we, fujoshis

yaoinfo

fanpejdż: ~klik~
mój numer gg: 37209209
mój kanał na youtube: ~klik~

piątek, 7 czerwca 2013

I need shine. e/R [Les Miserables] part 3

Iiiiii ostatnia część. Wybaczcie, że tak długo to zajęło, no aleee się teraz borykam z przeprowadzką i sporą ilością innych gówien. Ciężki okres, ciężki.


_________________________________


Grantaire jeszcze nigdy nie czuł takiej determinacji.
- Pożyczam samochód, nie wiem kiedy będę – usłyszał tylko Montparnasse, jego znajomy od kieliszka, a poza tym typ spod ciemnej gwiazdy, gdy brunet pojawił się pod jego mieszkaniem i wręcz wyrwał mu kluczyki z dłoni.
- A piłeś coś? – odkrzyknął, zanim tamten odpalił silnik.
- Meh – odparł na to Grantaire i tyle go ‘Parnasse widział.
Kilka minut wcześniej artysta otrzymał telefon od Courfeyraka. Spodziewał się wieści o całkowitym powodzeniu protestu; w końcu większą jego część sam widział i dobrze wiedział jakie wrażenie na wszystkich wywarła przemowa Enjolrasa.
Swój znak oddał komuś innemu, ale nie schował się w tłumie. Przez cały czas trzymał się blisko Protestu, nawet wspomógł Combeferre’a w wepchnięciu Enjolrasa na dach ciężarówki. Odszedł, gdy pierwsze rzędy pochodu zaczęły interesować się „tym gościem, co ma megafon”.
Sam się sobie dziwił, ale co do finału całego tego przedsięwzięcia miał raczej pozytywne nastawienie.
 Słowa, które usłyszał przez telefon, sprawiły, że poderwał się na równe nogi.
- Lipa straszna. Przed chwilą mnie wypuścili, Jehan wyciągnął ‘Ferre’go i Bossuetta, Joly i Feuilly zwiali zanim nas skuli, a Bahorel chyba trochę posiedzi, bo sprawdzają jego kartoteki, a to niekończąca się opowieść jest. Nikt nie wie co z Enjolrasem. Mówią nam, że mają „takiego pięknisia”, ale za to, co zrobił, przetrzymają go co najmniej nockę. Nie wiemy czy to on.
- Jedźcie do domu, Courf – mruknął Grantaire, wolną ręką chwytając skórzaną kurtkę i ruszył ku wyjściu. – Ja się zajmę Enjolrasem.
Nawet jeśli wcześniej odrobinę wypił, wieści go otrzeźwiły. Wiedział dobrze jednak, że pojechałby bez względu na okoliczności, czy stan promili we krwi. Nie było to zbyt rozsądne, ale Grantaire nie należał do ludzi rozsądnych.
Telefon od Courfeyraka otrzymał przed ósmą. Na komisariacie był już dwadzieścia pięć po.
Wparował do środka z takim wyrazem twarzy, że dosłownie po kilkunastu sekundach jeden z pracowników znalazł się przy nim i spytał, czego sobie życzy.
- Ja po przyjaciela. Mieliście wypuścić go pod wieczór. To ważne. Jego… jego rodzina bardzo się martwi.
W tym momencie usłyszał jakiś hałas, odwrócił się przez ramię i wydał z siebie coś w rodzaju cichego jęknięcia. Dwójka funkcjonariuszy prowadziła ku bramkom znacznie drobniejszą od nich postać, wciąż jeszcze skutą. To był Enjolras.
- To twój przyjaciel? – spytał mężczyzna, a Grantaire skinął głową w milczeniu. – Niezłe ziółko z pana przyjaciela, w takim razie. Ma szczęście, że nie zatrzymujemy go na noc.
Ale brunet go nie słuchał. Wzrokiem błądził po całej postaci Enjolrasa, czując, jak wnętrzności skręcają mu się nieprzyjemnie. Dobrze widział, że chodzenie sprawia blondynowi ból; widział to po tym, jak tamten krzywi się lekko po każdym przebytym kroku. Duma jednak nie pozwalała mu na to, by kuleć. Jego jasna koszula była rozdarta, kołnierz i rękawy nieznacznie zabrudzone krwią, włosy splątane, dolna warga rozbita.
Enjolras zobaczył go dopiero wtedy, gdy zdjęli mu kajdanki. Grantaire nie wiedział, jakiej reakcji się spodziewać, ale ta dosyć go zaskoczyła. Blondyn zamrugał, skrzywił się zdegustowany i odwrócił wzrok, mamrocząc coś pod nosem.
- Dobranoc, panowie. Jako lekturę przed snem polecałbym kodeks prawny – powiedział, gdy znalazł się już poza zasięgiem funkcjonariuszy i opuścił komisariat z wysoko podniesioną głową, nawet nie spoglądając na Grantaire’a.
Ten wyszedł za nim, całą swoją siłą woli powstrzymując się, aby nie chwycić Enjolrasa, nie zatrzymać go i nie przyjrzeć się każdej jego ranie z bliska, nie opatrzyć ich teraz, zaraz, natychmiast.
- Enjolras – powiedział cicho, bo blondyn zachwiał się lekko i jęknął, próbując udowodnić, że nic mu nie jest i może iść całkiem normalnie.
- Co ty tu robisz? – odparł tamten sucho, nie odwracając się.
- Przyjechałem cię stąd odebrać. – Grantaire wciąż mówił cicho, czule, i chociaż zimny ton blondyna ranił go jak sztylety, nie dawał tego po sobie poznać.
- Dlaczego ty? – warknął Enjolras, dygocąc lekko. Na dworze zrobiło się zimno, a on miał na sobie tylko podartą koszulę. – Dlaczego ty? Gdzie jest Courfeyrac? Gdzie Combeferre?
- Próbowali cię wyciągnąć przez cały czas – powiedział szybko Grantaire. – Courf zadzwonił dopiero niedawno. Nie wiedziałem, że was złapali.
- Przyszedłeś tu na nogach? – Enjolras wyrzucał z siebie słowa szybko, oschle, wręcz służbowo.
- Przyjechałem samochodem.
- Przecież ty nie masz samochodu.
- Pożyczyłem.
I, widząc, że blondyn zerka na niego przez ramię, gestem wskazał na czarny samochód Montparnasse’a stojący na parkingu najbliżej nich. 
- Świetnie – prychnął Enjolras i krokiem na tyle zamaszystym, na ile pozwoliły mu poobijane kończyny, ruszył w kierunku pojazdu.
Grantaire podążył tuż za nim, jak cień, zachowując dystans, ale w każdej chwili gotów, aby go podtrzymać. Nie okazało się to jednak konieczne; blondyn dał sobie radę sam. Zajęli miejsca, Grantaire odpalił silnik, a Enjolras utkwił wzrok w pokrytej zaciekami bocznej szybie.
Ruszyli. Przez pierwsze kilka minut drogi żaden z nich się nie odezwał. W końcu Grantaire, wyjątkowo nie w nastroju na słowne przepychanki, westchnął cicho.
- Przykro mi.
- Że co? – Enjolras wyrwał się z zamyślenia i spojrzał na niego, chyba na chwilę zapominając, że jest wściekły. Szybko jednak pytający, rozkojarzony wyraz jego twarzy zastąpił ten pełen pogardy grymas, tak doskonale znany brunetowi. – Och, tak, czekałem na to. Pewnie aż się cały telepiesz z radości, że miałeś rację. Dalej. Myślisz, że nie wiem, czemu tu jesteś? Proszę, wygrałeś. Masz tu mnie, chłopca wierzącego w cuda. I co, cieszysz się?
Grantaire przez chwilę milczał, zaskoczony, że Enjolras zapamiętał jego słowa z tego pamiętnego spotkania, gdy wylał mu na twarz szklankę soku jabłkowego.
- O czym ty mówisz? – spytał cicho, ale w jego głosie słychać było nutkę irytacji – Czemu miałbym się cieszyć? Z czego miałbym się cieszyć?
- Miałeś rację. Mówiłeś, że tak to się skończy, i właśnie tak się skończyło. – Enjolras znów odwrócił wzrok.
Grantaire zatrzymał samochód na środku mostu, którym akurat przejeżdżali. Blondyn spojrzał na niego zaskoczony, nie spodziewając się aż tak dramatycznej reakcji. Widocznie jednak sam Grantaire się jej nie spodziewał, bo jego wzrok utkwiony był w tablicy rozdzielczej.
- Coś się skończyło – wymamrotał brunet po chwili ciszy, przerywanej tylko odgłosami nielicznych samochodów, które ich wymijały. – Paliwo się skończyło.
- Co?
- Słyszałeś. – Uderzył w klakson i zaklął. – Zadzwonię po Courf’a.
- Nie spojrzałeś nawet na wskaźnik, zanim ruszyłeś? – Enjolras syknął cicho, przypadkowo przygryzając nabiegłą krwią wargę.
Są momenty, w których traci się anielską cierpliwość, nawet dla własnego anioła. Grantaire spojrzał na blondyna takim wzrokiem, że tamten zamilkł. Nie zmienił jednak nadąsanego wyrazu twarzy.
- Inne rzeczy chodziły mi po głowie, gdy ruszałem. Na przykład to, że nikt nie wiedział, co tak naprawdę się z tobą stało. Że widzieli, jak ściągają cię z ciężarówki, ale nic poza tym. Że znaleźli obtłuczony megafon, a na nim ślady krwi.
Wiadomości z tymi wszystkimi informacjami zapełniły skrzynkę odbiorczą Grantaire’a w trakcie jazdy na komisariat, co wcale nie pomogło mu się uspokoić i skupić na drodze.
- To nie była moja krew – mruknął Enjolras.
- Ale mogła być – odparł Grantaire, ostrożnie dotykając zabrudzonego rękawa jego jasnej koszuli. – Myślisz, że mam z tego jakąś satysfakcję? Za kogo mnie uważasz? Jesteś niewdzięczny, Enjolras. Fakt, przewidziałem coś takiego. Co nie znaczy, że tego chciałem. A już po twojej dzisiejszej przemowie zupełnie zmieniłem nastawienie, głupie, wiem, ale…
- Przecież cię tam nie było. – Enjolras patrzył na niego nieodgadnionym wzrokiem; na jego twarzy nie został już ani ślad po pełnym pogardy grymasie.
- Wpadłem na moment – mruknął brunet, klepiąc kieszenie spodni w poszukiwaniu telefonu, także nie zauważył tego spojrzenia. – Tyle że jak zaczęli się bić, to mnie już nie było. A może gdybym został… Hm.
Enjolras nie spuszczał z niego wzroku.
- Grantaire – zaczął.
- Daj mi moment. – Grantaire otworzył drzwi od strony kierowcy i wyszedł na ulicę, żeby zadzwonić po Courfeyraka.
Gdy zakończył połączenie i odwrócił się, spostrzegł, że blondyn stoi tuż za nim, drżąc lekko z zimna, ale z wyrazem determinacji na twarzy. Już w tym momencie domyślił się, że jakiekolwiek próby nakłonienia go do powrotu do środka spełzną na niczym.
- Dlaczego się nie pokazałeś? – spytał blondyn, a światło rzucane przez rząd latarni tylko podkreśliło czerwień nabrzmiałej od krwi dolnej wargi.
- Jesteś nienormalny i zamarzniesz.
Grantaire niedbałym ruchem zrzucił z siebie skórzaną kurtkę i podszedł do Enjolrasa, aby narzucić mu ją na ramiona. Blondyn bez wahania wcisnął ramiona w otwory rękawów. Przez cały ten czas nie spuszczali z siebie wzroku.
- Dlaczego…? – zaczął Enjolras, ale umilkł, czując palce wślizgujące mu się we włosy, odgarniające te niesforne kosmyki z twarzy.
- Co jeszcze ci zrobili oprócz tego? – Grantaire wodził wzrokiem po jego twarzy, zanim zatrzymał wzrok na ustach. Na ponowny widok zaschniętej krwi na kołnierzu rozdartej koszuli zaczęła wzbierać w nim fala gniewu. Wyczuwalna chyba na kilometr.
- Nic – skłamał blondyn. Martwienie innych swoim stanem było ostatnim, na co miał ochotę.
- Więc skąd ta krew? – Grantaire nie dał się oszukać tak łatwo.
- To przez usta. I trochę z nosa – przyznał Enjolras.
Grantaire delikatnie, ledwie wyczuwalnie, przejechał opuszkiem palca po czubku jego nosa. Enjolras na ten moment przestał oddychać.
- Nie jest złamany – stwierdził w końcu, marszcząc brwi. – Mają kurwa szczęście.
Słysząc to Enjolras, zupełnie niepowstrzymanie, parsknął śmiechem. I Grantaire uśmiechnął się szeroko, a w jego oczach ponownie pojawiły się te znajome, łobuzerskie iskierki, które zniknęły w momencie otrzymania telefonu.
Zanim zdążył powiedzieć coś jeszcze, jego Apollo wykonał jakiś nieokreślony ruch i chwycił go za przedramię. Brunet uniósł brwi nieznacznie, jakby pytając „co się stało?”. Enjolras jednak nie wyglądał na kogoś, kto ma zamiar mówić; postąpił drobny krok do przodu i na chwilę wstrzymał oddech.
Nie on jeden.
Przysuwając się jeszcze bliżej, przypadkiem przydepnął Grantaire’owi stopę.
- Przepraszam – powiedział cicho, a jego oddech połaskotał bruneta w usta.
- Nic się nie… - zaczął Grantaire, ale przerwał mu donośny odgłos klaksonu. Obaj odskoczyli od siebie.
 - Tyle szczęścia w jednym dniu! – zawołał Courfeyrac, otwierając drzwi od strony kierowcy.
Combeferre już był na zewnątrz i doczepiał samochód Montparnasse’a do ich własnego linką holowniczą.
- Wszyscy są u nas, ale pewnie chcecie jechać do siebie – powiedział, gdy już wszystko było gotowe.
Enjolras i Grantaire wymienili szybkie spojrzenia; brunet dobrze wiedział, że pomimo zmęczenia, lider swojej grupy bardzo chciałby ich zobaczyć, całych i zdrowych.
- Ja wyskoczę przed skrzyżowaniem, a wy jedźcie – powiedział, słowa te trochę bardziej kierując do Enjolrasa niż kogokolwiek innego.
Blondyn jednak zmarszczył czoło i pokręcił głową, a Grantaire poczuł na nadgarstku lekki, prywatny dotyk szczupłych palców.
- Jedź z nami – powiedział.
A kim był Grantaire, żeby mu odmawiać?
*
Nikt nie odniósł poważniejszych obrażeń. Jehan miał kilka siniaków na ramieniu, Courfeyrac podbite oko, co spostrzegli dopiero w świetle, a Bossuet skręconą kostkę; ten wypadek jednak przytrafił mu się na krawężniku, pół godziny wcześniej, więc raczej nie zaliczono go do ran bitewnych.
- No, miło było, ale ja już muszę lecieć. Gav czeka. – Eponine wstała niechętnie i, po chwili wahania, odwróciła się w kierunku Mariusa. – Cosette odwozi mnie do domu… Jeśli chcesz…?
Marius nigdy nie ubierał się tak szybko, choć jeszcze kwadrans wcześniej zaręczał, że już nigdzie się nie rusza. Przed wyjściem brunetka posłała Grantaire’owi krzywy uśmiech, machnęła do wszystkich i zniknęła za otwartymi drzwiami na klatkę schodową, za Pontmercym, który w ogóle zapomniał się pożegnać.
- My też już się zbieramy – mruknął Joly i wraz z Bossuetem, który oczywiście potrzebował pomocy przy chodzeniu, także opuścili przytulne mieszkanie, z biegiem czasu przemienione w domową siedzibę Protestu.
Combeferre rzucił okiem na Grantaire’a, usadowionego na poduszkach rozłożonych pod kanapą, i na Enjolrasa, zajmującego swój ulubiony fotel przy drzwiach, po czym spojrzał ukradkiem na Courfeyraka – ten jednak, zajęty oglądaniem swojego podbitego oka w lusterku, nie zauważył ukradkowych spojrzeń, które tamta dwójka bez przerwy słała w swoich kierunkach.
Ciszę zakłócił sygnał wiadomości. Courf przerwał przekonywanie Jehana, że jego siniak wygląda zupełnie jak Francja i sięgnął po telefon.
- Marius nie wraca na noc – oznajmił głosem tak szczerze zdziwionym, że aż sam się zaśmiał.
- Więc Jehan ma wolną sypialnię, a Enjolras kanapę. Czy tam na odwrót. – Grantaire czuł, że tej nocy naprawdę potrzebuje być sam, bo inaczej stanie się coś, coś, co się nigdy nie będzie mogło odstać i on będzie tego żałować do końca życia. Już otwierał usta, aby poprosić ‘Ferre’a o podwózkę do mieszkania pod dziewiątką.
- Ja nie zostaję – wtrącił Jehan, powstrzymując go gestem dłoni. – Właściwie to już muszę iść. Wpadnę z rana przed zajęciami, przyniosę wszystkim słodkie bułki.
Po czym zarzucił swoimi długimi, kasztanowymi włosami i już go nie było.
- To który z was śpi w pokoju Mariusa? – Combeferre miał zdolność używania najbardziej spokojnego, taktownego tonu w niemożliwie niezręcznych sytuacjach.
- On – odparł Grantaire zanim Enjolras w ogóle zdążył otworzyć usta. – Wybacz, za bardzo lubię tą kanapę i wiem, że masz na nią chrapkę, ale nie oddam. Jest tylko moja.
Enjolras przez dłuższą chwilę po prostu patrzył na niego, po czym wykonał nieokreślony gest, coś pomiędzy skinieniem głowy i wzruszeniem ramion.
Grantaire nie czekał na jakikolwiek rozwój sytuacji. Im szybciej pójdzie spać, tym lepiej dla niego.
Wyciągnął z szafy Courfeyraka jakieś świeże ciuchy i poszedł wziąć prysznic. Trwało to może pięć minut; on albo zajmował łazienkę godzinami, albo wychodził z niej po chwilce. Wszystko zależało od chwilowego kaprysu.
Usiadł na kanapie i udawał, że nie widzi Enjolrasa powoli podnoszącego się z fotela i zmierzającego w kierunku łazienki. Dopiero, gdy usłyszał trzask drzwi, zorientował się, że drżą mu dłonie. Zaklął cicho pod nosem i, mrucząc krótkie wyjaśnienie w kierunku Combeferre’a, wyszedł na klatkę schodową, żeby zapalić papierosa.
Ta krótka chwila na moście? Na pewno mu się wydawało. To wybujała, zdesperowana wyobraźnia zamieniła zwykłe potknięcie i przypadkowe przydepnięcie stopy na niezręczną próbę stanięcia bliżej i… I co? No właśnie. Nic. Jedno wielkie nic. Grantaire, zirytowany na samego siebie, zgasił papierosa i wrócił do mieszkania.
Musiało go nie być dłużej niż myślał, bo światła wszędzie już pogasły; wszędzie, poza łazienką. A więc Enjolras jeszcze brał prysznic. Grantaire dziękował za to siłom wyższym, bo w tym momencie przypomniał sobie, że Courfeyrac całą pościel, i tą dla niego, zaniósł do pokoju Mariusa.
Nie pomyślał, że ani ‘Ferre ani Courf przed nimi nie odwiedzili łazienki i że równie dobrze to któryś z nich mógł ją teraz zajmować.
Bez wahania podszedł do eleganckich drzwi, otworzył je bezszelestnie i wszedł do środka.
I stanął jak wryty.
W tym ciemnym pokoju, tuż przy łóżku, tyłem do niego stała postać. Oświetlało ją jedynie mdłe światło księżyca wpadające zza niewielkiego okna i nic więcej. Poskręcane, wilgotne włosy opadały na jej szczupłe ramiona, nie dosięgając nagich pleców, a plecy…
- Co oni ci zrobili? – Grantaire nie poznał swojego zdławionego głosu, nawet nie zauważył kiedy te słowa opuściły jego usta.
Enjolras drgnął i odwrócił się, próbując pospiesznie założyć koszulkę.
- To nic – powiedział, szarpiąc się z materiałem, jakby zirytowany, że tamten nie chce współpracować.
Grantaire zamknął za sobą drzwi i w kilku krokach znalazł się tuż przy nim.
- Pokaż – powiedział cicho, z troską, powstrzymując go tym prywatnym, intymnym dotykiem palców na nadgarstku.
Enjolras przez chwilę mierzył go wzrokiem, zaciskając usta, po czym, jakby lekko sfrustrowany, odrzucił koszulkę na łóżko i powoli odwrócił się tyłem.
Całe jego plecy pokryte były fioletowymi i zielonymi siniakami, miejscami zachodzącymi też na żebra. Grantaire zaniemówił. Nie mogąc się powstrzymać, wyciągnął przed siebie rękę i opuszkami palców przejechał po wystającej łopatce blondyna.
- To nic – powtórzył Enjolras, ale nie odsunął się. Przeciwnie, nieznacznie odchylił się do tyłu, jakby nastawiając na ten delikatny dotyk.
Grantaire mocno przygryzł wargę, żeby nie krzyknąć. Każda sekunda patrzenia na posiniaczone plecy jego Apolla sprawiała mu ból gorszy od tego fizycznego. A fakt, że nie mógł pocieszyć go w taki sposób, jaki chciał, tylko ten ból potęgował.
- Żadnych więcej protestów – wymamrotał, przenosząc dłoń na ramię Enjolrasa. Chociaż tyle.
Blondyn zaśmiał się cicho, zerkając na niego z ukosa.
- Nie obiecam ci tego – odpowiedział.
A potem, nie wiadomo kiedy, odwrócił się przodem i tym razem udało mu się postąpić te parę kroków bez przydeptywania stóp. Grantaire wciąż trzymał dłoń na jego ramieniu, gdy zaskoczenie odebrało mu mowę; Apollo wpasował się w niego, instynktownie, nie bez cienia nerwowości, i złożył niewprawny pocałunek na jego ustach.
Po czym odsunął się, z miną taką, jakby sam dopiero określał swój stosunek do tego, co zrobił. Grantaire nie dał mu jednak więcej czasu do namysłu.
Ostrożnie, żeby nie zranić jego dolnej wargi, schwycił ją między swoje i pociągnął delikatnie. Wyrwało to z Enjolrasa krótki, urywany wydech, ni to bólu, ni przyjemności. Rozchylił jednak usta, wciąż wiedziony instynktem, bo przecież nie doświadczeniem.
Na takie zaproszenie czekał Grantaire. Jego dłonie niespiesznie zsunęły się po gładkiej, delikatnej skórze, która jak cienki pergamin kryła poobijane żebra Enjolrasa i spoczęły w talii, kreśląc uspokajające kręgi opuszkami kciuków. Blondyn, wciąż odrobinę spięty, westchnął cicho na ten dotyk i wsparł się o jego klatkę piersiową.
Grantaire spodziewał się dystansu, jednak tego właśnie obawiał się przez cały wieczór. Obawiał się, że jeśli coś takiego się stanie, nie będzie potrafił potraktować swojego Apolla właściwie. Jednak czując drżące palce splatające się na jego karku, ramiona przyciągające go bliżej, wibracje cichych, rozkosznych pomruków wokół języka, którym delikatnie przesunął wzdłuż dolnej wargi Enjolrasa, czując wtapiające się w niego, niedoświadczone, ale w jakiś sposób zuchwałe ciało, wiedział, że nikt poza nim nie potrafiłby dać mu wszystkiego.
Gdy obojgu zabrakło oddechu, Enjolras odsunął się od niego na taką odległość, aby móc mu spojrzeć w oczy. Jego tęczówek prawie nie było widać zza rozszerzonych źrenic.
- Zostaniesz? – spytał, oddychając szybko.
- Pozwolisz? – odpowiedział Grantaire, gładząc go po plecach delikatnie.
Enjolras odetchnął głośno, coś, co przypominało krótkie „phi!” i wykonał ostrożny krok w tył, w kierunku łóżka. Przymknął powieki lekko, gdy jego delikatna aluzja napotkała odzew, a on sam czułym, nienatarczywym gestem został posadzony na kwiecistej pościeli. A potem położony.
Grantaire, dłonie opierając po obu stronach swojego Apolla, ulokował się tuż nad nim i pochylił, aby znów go pocałować. Nie trwało to jednak długo. Jego usta wyznaczyły sobie ścieżkę tuż od krwawego pęknięcia na dolnej wardze Enjolrasa do każdego najmniejszego zatarcia i siniaka na jego klatce piersiowej, na brzuchu, na żebrach.
Blondyn nie spodziewał się, że zwykłe, niespieszne pocałunki mogą rozgrzewać aż tak bardzo. Starał się powstrzymywać. Zacisnął zęby i mocno odchylił głowę, a jego włosy rozsypały się na prześcieradle. Te milczące wysiłki zostały dostrzeżone dopiero w momencie, w którym Grantaire chwycił jego nadgarstek, aby pocałować i otarte od uderzeń knykcie; zauważył, jak mocno Enjolras zaciska pięści.
- Mam przestać? – spytał i chociaż nie, nigdy nie przestać, nigdy, byłby gotów to zrobić, gdyby blondyn wyraził takie życzenie.
- Nie – wymamrotał Enjolras i, o, proszę, druga sytuacja, w której tracił całą swoją elokwencję, poza dobijającym kacem. – Więcej.
Grantaire głośno wciągnął powietrze.
- Jak bardzo więcej? – Znów ulokował się nad Enjolrasem, kładąc obie dłonie na jego podbrzuszu i zawadzając odrobinę o gumkę czarnych dresów, które tamten miał na sobie. Były to dresy Combeferre’a, uświadomił sobie. I poczuł ochotę, żeby zerwać je z blondyna w jednej sekundzie.
Enjolras wzdrygnął się, przeszyty falą dreszczy i wyciągnął dłoń, aby chwycić za materiał koszulki Grantaire’a i podciągnąć ją do góry.
- Więcej.
Koszulka, jak i czarne dresowe spodnie, wylądowały po chwili na podłodze. Grantaire, gdyby okoliczności były inne, kazałby Enjolrasowi leżeć tak i się nie ruszać, a sam pobiegłby po kartkę i ołówek, żeby choć naszkicować to niewysłowione piękno.
W zamian za to przysiadł u jego stóp i przesunął palcami po całej jego długości. Enjolras znów zadrżał, a z ust wyrwało mu się coś w rodzaju krótkiego szlochu. Grantaire przełknął ślinę, spoglądając na swojego Apolla, i splótł palce wokół jego męskości.
Enjolras jednak uniósł się na łokciach, wyciągając rękę w jego kierunku. Położył dłoń na karku bruneta, po czym przyciągnął go do siebie.
- Chodź tutaj.
Grantaire, posłusznie, dał się wciągnąć do tego uścisku i dopiero wtedy poczuł w jakim sam jest w stanie.
Enjolras chwycił pełną garść materiału dresów Courfeyraka i zaczął je z niego zsuwać. Po chwili obaj byli całkiem nadzy, rozłożeni na tej śmiesznej pościeli w kwiatki – czego innego spodziewać się po Mariusie? – spleceni, rozpaczliwie łapiący powietrze, zgubieni w tym, czyje ręce są czyje, czyj pot jest czyj, czyj zapach jest czyj.
- ‘Enj… - wymamrotał Grantaire, zanim nie uciszyły go wilgotne usta. Poruszył biodrami niespokojnie.
Twardość otarła się o twardość. Przed oczami zatańczyły mu gwiazdy. Najwidoczniej nie tylko jemu; Enjolras wydał z siebie taki dźwięk, który na pewno obudziłby Courfeyraka i Combeferre’a, gdyby nie został stłumiony gdzieś w okolicach podniebienia Grantaire’a.
Odłączając się od siebie tylko wtedy, gdy już naprawdę brakło im powietrza, złapali wspólny rytm, nie do końca równy, ale dla nich idealny. I nawet jeśli to nieszczęsne łóżko trochę skrzypiało, przestali zwracać na to uwagę – sami byli głośniej.
- ‘Taire…
Enjolras oplótł go ramionami, jakby próbując przyciągnąć jeszcze bliżej. Cały drżał, zupełnie zapomniał o jakimkolwiek rytmie, przylegając do bruneta rozpaczliwie. Fioletowe sińce na jego plecach to rozpoczęły, a zakończyły czerwone pręgi wydrapane paznokciami, biegnące przez całą opaloną skórę Grantaire’a, we wszystkich kierunkach.
- Wiem – wyszeptał Grantaire, przyciskając usta do jego skroni. – Wiem…
Enjolras wygiął się w łuk i doszedł z jego imieniem na ustach. Było to tak silne, tak wszechogarniające, że jeszcze przez dłuższą chwilę dygotał ciężko, na bezdechu, wczepiając się w Grantaire’a jak w ostatnią deskę ratunku. To spowodowało, że i brunet zadrżał gwałtownie, poruszył się raz jeszcze i doszedł również, mamrocząc jakieś ciche, czułe słowa w złote loki tuż nad uchem Enjolrasa. Dopiero wtedy blondyn zwiotczał w jego ramionach, a i on sam opadł na pościel, tuż obok niego.
Przez długi moment leżeli w milczeniu, obaj nie mogąc znaleźć słów na to, jak się przed chwilą czuli. W końcu Grantaire, niechętnie, odsunął się trochę, żeby sięgnąć po swoją koszulkę leżącą na ziemi i przy jej drobnym poświęceniu, doprowadził ich do porządku. Enjolras przyglądał się jego poczynaniom spod przymkniętych powiek; jego oddech dopiero co się wyrównał.
- Mam zostać? – zapytał Grantaire cicho, gdy ich spojrzenia w końcu się skrzyżowały.
Enjolras przez chwilę przyglądał mu się uważnie.
- A chcesz? – odpowiedział pytaniem, a Grantaire zdecydowanie nie tego się spodziewał.
Że niby decyzja ma należeć do niego?
Nie odpowiedział na pytanie blondyna. Nie słowami. Ostrożnie przesunął się tak, żeby wyciągnąć spod ich obojga kwiecistą kołdrę i narzucił ją na siebie i swojego Apolla. Mogło mu się tylko zdawać, że Enjolras odetchnął cicho, przysuwając się do niego i splatając razem ich nogi, żeby obu było wygodniej.
W takiej właśnie pozycji zastał ich Marius, gdy postanowił pokazać się w mieszkaniu o piątej nad ranem. Przez chwilę przyglądał się całej scenie z ustami ułożonymi w równiutkie, urocze „o”, po czym cichaczem wycofał się z własnej sypialni i poszedł spać na kanapę.
*
Nie obudziło ich słońce ani poranne hałasy; oprzytomnieli dopiero wtedy, gdy ktoś mocno zastukał w drzwi do tej tymczasowej sypialni.
- Wszystko ładnie i pięknie – zawołał Courfeyrac, nawet nie próbując wchodzić do środka – ale biedny Marius potrzebuje ciuchów. No i jest prawie południe.
- A spadaj – mruknął Grantaire, co zostało podsumowane cichym śmiechem łaskoczącym go gdzieś w okolicach ucha.
- Może rzeczywiście powinniśmy… - Enjolras poruszył się nieznacznie i odchylił głowę, żeby zerknąć na drugiego mężczyznę.
Dopiero wtedy tamten uwierzył, że poprzednia noc nie była jedynie jakimś wyjątkowo realistycznym snem. Przez chwilę dosłownie pożerał wzrokiem ukochaną, zaspaną twarz, po czym uśmiechnął się nieznacznie.
- Może faktycznie – odparł ostrożnie i wbrew swoim słowom przyciągnął blondyna trochę bliżej. Tamten jednak zacisnął usta i spuścił wzrok.
Grantaire’a, pomimo że przygotowywał się na gorzką falę rozczarowania, na słowa typu „przepraszam za wczoraj, to nie powinno się stać”, ta reakcja przeszyła jak pocisk. Na usta wpełzł mu gorzki uśmiech i cofnął dłoń, którą obejmował Enjolrasa w talii.
- Muszę – zaczął Enjolras cicho, marszcząc brwi odrobinę, gdy Grantaire go puścił – umyć zęby.
Brunet zamrugał, a potem przygryzł wargę, hamując wybuch śmiechu. No tak, perfekcyjny Apollo musiał mieć perfekcyjny oddech. Jednocześnie z lekka się zawstydził, przypominając sobie, że sam przy okazji tych dwóch pocałunków zapewne smakował jak papierosy.
- Ja też, ja też – przytaknął, odsuwając się jeszcze trochę i rozplątując ich nogi, dając blondynowi trochę przestrzeni osobistej.
Bardzo starał się nie błądzić wzrokiem; w świetle dziennym wszystko było widać wyraźniej, a oni obaj wciąż nie mieli na sobie żadnych ubrań.
Enjolras usiadł na łóżku, ale nie wstał. Opuścił wzrok na kwiecistą pościel, której poszewkę miął teraz w palcach. Grantaire, rozluźniony i szczęśliwy, opadł na poduszki, splatając dłonie na karku i utkwił w nim pogodne, pytające spojrzenie.
- Chciałbym wiedzieć – powiedział w końcu, głośniej i poważnie – ile to dla ciebie znaczyło. Żeby w razie… ekhm… różnic w podejściach do pewnych spraw…
Brunet nie odrywał od swojego Apolla milczącego wzroku.
- Chciałbyś wiedzieć? – mruknął pod nosem, a Enjolras, wciąż poważny, skinął głową. – No to się dowiesz.
I, zwyczajowo ignorując własną goliznę, wstał. Blondyn zamrugał, a na jego policzki wpełzł lekki rumieniec. Nie rozpraszał się jednak więcej; tak, żeby wszystko co trzeba zakryła mu kołdra, zsunął nogi z łóżka i zaczął się ubierać.
Z pokoju wyszli wspólnie. Drzwiami uderzyli „przypadkowo” stojących tam Mariusa i Courfeyraka.
- Dzień dobry – uśmiechnął się Grantaire na ich widok. Odpowiedzieli mu lekkim skinieniem głów, obaj zbyt zaskoczeni, żeby wydobyć z siebie głos.
Być może było to jedynie odbicie tego, który stał tuż przy nim, ale Grantaire zdawał się promienieć.
- Zjecie bułeczki? – usłyszeli spokojny głos Combeferre’a dobiegający z kuchni – Jehan przyniósł rano całe mnóstwo.
- Apollo? – mruknął brunet, spoglądając na Enjolrasa, zanim sam odpowiedział. Blondyn pokręcił głową, już widocznie przyzwyczajony do tego przezwiska. – Nie, dzięki. Ale smacznego wam wszystkim.
Pożegnali się i wyszli.
Samochód Montparnasse’a stał o jedno miejsce parkingowe dalej, zatankowany do pełna. Grantaire, w duchu dziękując sile wyższej, którą, jak podejrzewał, był ‘Ferre, wyciągnął z kieszeni kluczyki i otworzył go.
Niecały kwadrans później zatrzymali się w znajomej dzielnicy, nieopodal klubu i kawiarni Musain, pod kamienicą, w której znajdowały się drzwi do mieszkania numer dziewięć.
*
Enjolras zupełnie nie wiedział, czego ma oczekiwać. Przez całą drogę zamienili jedynie kilka słów, a Grantaire uśmiechał się bez przerwy i nawet nucił coś pod nosem.
Po raz pierwszy to on szedł za nim, gdy pokonywali schody na ostatnie piętro kamienicy. Nie do końca rozumiał, co się z nim dzieje; wiedział jednak, że jeśli poprzednia noc okaże się tylko kolejną przygodą dla tego rozpitego artysty, tego sceptyka, który doprowadzał go do białej gorączki… to będzie musiał wyprowadzić się z tego mieszkania, z dala od niego.
Poprzedniego dnia, gdy stali na moście, w przypływie jakiegoś natchnienia, zdawałoby się poruszony wiarą, którą okazał Grantaire, Enjolras próbował go pocałować. Nieudolnie, to fakt, ale nigdy wcześniej tego nie robił ani nawet nie myślał o tym, żeby zrobić. Dopiero, gdy Courfeyrac i Combeferre przerwali mu, zanim do czegokolwiek doszło, zaczął myśleć.
I zauważył, że choćby nie wiadomo jak się starał, w jakiś sposób jego myśli często wracają do osoby Grantaire’a. Że brunet, może i wbrew jego woli, ale przyciąga go do siebie. Nie pozwala o sobie zapomnieć. Burzy cały jego porządek, postępuje zawsze wbrew jego oczekiwaniom, z uśmiechem na twarzy. A jednak jego słowa są zaczepne, nie agresywne, a spojrzenie czułe, nie kpiące.
Nie zdawał sobie jednak sprawy, jak długo pozostawał na to całkiem ślepy.
Ktoś mógłby powiedzieć, że w odmiennych okolicznościach, gdyby umieścić tą dwójkę w innych czasach, w których protesty tyczyły się spraw donioślejszych, niż płatny Internet na uczelni, Grantaire musiałby oddać życie, aby zasłużyć na uśmiech i przyjazny gest ze strony swojego Apolla.
Enjolras wciąż nie rozumiał swoich uczuć. Wciąż przez głowę przebiegały mu myśli, że może lepiej zawrócić, zanim wejdzie w nieznane, jak do tej pory myślał, niepotrzebne.
Grantaire otworzył drzwi i przytrzymał je, przepuszczając go z zagadkowym uśmiechem na ustach. Potem wszedł za nim i niespiesznie zdjął buty, kurtkę, bluzę; wciąż nic nie mówił.
- Masz zamiar mi coś pokazać? – spytał blondyn, mocniej opatulając się bluzą, którą pożyczył od Courfeyraka. Była na niego zdecydowanie za duża.
- Powiedz mi, Enjolras – Grantaire minął go i przysiadł na blacie kuchennym. Teraz patrzyli na siebie z tej samej perspektywy, z której odbyła się ich pierwsza, nocna rozmowa w tym właśnie mieszkaniu. – Nigdy nie zastanawiałeś się co jest pod tamtym białym prześcieradłem?
- Przecież wiem – odparł Enjolras niecierpliwie. – Sztaluga.
- A na niej płótno – podjął Grantaire, szczerząc zęby. W jego spojrzeniu było tyle ciepła, że blondyn z ledwością je wytrzymywał. Przywodziło na myśl minioną noc i niedosłyszane szepty. – Nigdy nie zerknąłeś pod spód?
- Nie – przyznał Enjolras.
Artysta milczał.
- Czasem – zaczął po dłuższej chwili ciszy, spoglądając na swoje dłonie – miałem nadzieję, że jednak to zrobisz.
Po tych słowach wstał, podszedł do zakrytej sztalugi i, nie bez wahania, zamaszystym ruchem ściągnął z niej białe prześcieradło. Enjolras zamarł.
Patrzył na samego siebie – ale to nie mógł być on. Postać miała jego twarz, jego oczy i włosy, jego sylwetkę, ujętą do pasa, nawet miała jego czerwony płaszcz, ale nie była człowiekiem. Nie mogła być. Wyglądała bardziej jak bóg; nawet złote loki, które otaczały jej twarz, wyglądały bardziej na świecącą aureolę. Uwagę zwracał także wyraz pięknej, posągowej twarzy.
Uśmiechała się delikatnie. Nawet Enjolras nie znał własnego prywatnego uśmiechu tak dobrze, jak znał go Grantaire.
- To… - powiedział w końcu blondyn, ale głos uwiązł mu w gardle.
- Już wiesz – odezwał się Grantaire czule, nawet nie zerknąwszy na ten wspaniały portret, nad którym pracował już od dawna; jego oczy były utkwione w pierwowzorze. – Kocham cię, Enjolras, i zrób z tym co uważasz.
Enjolras jeszcze przez dłuższą chwilę wpatrywał się w tą niesamowitą wersję siebie, po czym przeniósł płomienne spojrzenie na Grantaire’a, pokonał dzielącą ich odległość w kilku krokach i żadne słowa nie były już potrzebne.
*
- Mówiłam, dwaj idioci – mruknęła Eponine, obserwując kłócącą się w kącie kawiarni Musain parę postaci. Na jej ustach błąkał się uśmiech.
- Ale za to ile mają okazji, żeby się godzić – odparł na to Courfeyrac z nutką zazdrości w głosie, po czym spojrzał na Combeferre’a. – My dalej jesteśmy pokłóceni?
- Nie wiem o czym mówisz – odparł ‘Ferre chłodno, nawet nie patrząc na swojego współlokatora znad papierów. Courf westchnął boleśnie.
- Może jakbyś się tak do wszystkich nie kleił, to wziąłby cię trochę poważniej – podsunął mu szeptem Jehan, w którego kasztanowe włosy Cosette wplatała stokrotki. – A tak to myśli, że się nabijasz.
- Zgłodniałam – mruknęła blondynka bardziej do siebie niż kogokolwiek innego. Słysząc to, Marius zerwał się na równe nogi, żeby oddać jej resztkę słodkiej bułki, którą właśnie jadł. Wpadł na krzesło i omal nie przewrócił stolika. Eponine wywróciła oczami, a Cosette zachichotała.
- Mieliśmy świętować powrót darmowego Internetu. Kiedy idziemy świętować? – wtrącił się zniecierpliwiony Bahorel, któremu po pamiętnym pochodzie pozostała niewielka blizna na czole.
- W sumie to już możemy się zbierać. – Combeferre zerknął na zegarek i powoli wstał z krzesła. – Idziecie? – zawołał w kierunku kąta kawiarni.
- Niech się dogadają – szepnął Courf i sprytnie chwycił go za nadgarstek. – Choooodź.
I, faktycznie, kompania Protestu opuściła kawiarnię, zostawiając tę dwójkę samym sobie.
Grantaire przyglądał się zdenerwowanemu Enjolrasowi z ponurym uśmiechem. Pod ręką miał pustą butelkę whisky. Była to pierwsza całkowicie opróżniona przez niego butelka od wielu dni; zdawało się, że walka z nałogiem jakoś mu idzie.
Miewał jednak swoje gorsze dni i właśnie to był jeden z nich.
- Nie chcę, żebyś się marnował. Tyle możesz zrobić, Grantaire. Na tyle cię stać. – Enjolras, gdy już skończył się pienić, usiadł przy stoliku.
- Bla, bla, bla. – Brunet wyszczerzył zęby. Prawdę mówiąc, whisky opróżnił już przed południem, więc teraz, gdy dochodził wieczór, był praktycznie trzeźwy. – Stać mnie na podziwianie twojej twarzy, malowanie twojej twarzy i śpiewanie smutnych ballad.
- Jesteś dobry też w wielu innych rzeczach – odparł Enjolras łagodnie, wyciągając butelkę z uścisku dłoni artysty, tylko po to, żeby od razu potem chwycić ją w czuły uścisk swojej.
- Na przykład? – spytał brunet zaczepnie.
- Robisz dobrą kawę, – odparował Enjolras z kamiennym spokojem, a gdy tamten się zaśmiał, dodał, nie zmieniając wyrazu twarzy -  masz ogromną wiedzę, choć używasz jej, żeby ze mną polemizować. Ale bardzo często nie jestem w stanie znaleźć błędów w twojej logice. Wprowadzasz świeżość do Protestu. Niesamowicie nam pomagasz.
Grantaire uśmiechnął się, jednak możliwe, że był odrobinę rozczarowany taką odpowiedzią. Szybko jednak odwrócił wzrok i roześmiał się, aby odegnać to wrażenie.
- Jasne, jasne. Tylko tak mówisz. Pewnie masz mnie dosyć.
Enjolras wstał i zabrał dłoń z jego uścisku po to, żeby skrzyżować ramiona na piersiach. W przyciemnionym świetle kawiarni nie było widać koloru, który wpełzł mu na policzki.
- Czasem – przyznał i po długiej, długiej chwili ciszy, gdy zdawało się, że już nic nie powie, dodał pewnie i wyraźnie – Masz szczęście, że cię kocham.
Grantaire uniósł na niego wzrok, nie poruszając się z miejsca ani o milimetr. W końcu jednak odchylił się w krześle odrobinę, a twarz, i oczy, i w ogóle całą jego postać, rozpromienił szczęśliwy uśmiech.

15 komentarzy:

  1. Les Miserables <3 Bardzo spodobało mi się twoje opowiadanie :3 Do szczęścia brakuje mi tylko opowiadania Combeferre x Courfeyrac xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. OMG OMG ! *zbiera się z podłogi, na której się wcześniej tarzała
      *
      Tyle dobra na tym blogu!

      Usuń
    2. Ja również chętnie przeczytam :D
      ~Jeleń

      Usuń
  2. Ja za jakiś czas walnę porządy komentarz bo aktualnie to przez moje okrzyki szczęścia nie słyszę własnych myśli.


    PS mam nadzieję, że jeśli wena dopisze to naskrobiesz coś jeszcze z naszymi kochanymi rewolucjonistami ^.^

    OdpowiedzUsuń
  3. Ugh, tyyyyyle szcześcia daje mi twój blog, teraz jeszcze zaraziłaś mnie miłością do e/R, chociaż wcześniej o nich nawet nie słyszałam - przez ciebie są moimi OTP na równi z Johnlockiem (których swoją drogą też bardzo pragnęłabym tu kiedyś ujrzeć, bo w twoim wykonaniu byłaby to czysta zajebistość xD)a to już nie przelewki! ^w^ Uroniłam nawet łzy szczęścia na końcu gdy już byłam pewna, że tu darujesz im życie i zostawisz szczęśliwych z tą miłością... To takie piękne ;_; Szkoda tylko, że to już ostatnia część.
    Dziękuję Ci za to wszystko - emocje i wgl.(XDDD)- i życzę weny! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. "Rzygam tęczą"- że się tak wyrażę. Wprost nie mogłam się doczekać kolejnego partu. Chyba sobie przeczytam wszystkie twoje opowiadania po raz... nie pamiętam już który XD

    OdpowiedzUsuń
  5. Boże, ty nawet nie wiesz co ze mną zrobiłaś ;-; Gdy przeczytałam drugą część od razu poszukałam A Drop in the Ocean i oszłam czytać dalej. Tak mnie serce ścisnęło, że aż zaczęłam płakać nad losem Grantaire'a ! ;-; Ale naprawdę cieszę się z ostatniej części choć żałuję że to OSTATNIA. To było... takie wspaniałe. Aż pójdę po książkę do biblioteki i będę się jarała moim nowym OTP <3 Dziękuję Head - chan <3

    OdpowiedzUsuń
  6. Hej , będziesz jeszcze pisać Wincest?

    OdpowiedzUsuń
  7. Piękne opowiadanie.
    Super... sprawy z kradzieżą tekstów zostały rozwiązane, mam nadzieję, że więcej się nie pojawi coś takiego jak PLAGIAT.
    Dziękuję jeszcze raz za informacje.

    OdpowiedzUsuń
  8. Nominacja do Liebster Award, czyli przedłużenie łańcuszka <3
    http://shizaya-opowiadania-yaoi.blogspot.com/2013/07/liebster-award.html

    OdpowiedzUsuń
  9. *-* Ciekawe!
    Zapraszam do siebie!
    http://yaoi-bez-granic.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  10. Wierna czytelniczka od prawie pół roku, która wcześniej nie zdobyła się na komentarz (Przeklinam cię, o nieśmiałości!), chciała tylko powiedzieć, że opowiadanie niesamowicie się jej spodobało i chętnie przeczytałaby kolejne z tego fandomu.
    Chciała również zaznaczyć, że nie jest osobą, którą łatwo nakłonić do czytania "cegłówek", ale "Nędzników" pochłonęła w tydzień i teraz, dosłownie moment po zakończeniu lektury, stwierdza, że postaci w oryginalnej historii są bardzo "slashable". I że kombinacji jest dużo... Tylko Kozeta tak jakoś zawadza.
    Dziękuje za uwagę i pozdrawia
    FK

    OdpowiedzUsuń
  11. Hsdfghhjkajdh matko, uwielbiałam Nędzników, ale teraz dzięki Tobie mam nowe OTP ;_; dziękuję

    OdpowiedzUsuń
  12. Parę godzin temu wystawiłam komentarz pod I częścią. Skończyłam czytać, to i stosowny komentarz na podsumowanie by się przydał.
    Samo e/R wyszło ci świetnie. Mówiłam, że jestem wybredna, a ty dałaś radę ^^
    Pozostałe postacie natomiast pozostawiają trochę do życzenia. W ogóle gdzie się podział Laigle i jak mogłaś o nim zapomnieć. Po drugie, to za mało Jehana. To jest jedna z najlepszych postaci, dlaczego było go tak mało? Cosette z kolei wyszła na taką... trochę sukowatą, może w pozytywnym tego słowa znaczeniu, może niekoniecznie, ale zdecydowanie to do niej nie pasuje. Marius natomiast jest potworną łamagą, jednocześnie patatajając jako ten kucyk pony. Przesadziłaś. Takie samo określenie przychodzi mi na myśl o Courfie - on był zbyt "patatajny". Brakowało mi u niego tego wyrafinowanego dowcipu, a jednocześnie tej nici porozumienia z Enjym. Także następnym razem radzę się bardziej przyłożyć do postaci drugoplanowych ^^
    Zarys fabularny bardzo dobry, wszystko wydaje się być na swoim miejscu, choć idea protestu przeciw płatnemu internetowi wydaje się być wyolbrzymiona. Poza tym, czyżbym widziała inspirację fikiem/komiksem "Apollo"? Bo wygląda to odrobinę znajomo >_<
    Jeśli chodzi o byki, to przewinęło się przez tekst kilka zbędnych oraz brakujących znaków interpunkcyjnych, parę nie najlepiej brzmiących zdań i chyba zła odmiana imion w jednym czy dwóch miejscach.
    Nie przedłużając już tego komentarza - dostajesz lamę aprobaty, ale jak postarasz się bardziej, to będzie różowa i dostanie wstążkę :3
    ~Jeleń

    OdpowiedzUsuń