na temat przedmiotowego traktowania kobiet w kampaniach reklamowych jednego z większych młodzieżowych stowarzyszeń (teoretycznie podobnego w swoich działaniach do nich), że nie usłyszałby przejeżdżającego czołgu. Pochwycił leżącą na stole encyklopedię, chyba w celu znalezienia jakiegoś wyjątkowo trudnego terminu, ale wyrzucał z siebie słowa w takim tempie, że szybko zapomniał o jej istnieniu.
Wszyscy, z wyjątkiem głównego zainteresowanego, utkwili zmęczone, pytające spojrzenia w Courfeyraku. Brunet, niczym przyczajony tygrys, powoli zaszedł rozentuzjazmowanego lidera od tyłu i zamierzył się do schwycenia go.
- Równość to równość, niezależnie od rasy, wyznania, orientacji seksualnej czy też płci. Kto wie, czy to nie taki obraz stowarzyszeń aktywistycznych jest powodem mniejszego zainteresowania kobiet w udziale w naszych…
W tym momencie Courfeyrac postąpił ostatni krok do przodu i wyciągnął przed siebie ramiona. Koniuszki jego palców dosłownie musnęły ramiona blondyna.
Enjolras przerwał swój wywód w pół słowa, odwrócił się gwałtownie i użył encyklopedii. W sposób, w który encyklopedii używa się raczej rzadko. Courfeyrac wydusił z siebie coś w rodzaju cichego „umf”, lądując twardo na podłodze. Cisza, która po tym zapanowała, kłuła po uszach.
- Co…? – zaczął Enjolras, niezbyt zdając sobie sprawę z tego, co zrobił.
Combeferre westchnął głośno i wstał, po czym podszedł do znokautowanego bruneta, aby sprawdzić jego czynności życiowe.

4.      4.  Marius obawia się o swoją orientację seksualną.

Courfeyrac nie zastanawiał się dwa razy przed przyjęciem bezdomnego Mariusa pod swoje skrzydła. O innych ważnych kwestiach tej decyzji przypomniał sobie w momencie, w którym Combeferre wrócił z zajęć, stanął w przedpokoju, uniósł brwi i spytał:
- Czyja to walizka?
Jednak, zgodnie z przewidywaniami bruneta, ‘Ferre nie miał nic przeciwko obecności nowego lokatora.
- To tak jakbyśmy sprawili sobie piegowatego szczeniaczka – wyszeptał podekscytowany Courf, wskazując ukradkiem na skulonego uroczo w fotelu Mariusa.
- Będziesz musiał mu odstąpić swój pokój – zauważył Combeferre.
- Cooo? Dlaczego? – Courfeyrac sam w tym momencie przypominał kopniętego szczeniaczka.
- Bo w twoim jest jedno duże łóżko, w moim dwa mniejsze. – Blondyn poprawił okulary, nieporuszony tymi smutnymi minkami. – Na pewno zauważyłeś, że Marius jest raczej… wstydliwy. Na pewno wolałby pokój sam dla siebie.
- Wciąż nie widzę powodu, dla którego miałbym oddać mu mój pokój! – Courfeyrac zmrużył oczy i tyknął przyjaciela w klatkę piersiową. – Ty oddaj swój.
- Słuchałeś mnie? Marius nie będzie…
- Zawsze cię słucham. Moje łóżko jest duże. Zmieścimy się na nim.
Combeferre znów poczuł dźgnięcie w klatkę piersiową. Tym razem jednak długi palec Courfeyraca przesunął się nieco w dół i zatoczył kółeczko na materiale jego koszuli.
- Dogadaliście się już w sprawie czynszu? – spytał blondyn jakby nigdy nic, a ramię Courfa opadło luźno wzdłuż jego boku.
- Właśnie ten, miałem zamiar…
Marius okazał się być bardziej niż bezproblemowy nie tylko w kwestii czynszu, ale też we wszystkich innych. Na wiadomość, że cały pokój będzie miał dla siebie, zareagował z uprzejmym, uroczym zaskoczeniem.
Pierwsza noc minęła gładko. Pomijając fakt, że zamknięci w jednym pokoju przyjaciele rozmawiali do trzeciej nad ranem i Courfeyrac omal nie zaspał na zajęcia. Gdy wrócił późnym wieczorem, Combeferre zmywał naczynia, a Marius oglądał telewizję.
Courfeyrac nie mógł nie zauważyć sposobu, w jaki poderwał się Marius, gdy on sam siadł obok niego na kanapie, bardzo roześmiany i bardzo bez koszulki.
- C-co tam? – Ich nowy szczeniaczek podrapał się po policzku, aby ukryć rumieniec.
- Wszystko w porządku? – Courfeyrac uniósł brew.
- J-jasne. Tego. Ten. – Marius przesunął się bliżej w kierunku poduszek, dalej od bruneta.
- Jesteś pewny? – Courf, który powoli zaczął rozumieć, nieznacznie pochylił się w jego kierunku.
- Nie. Tak! – Marius wstał, uderzając kolanem o stół. Courf skrzywił się, hamując śmiech. – Chyba położę się wcześniej spać.
Jednak zanim zdążył uciec, brunet sięgnął i chwycił go za rękaw bluzy.
- A buziak na dobranoc? – poruszył brwiami sugestywnie.
Twarz Mariusa wyglądała teraz jak pomidor i zdawało się, że lada moment para buchnie mu z uszu. Otwierał i zamykał usta jak rybka wyciągnięta z wody, nie bardzo wiedząc co na to odpowiedzieć. Courf, nie czekając jednak na żadne słowa, pociągnął go bezceremonialnie w dół i cmoknął lekko w czubek nosa.
- Ojej – wyrwało się Mariusowi, gdy w końcu został puszczony na wolność.
- Teraz możesz iść spać – zezwolił Courfeyrac uprzejmie; iskierki w jego oczach sugerowały, że bawi się doskonale.
A gdy za przeżywającym kryzys osobisty Mariusem zatrzasnęły się drzwi, Combeferre wszedł do pokoju, niosąc dwa kubki herbaty. Jeden z nich postawił przed Courfeyrakiem i bez słowa opadł na kanapę tuż obok niego.
- Zrobiłem dzisiaj coś głupiego – przyznał w końcu, patrząc przed siebie.
Courfeyrac poruszył się niespokojnie; uśmiech momentalnie spełzł z jego twarzy.
- Co takiego? – zapytał, siląc się na beztroskę.
- Pamiętasz Grantaire’a?
- Tak. Co z nim? – brunet obserwował przyjaciela z ukosa, marszcząc brwi odrobinę.
- No bo… - Combeferre westchnął. Nie był przyzwyczajony do tego typu sytuacji. – Zaraz jak wyszedłeś, pojawił się tu Enjolras. Wyrzucili go z mieszkania i… nie miał gdzie…
Courfeyrac zrozumiał. W przeciągu sekundy rozluźnił się, oparł wygodnie i wybuchł śmiechem. Combeferre uderzył go lekko w ramię, mamrocząc coś o „głupkach śmiejących się z poważnych sytuacji”.
- Daj spokój, ‘Ferre, nie martw się. – Gdy już skończył się śmiać, Courf objął przyjaciela ramieniem i ścisnął odrobinę, pocieszająco. – Dadzą sobie radę. Poza tym, Enjolras całymi dniami coś robi, a ‘Taire wychodzi głównie w nocy. Będą się mijać.
- Mhm – mruknął Combeferre, zamyślony i nieprzekonany – A co z twoim wyjazdem?
Ręka Courfa pozostała przerzucona wokół szczupłych ramion blondyna. Palce delikatnie bawiły się materiałem jego koszuli tuż przy szwie.
- Aktualny.
- Na miesiąc czy dwa?
Courfeyrac milczał przez chwilę.
- Dwa.
Combeferre skinął głową lekko, i podkulił nogi, przenosząc je w całości na kanapę.
- Cieszysz się?
Kolejna chwila ciszy. Długie palce bruneta zaczęły wystukiwać jakiś nieokreślony rytm na ramieniu Combeferre’a.
- Jasne, że tak.

5. Grantaire w sumie nie ma nic przeciwko.

- To trochę dziwne, wiesz? – Głowa Courfeyraca pojawiła się w drzwiach, a on sam przymrużył oczy, aby dostrzec coś w ciemnościach. – Wgapiasz się w niego, gdy śpi.
Grantaire odłożył pustą szklankę na stół i wzruszył ramionami.
- Powiedz mi, że sam nigdy tak nie robiłeś, a nie uwierzę. – Artysta uśmiechnął się szeroko, przeciągając nieznacznie. Bluzka, zwyczajowo, podjechała mu aż do pępka, odsłaniając umięśnione podbrzusze.
Courfeyrac wgryzł się w swoją dolną wargę.
- Jasne, że nie robiłem! – skłamał.
- Chcecie go obudzić? – dobiegł ich pełen dezaprobaty szept Combeferre’a, aktualnie urzędującego w kuchni.
Grantaire uniósł brwi i powoli wstał z kanapy.
- Bardzo nie chcemy – mruknął i wyszedł z pokoju, lekko klepiąc drugiego bruneta po plecach, gdy go mijał.
Courfeyrac podążył za Grantairem w kierunku drzwi wyjściowych i na zewnątrz, na ciemną klatkę schodową. Próbowali zapalić światło, ale nie działało. Grantaire westchnął i odpalił papierosa. Courf obserwował go bez słowa, skupiając wzrok na delikatnych kłębach dymu ulatujących w powietrze.
- Coś się stało, nie? – powiedział  cicho, praktycznie wymruczał, wyjmując papierosa z dłoni Grantaire’a i zaciągając się krótko.
- W sensie? – Grantaire przekrzywił głowę lekko, taksując go wzrokiem z góry na dół.
- W sensie z tobą i… Apollem.
- Nie, zupełnie nic – zaprzeczył Grantaire szybko.
- No dawaj, powiedz – naciskał Courf.
- Nie ma o czym. – Niższy brunet odzyskał swojego papierosa i zaciągnął się porządnie.
- Twoje oczy mówią mi co innego – drażnił się Courfeyrac, uśmiechając nieznacznie.
- Tu jest ciemno jak, za przeproszeniem, w dupie. Nie widzisz moich oczu – odparował Grantaire z nutką irytacji w głosie.
Courfeyrac zacmokał.
- Coś drażliwy dziś jesteś, ‘Taire. Opowiedz mi o wszystkim, wyrzuć to z siebie.
- Strasznie dużo dziś gadasz, Courf.
- Tak bywa, gdy moje usta nie mają nic ciekawszego do roboty.
- Dlatego ja zawsze piję. To zajmuje usta i, wierz albo nie, gadam dużo mniej głupot niż na trzeźwo.
- A to już jest przykre.
- Zamknij się, Courf.
- Zmuś mnie, ‘Taire.
Wysoki brunet wyszczerzył zęby w uśmiechu i nachylił się nad niewzruszonym artystą, wspierając ramię o ścianę.
- Jestem na to zbyt trzeźwy, skarbie. – Grantaire pokręcił głową lekko, uśmiechając się szeroko.
Courf przygryzł dolną wargę, zerkając w kierunku drzwi, a potem znów na swojego towarzysza.
- To chyba nie może być takie trudne, nie? Tak po prostu kogoś pocałować…
Grantaire uniósł brwi i zaciągnął po raz ostatni, wydmuchując dym prosto w twarz wciśniętego w jego przestrzeń osobistą bruneta.
- Zależy kogo. W tym przypadku? – wzruszył ramionami nieznacznie – Lubię cię. Wizualnie nawet bardziej. Wiem, że niczego nie oczekujesz i wiem, że potem nie będzie niezręcznie.
- I wiesz, że niczego nie zepsujesz – podchwycił Courfeyrac, odlatując gdzieś myślami na parę sekund.
- Dokładnie.
Grantaire znów szeroko się uśmiechnął, a Courf wyrwał z zamyślenia i odwzajemnił uśmiech. Dawno nic nie przyszło mu tak łatwo jak pochylenie się odrobinę niżej i przyciśnięcie ust do drugich, odrobinę cieplejszych i trochę spierzchniętych.
Przez pierwsze minuty na koniuszku języka smakował resztki dymu i odrobinę alkoholu. W końcu jednak ten smak zaniknął, wraz z jego własnym; oba zmieszały się, scaliły w jedno.
Courfeyrac odsunął się i zaczerpnął oddech.
- Także wiesz, zadzwoń jutro…! – zaczął, a Grantaire prychnął głośno i dźgnął go w żebra.
- Nawet nie próbuj.

+ 1… prawie zapomniany.

Zegarka nie da się ubłagać.
To znaczy, na upartego Courf mógł zawsze go przestawić (albo rozwalić) lecz nic by to nie zmieniło. Czyli trafniejsze byłoby stwierdzenie, że to czasu nie da się ubłagać.
- Jesteś pewien, że wszystko spakowałeś?
Combeferre stanął w drzwiach sypialni (ich sypialni, pomyślał Courfeyrac, chcąc rozwalić zegarek w drobny mak choćby dla efektu) i przetarł zaspane oczy.
- Nie musiałeś wstawać, ‘Ferre! – zawołał brunet.
Nieszczęsny zegar wskazywał czwartą rano.
- Wiem – ziewnął blondyn, naciągając rękawy przydużej, szarej bluzy na dłonie. – Pytam, czy wszystko spakowałeś.
Courfeyrac miał ochotę rzucić walizką w ścianę, przeskoczyć przez całą długość pokoju i… i…
- Tak, wszystko – wymamrotał.
- Dobrze.
Combeferre skinął, przestępując z nogi na nogę powoli. Zmierzwił włosy dłonią i delikatnie odrzucił głowę w tył, rozciągając mięśnie karku.
- Muszę wychodzić za… - Courf sprawdził czas i westchnął. Nieubłagany. – W sumie to trzy minuty temu.
Combeferre zamrugał.
- No to biegnij, bo się spóźnisz.
- Mhm, no wiem. 
Brunet sięgnął po walizkę, marszcząc czoło.
- Bezpiecznej podróży.
- Dziękuję. To znaczy, nie, czekaj, tfu, tfu! Żeby nie zapeszyć. Nie dziękuję.
Combeferre najwidoczniej próbował wywiercić mu wzrokiem dziurę w czaszce. Courfeyrac zaśmiał się cicho, z wydechem, po czym mocniej chwycił walizkę i odwrócił się w kierunku drzwi.
- Umm, Courf, czekaj… bo… - zatrzymał się na dźwięk głosu przyjaciela. Nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek słyszał go mówiącego w ten sposób.
- Hm? – odwrócił się przez ramię. Chciał coś powiedzieć, ale jego gardło zrobiło coś dziwnego, jakby się zacisnęło, i w sumie nie miał pojęcia, o co chodzi.
Combeferre otworzył usta i wziął płytki oddech po to, żeby przez kilka sekund nic z siebie nie wydusić. W końcu jednak to zrobił.
- Nie zapomniałeś o czymś?
Courfeyrac zamrugał, wciąż stojąc bokiem w dziwaczny sposób. Jego mózg odmówił współpracy, tak więc dwójka przyjaciół wpatrywała się w siebie w ciszy.
- Eee… Co? – wyrwało się w końcu z ust bruneta.
Combeferre parsknął cichym śmiechem i pokręcił głową, spuszczając wzrok, po czym, bez żadnych wątpliwości, się zaczerwienił.  
- Nic. Nie, nic, ja tylko…
Odwrócił się w kierunku otwartych drzwi do ich sypialni i zrobił pierwszy krok.
Courfeyrac zaskoczył.
- Czekaj! Czekaj, ‘Ferre, czekaj…!
Combeferre już brał oddech, żeby powtórzyć, że to nic takiego i żeby Courfeyrac lepiej biegł, bo spóźni się na ten swój samolot, ale jedynym odgłosem jaki z siebie wydał, było zaskoczone miauknięcie, gdy długie palce zacisnęły się na jego ramionach, ciemne włosy załaskotały po twarzy, a rozgorączkowane usta zderzyły z jego własnymi.
Jakby już nie starczyło upokorzeń na jeden dzień, blondyn jęknął cicho, rozpaczliwie, i zarzucił ramiona na szyję Courfeyraca, całując go z całym skrywanym w sobie zapałem. A trochę się go przez ten czas nazbierało. Nie tylko w jego przypadku, najwidoczniej, bo gdy w końcu się od siebie oderwali, stopy blondyna znajdowały się pół centymetra nad podłogą, a Courf był już bardzo spóźniony.
- Nigdzie nie jadę. Teraz na pewno nigdzie nie jadę – wymamrotał tuż przy ustach Combeferre’a, odstawiając przyjaciela z powrotem na ziemię.
- Żartujesz sobie? – żachnął się ‘Ferre, łapiąc oddech. – Uniwersytet płaci za ten wyjazd.
- Dlatego ani troszkę nie szkoda mi tego samolotu.
- I dobrze. Bo jeszcze go złapiemy.
Combeferre oblizał usta i przeniósł dłonie na przedramiona bruneta, ściskając je delikatnie. Courfeyrac zamrugał.
- Patrz na czas, ‘Ferre. To fizycznie niemożliwe. Lepiej wracajmy do łóżek i…
Ale blondyn pokręcił głową i pociągnął go w stronę drzwi.
- Nie wracamy do żadnych łóżek. Chodź.
No to Courfeyrac poszedł. I dowiedział się dokładnie dlaczego nikt nigdy nie pozwala jego przyjacielowi prowadzić na autostradach.
A gdy dotarli na miejsce kwadrans przed czasem, wykorzystali go na porządne pożegnanie.
Już następnego dnia Combeferre dostał pierwszego, stęsknionego sms-a.

Słońce moje najdroższe, wiesz co?

Zapomniałem szczoteczki do zębów.”

18 komentarzy:

  1. Ja przeczytam to jak tylko wrocę z plaży :0
    Chcę być pierwsza XD Btw KOCHAM TO TWOJE CHOLERNIE CUDOWNE AU DO NĘDZNIKÓW. A George z tym fryzem na Gabryśka z SPN wygląda uroczo *^*

    OdpowiedzUsuń
  2. Asdfghjkl mój Fangirl oszalał *Q* Końcówka jest tak strasznie słodka >//////< Coraz bardziej Cię ubóstwiam <3 Mam nadzieje, że napiszesz coś jeszcze z nimi :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. z największą chęcią będę pisała do Nędzników, bo to moja największa obsesja aktualnie i chyba na długo ;-;

      Usuń
  3. Przeczytałam. To takie BOŻE FANGIRL WE MNIE DOSTAŁ EPILEPSJI. JUŻ MÓWIŁAM KOCHAM TWÓJ STYL PISANIA, KOCHAM TO AU, CIEBIE TEŻ KOCHAM *^*
    Cudowne opowiadanie <3 Naprawdę słodkie a z drugiej strony nie do przesady. Cud po prostu no moje komentarze nie mają sensu bo tu nawet nie można się do niczego przyczepić, nic dopowiedzieć.

    WENY WSZYSTKIE JA WAS BŁAGAM, PRZYBYWAJCIE DO TEJ GENIALNEJ AUTORKI ^^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. BARDZO SIĘ STARAŁAM ;-;
      najśmieszniejsze jest to, że 85% fandomu shippuje Courfeyraca z Jehanem. też lubię, ale CxC do mnie przemówiło i cieszę się, że udało mi się ubrać to w słowa <33

      Usuń
  4. Przepraszam, że dopiero teraz, ale ta pani ma dużo na głowie, bo wyjeżdża. Ta pani jest smutna, bo chciała przeczytać szybciej. >__< Udało mi się i... Muszę ci powiedzieć, że jestem totalnie zachwycona! Opłacało się tyle czekać, opłacało. Zawsze się opłaca, jeżeli chodzi o twoje twory~ Nana, tak mi się podobało, że przeczytam chyba jeszcze z pięć razy. ^-^ I ten szósty, niespodziewany. Nawiązując tak do tytułu. Który, swoją drogą, cholernie mi się podoba. Pomysł jest uroczy, ale nie rzyga się tą słodkością. Ano i dobrze. Chociaż czasami trzeba. A twoje opowiadania były i zawsze już będą świetne. =3 Co by tu jeszcze... A! Wyjeżdżam na tydzień do stolicy. Jak wrócę, ma być nowa notka, nie obchodzi mnie z czego. Prawdopodobnie potem napiszę do ciebie na gadu, bo na razie nie mogę odzyskać mojego hasła. Cholerstwo mnie nienawidzi. -.-'' Pozdrawiam! Mam nadzieję, że moja groźba coś da.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nieee, ja nie mam nadziei. Ja po prostu wejdę tu za tydzień i zobaczę nową notkę. =3 Buziaczki :** Dużo weny, żebyś mogła pisać ile wlezie. Codziennie, a nawet częściej. ^-^

      Usuń
  5. Borze wszechlistny... Zawsze po przeczytaniu twojego tekstu mam takiego banana na twarzy. Napiszę tylko, że cholernie mi się podobało i chce więcej :). Po prostu cię kocham. Pozdrawiam i życzę weny :D

    Ps: Najkrótszy komentarz w mojej karierze. No, ale cuż poradzić, gdy NIE MA o czym pisać, bo wszystko jest świetnie...

    OdpowiedzUsuń
  6. Witam, witam.
    Chciałam przyłączyć się do Klubu Posiadaczek Epileptycznego Fangirla - mój własny zmusił mnie do przeczytania tekstu z miejsca dwa razy, bo za pierwszym byłam w stanie tylko siedzieć i zacieszać.
    To opowiadanie jest bardzo fajne, lekko się czyta, AU rzeczywiście jest świetne i, szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, jak rozwinąć tę jakże konstruktywną myśl, by nie powtarzać więcej tego, co już zostało powiedziane...
    Za uwagę dziękująca, pozdrawiająca, niekończącej się weny (i fazy na "Nędzników") życząca
    FK

    OdpowiedzUsuń
  7. Mój banan na twarzoczasce chyba przyczepił się na stałe bo nie chce zejść :D Podziwiam twoje prace, są wspaniałe <3 Do tego jeszcze Nędznicy <3 Do tego jeszcze Grantaire x Enjolras <3 DO TEGO JESZCZE COMBEFERRE X COURFEYRAC <3 <3 Miłość moja do tego paringu jest coraz większa i większa a to wszystko dzięki tobie Head - chan :D Oby tak dalej ^^

    OdpowiedzUsuń
  8. Zamierzasz może cos o destielu pisać?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ah si si, zaczęłam już nawet. Ale będzie to taki Destiel, jakiego na pewno się nie spodziewacie.
      A pisząc na pewno, mam na myśli NA PEWNO.

      Usuń
  9. uwielbiam twoje opowiadania. to jest niesamowite i naprawdę przyjemnie się go czyta, ale mnie dręczy to cudowne drarry, którego jeszcze nie dokończyłaś. mam nadzieję że wkrótce pojawi się coś nowego w tej historii. czekam też na jakiekolwiek inne twoje opowiadanie, bo one są nie z tej ziemi i mają swój, niepowtarzalny urok. pozdrawiam i życzę weny

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wątpię, że dokończę akurat TO konkretne drarry.
      ale na 101% napiszę nowe drarry. :3

      Usuń
  10. szkoda, że to drarry pozostanie niezakończone, ale cieszy mnie to, że będzie nowe :D. pozdro i weny życzę

    OdpowiedzUsuń
  11. a kiedy zamierzasz wrzucić tego destiela?

    OdpowiedzUsuń
  12. Nie jestem zadowolona. Absolutnie nie mam nic przeciwko związkom homoseksualnym, ale w tej roli w ogóle mi oni nie pasują. Nie oni w każdym razie.
    Sama piszę ze znajomą i wspólnie zrobiłyśmy z jednego z członków Les Amis geja (nie ma znaczenia którego) ale akurat Courfeyrac który był takim kobieciarzem, do tej roli nie pasuje. Combeferre też nie. I R nie bardzo, ale faktycznie...mógł wykazywać skłonności.
    Scena z dropsami i encyklopedią - świetne.

    OdpowiedzUsuń