we, fujoshis

yaoinfo

fanpejdż: ~klik~
mój numer gg: 37209209
mój kanał na youtube: ~klik~

wtorek, 14 maja 2013

I need shine. e/R [Les Miserables] part 2

Gdybym spotkała którąś z Was w rzeczywistości, od razu postawiłabym wielki kubek kawy, czekolady, whatever. A jeśli spotkałabym którąś z tych osób, której spodobało się e/R... paczka ciastek w bonusie. Poważnie. Nawet nie wiecie, ile radości mi sprawia wasze zainteresowanie tą parką.

Taki mały wyciskacz łez, e/R, wersja sceniczna. Żeby jakoś pokazać ich "dojście do porozumienia" przed śmiercią (bo w wersji scenicznej wszyscy giną na barykadach), zrobili takie myki. Ten uścisk mnie zabija. ;_; 

Macie też tą piosenkę. Płaczę ze śmiechu przez Grantaire'a za każdym razem. Jest w niej genialny. Nie ma fragmentu z filmu nigdzie, niestety, tylko z obrazkami, ale powiem tyle -> jego reakcja, gdy Enjolras mówi "don't let the wine go to your brains", patrząc na niego:

(ajhdfgfs XDD)
Chociaż nie wiem czy nie lepsza jest reakcja Enjolrasa w momencie, w którym Grantaire podpuszcza Mariusa, wyskakując nagle z
 
(boże święty kocham go, patrzcie na jego twarz, na te gesty. on sam się nabija z tego dekla mariusa, on się w ogóle nabija ze wszystkich. XD chyba nie muszę wspominać że to mAŁE GÓWNO patrzy prosto na enjolrasa w tym momencie. XDDDDDDD takie "haha whatchu gonna do, can't do shit braaah!")
A teraz autentycznie się poryczałam ze śmiechu, bo patrzcie na E --->
(poczekaj tylko aż wrócimy do domu grantaire)
(śpisz dzisiaj na kanapie grantaire)
Albo jego fejs, gdy Marius praktycznie śpiewa o swoim wzwodzie:
(no i don't get it what is a woman)

MADER DOBRA, PRZEPRASZAM. macie part 2, już nie męczę. XDDDDDDD
__________________________________________

Przejście przez ulicę Enjolras pamiętał jak przez mgłę. Zupełnie jakby na te kilka chwil urwał mu się film.
Co z resztą było bardzo możliwe.
Duchotę klubu zastąpił krótki powiew świeżego powietrza, gdzieś w tle dziwnie cicho i odlegle jeździły samochody, a jedyną stałą rzeczą były palce zaciśnięte wokół jego nadgarstka.
A potem byli na klatce schodowej i wspinali się po schodach, potykając o własne nogi. Blondyn kilkakrotnie musiał przytrzymać się ściany, żeby nie upaść; na ostatnim schodku runął prosto w ramiona Grantaire’a. I nie zrobił nic, aby zmienić swoją pozycję.
- ‘Enjy – wymamrotał brunet, chyba nie mniej pijany niż on sam, ale na pewno znacznie lepiej trzymający pion. Jednym ramieniem podtrzymywał swojego Apolla, a drugą rękę wygiął pod takim kątem, żeby móc odgarniać jasną grzywkę z jego twarzy. I wodzić palcami po jej delikatnych konturach, ostrożnie, ale jakoś tak desperacko.
- Hmm? – odpowiedział w końcu Enjolras, zarzuciwszy mu ramiona na szyję.
- Klucze. – Grantaire pochylił się do niego odrobinę. - Masz klucze? ‘Enjy. Zostawiłem… klucze Eponine. Masz swoje?
- Mhmmm – potwierdził blondyn, łapiąc się na tym, że nie może oderwać wzroku od ust Grantaire’a. Były jak zwykle spierzchnięte, wilgotne, bo artysta miał nawyk ciągłego ich oblizywania i Enjolras naprawdę, naprawdę miał ochotę sprawdzić jak odczuwałby ich fakturę na swoich własnych. Więc sięgnął, chcąc zaspokoić swoją ciekawość.
- Gdzie masz…? – Grantaire wciągnął powietrze gwałtownie, widząc, co tamten kombinuje, i cofnął głowę. – Enjolras – sapnął z wyraźnym trudem. – Klucze.
Blondyn jęknął niezadowolony i odsunął jedną rękę, żeby poklepać się po przedniej kieszeni spodni. Grantaire znów oblizał usta i praktycznie oparł blondyna o ścianę, po czym przesunął dłonią w dół jego klatki piersiowej i ostrożnie sięgnął po klucze.
Enjolras zacisnął zęby, czując nieodpartą ochotę, żeby chwycić nadgarstek Grantaire’a  i przycisnąć jego dłoń do…
Uniósł wzrok i, widząc minę bruneta, domyślił się, że musiał powiedzieć to wszystko na głos.
- Ty… - wymamrotał tamten, nieznacznie poruszając palcami w dość ciasnej kieszeni – jesteś…?
Enjolras poczuł jak gorąco wstępuje mu na policzki. Choć pijany, gdy uświadomił sobie, że po drugiej stronie spodni też zrobiło mu się ciasno, zakłopotał się.
- ‘Taire. – Przygryzł dolną wargę i spojrzał na bruneta, nietrzeźwy, niepewny, spięty. I chcący.
Grantaire odwzajemnił jego spojrzenie, zupełnie jakby widział przed sobą anioła. I, może dlatego, a może wcale nie dlatego, padł na kolana.
Enjolras zamrugał, mocniej opierając się o ścianę. Nie miał najmniejszego pojęcia co się dzieje, ale widok Grantaire’a tuż przed nim, na kolanach, ze spojrzeniem tak intensywnym, pełnym uwielbienia wcale nie pomógł mu z problemem ciasnych spodni.
Ale to było nieważne, bo Grantaire pomógł.
- ‘Taire, co ty…? – wysapał blondyn, gdy pasek od jego spodni został sprawnie odpięty, a suwak powędrował w dół. – Co… ach.
Brunet jedynie przesunął opuszkiem kciuka po odsłoniętym materiale czerwonych bokserek, a on już czuł się jakby miał eksplodować.
- Ćśśśś. Apollo. – Grantaire drżącymi dłońmi chwycił za materiał jego spodni, aby zsunąć je jeszcze niżej. – Enjolras. Pozwól mi. Proszę.
- Ale… co?...
- Proszę.
Enjolras, nawet pijany, chciał wiedzieć, czego się może spodziewać. Jednak kolejne pytanie zamarło gdzieś w jego gardle, a z ust wydobyło się jedynie ciche jęknięcie; Grantaire przesunął ustami tuż nad gumką czerwonych bokserek, pieszcząc wrażliwą skórę na podbrzuszu. A potem jedną dłoń położył na jego odsłoniętym biodrze, a drugie naznaczył zębami.
Blondyn odchylił głowę, uderzając nią w ścianę. Fakt, że znajdowali się na klatce schodowej dawno umknął jego uwadze, jeśli w ogóle przeszedł mu przez myśli. Wygiął plecy w łuk, mimowolnie, sfrustrowany. Teraz nawet bielizna była zbyt ciasna.
- Grantaire – udało mu się wyrzucić z siebie wraz z drżącym wydechem.
Grantaire zrozumiał przekaz.
Wolną dłonią chwycił za czerwony materiał i zsunął, w końcu, zsunął z niego bokserki. Enjolras przełknął ślinę, świadom tego, że po raz pierwszy… Że jeszcze nikt nie widział go…
Uczucie zaciskających się wokół jego męskości palców skutecznie odpędziło jego myśli od jakiegokolwiek wstydu czy zażenowania. Nie był pewien, ale chyba wyrwało mu się kilka przekleństw.
W odpowiedzi dłoń Grantaire’a, delikatnie, ale pozbawiając go oddechu, przesunęła się w górę. I w dół. I znowu w górę. Enjolras powoli opuścił głowę niżej, w końcu przestając zaciskać powieki, i zamrugał.
I obaj patrzyli teraz na siebie.
Jeśli wcześniej, tam na parkiecie, podczas tańca z rudowłosą dziewczyną, w oczach Grantaire’a coś błysnęło, równie dobrze można było nazwać to odbitym światłem reflektora. Nic więcej.
W tym momencie jego spojrzenie płonęło.
Grantaire cały wyglądał jakby płonął. Zupełnie jakby był Ikarem, który postanowił pełnymi garściami wziąć tyle, ile tylko mógł ze słonecznych promieni, zanim spadnie.
- Jesteś naprawdę… - wymruczał, a Enjolras poczuł te słowa na swojej skórze, tam, na dole - …jak Apollo.
- Gran… - zaczął blondyn.
- Jesteś taki piękny, że czasem wątpię w to, czy naprawdę istniejesz.
Grantaire pochylił się, a czarne, poskręcane włosy zasłoniły mu twarz. I wziął go do ust.
Enjolras, nie potrafiąc tego powstrzymać, wypiął biodra do przodu, jęcząc głośno. Grantaire nie zakrztusił się jednak. Chwycił go, mocno, ale z drugiej strony tak delikatnie, że blondyn zastanawiał się jak to w ogóle możliwe, i powoli brał go coraz głębiej.
Ktoś z mieszkania znajdującego się piętro niżej zastukał w sufit.
Blondyn zorientował się, że w ścianie, o którą się opierał, są wydrapane długie ślady, a on ma tynk za paznokciami.
Język Grantaire’a pieszczący go ze wszystkich stron budził w nim mieszane uczucia. Z jednej strony, omójbożetakproszęzróbtojeszczeraz, z drugiej – brunet był w tym naprawdę dobry. I to nie dobry-spontaniczny. Raczej dobry-wie-co-robi. Co znaczy, że to nie był jego pierwszy raz.
Że był już z innymi mężczyznami.
Enjolras odsunął jedną rękę od ściany, z niemałym trudem, i niezdarnie wplątał palce w ciemne, poskręcane włosy Grantaire’a. I w tym momencie mógłby przysiąc, poczuł, że nic innego do szczęścia w całym życiu nie byłoby mu potrzebne.
*
Grantaire był pijany.
Jednak trzeźwy bywał znacznie rzadziej, więc nie miał szczególnych problemów z myśleniem i utrzymaniem pionu.
W tym momencie w jego głowie panował całkowity mętlik, skutecznie, z każdą sekundą go otrzeźwiając.
Wiedział, wiedział, że nie powinien.
Enjolras, jego Apollo, idealny, nieskalany, niewinny Apollo, z nieznikającym entuzjazmem i rozpaloną iskrą w oczach tym razem, na tej ciemnej klatce schodowej, patrzył na niego płomiennym wzrokiem z zupełnie innych powodów.
Enjolras też był pijany, a Grantaire dobrze wiedział, że po raz pierwszy w życiu.
Ale nie potrafił przestać. Zwariowałby, gdyby teraz przestał. Z resztą, i tak był już godny pożałowania. I prawdopodobnie wystarczająco zwariowany.
Nawet nie próbował zrobić czegoś z ciasnotą, którą od dłuższego czasu czuł w dżinsach. Przez głowę mu nie przeszło, żeby zabrać dłonie z delikatnej, gładkiej skóry blondyna. Żeby przestać przytrzymywać go w miejscu, odczuwać pod opuszkami palców, sprawiać mu przyjemność, tylko w celu zaspokojenia samego siebie.
Nie śmiałby tego zrobić.
Spojrzał na blondyna jeszcze raz, a tamten mocno zacisnął palce w jego włosach i pociągnął konwulsyjnie. Najprzyjemniejszy ból jaki Grantaire odczuł w całym swoim życiu.
Enjolras praktycznie dygotał.
Brunet wykonał kilka ostatnich ruchów głową, przeczuwając, co nadchodzi. Nie odsunął się. Krzyk Enjolrasa odbił się echem od zimnych ścian, kilka ciemnych włosów zostało w jego dłoniach, gdy szarpnął, dochodząc, a Grantaire przełknął wszystko, bez najmniejszej chwili wahania.
Blondyn oddychał szybko, mamrotał coś pod nosem, osuwał się po ścianie w dół.
Grantaire doskonale znał ten moment. Miał w tym przecież doświadczenie. Potrafił rozpoznać chwilę, w której alkohol wygrywa z organizmem. Nie stało się to, gdy tańczyli. Bogu dzięki nie stało się to w trakcie… wiadomo czego. Jednak teraz, gdy było już po wszystkim, Enjolras zaczął odpływać.
Jednak nie upadł. Grantaire chwycił go jednym ramieniem w talii, mocno, i praktycznie wniósł do mieszkania. Serce waliło mu jak młotem, był tak twardy, że każdy krok sprawiał fizyczny ból i naprawdę starał się nie czuć do siebie obrzydzenia. Większego niż zazwyczaj.
- ‘Taire – wymamrotał Enjolras, gdy brunet położył go na łóżku.
Otworzył oczy i, zanim tamten zdążył się odsunąć, chwycił go za koszulkę jedną dłonią, a drugą zaczął błądzić po jego twarzy. Policzki miał zaczerwienione, oddech wciąż przyspieszony, ale powoli rozluźniał się, odpływał, jak osoba, która doświadczyła rozkoszy i nadużyła alkoholu.
- Ćśśś, Apollo – szepnął brunet, starając się wyswobodzić. – Śpij.
Blondyn jednak nie puścił. Jedną rękę cofnął, drugą przeniósł z koszulki na nadgarstek Grantaire’a i ścisnął z zadziwiającą siłą. Skrył twarz w poduszce, szarpiąc i mamrocząc coś za każdym razem, gdy podejmowana była próba ucieczki.
Grantaire wziął głęboki, dygocący oddech i położył się obok niego, tuż na brzegu łóżka. Wtedy Enjolras otoczył go ramionami, bez skrępowania przyciągnął do siebie, pod siebie. Nos i usta przycisnął gdzieś w okolicach jego szyi i westchnął głęboko.
- I śpij – powiedział władczo.
Był całkowicie, niemalże na granicy urwania filmu, wstawiony.
Grantaire jednak nie zostawił go. Zacisnął zęby, ignorując bolesną, rwącą potrzebę ulżenia sobie i kołysał blondyna we własnych ramionach tak długo, aż tamten nie zasnął. W trakcie usypiania kilkakrotnie starał się pocałować bruneta. Jednak on za każdym razem odwracał twarz i nachylał się do niego, szepcząc do ucha czułe słowa, których Enjolras miał nigdy nie pamiętać.
W pokoju było całkowicie ciemno. Wokół unosił się zapach alkoholu i potu; atmosfera upojonej rozkoszy i sfrustrowania; głęboki, spokojny oddech obok szybkiego, niespokojnego.
W końcu uścisk Enjolrasa wokół tułowia Grantaire’a rozluźnił się. Spał.
Brunet, powoli, żeby go nie obudzić, wyswobodził się i zsunął z łóżka. Jego twarz nie wyrażała zupełnie nic. Nakrył Enjolrasa kocem i skierował się do łazienki. Tylko gdy zamknął za sobą drzwi i przekręcił zamek, oparł się o nie i gwałtownie osunął na podłogę, pospiesznie rozpinając spodnie.
Nawet nie zapalał światła.
Wiedział, że to nie potrwa długo. Mocny chwyt dłoni i gwałtowne ruchy zupełnie nie przypominały tej delikatności, którą okazywał w przypadku swojego Apolla.
Prawda była taka, że „nie powinienem” stało się jego dewizą życiową. Nie tylko w przypadku tańca i tego co zrobił potem… Powtarzał to sobie już od pierwszego spotkania Protestu, na które przyszedł.
Nawet pijany potrafił myśleć. Gdy powiedział Enjolrasowi o trzech miesiącach, stanowiło to tylko część prawdy. Tak naprawdę widywał go już znacznie wcześniej.
Pierwszy raz – zupełny przypadek. On, jak zwykle wstawiony, właśnie został wykopany z baru. Z kafejki naprzeciwko wyszła grupka studentów, z greckim bogiem na czele. Tak przynajmniej wyglądał wtedy, z perspektywy pijanego człowieka z polem widzenia ograniczonym przez zapuchnięte, podbite oko.
Wysoki, szczupły, w czerwonym płaszczu, który na każdym innym wyglądałby komicznie; na niego pasował jak ulał. Złote loki otaczały jego twarz jak świecąca aureola, gestykulował zawzięcie, mówiąc o czymś z ogromną pasją. Profil miał perfekcyjny, poruszył serce malarza, natomiast, gdy odwrócił się w jego kierunku, zerkając gdzieś w kierunku nieba, jego twarz poruszyła serce Grantaire’a.
Zniknął tak szybko jak się pojawił. Grantaire, niby od niechcenia, podpytał paru znajomych co i jak, i tego samego dnia wiedział o nim prawie wszystko.
Gdy spotkali się drugi raz – Grantaire był trzeźwy, a Enjolras sam, zamyślony, ze słuchawkami na uszach i jeszcze piękniejszy niż wtedy. Minął go tuż przed kawiarnią Musain. Nawet na niego nie spojrzał.
Nie, nie zignorował – nawet nie przyjął do świadomości jego istnienia.
Trzeci raz –
Grantaire jęknął i mocno przygryzł dolną wargę. Nie powinien. Nie powinien o nim myśleć, gdy.... Na pewno nie po tym, co zrobił.
Nie powinien zgadzać się na to, aby Enjolras z nim zamieszkał. Już na samym początku mógł go odesłać. Miał okazję. Blondyn sam chciał się usunąć, i nic dziwnego.
Nie powinien rzucać na niego ukradkowych spojrzeń za każdym razem, gdy tamten wychodził z łazienki, tuż po prysznicu, albo robił kawę, a koszulka opinała mu się na plecach, albo gdy uczył się i marszczył czoło w skupieniu, albo gdy czyścił okulary, albo cokolwiek innego, bo tak naprawdę to nie miało znaczenia. Grantaire zawsze na niego patrzył. Zawsze.
A nawet jeśli nie wierzył w jego ideały? To nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie.
Wierzył w niego.
Nie przeszkadzało mu...
Tak bardzo go…
Grantaire otworzył oczy, słysząc ciche kroki. Szlag.
Do drzwi łazienki ktoś zapukał. Cóż, mogła być to tylko jedna osoba.
- Grantaire? – usłyszał cichy, nietrzeźwy głos zza drzwi i musiał wbić paznokcie w wewnętrzną stronę uda, żeby nie krzyknąć. Zostaną ślady.
Uczucie, jakie ten głos wywołał w dolnej części jego brzucha, było przerażające.
- Musisz iść, Apollo – wysapał. Nie chciał pogarszać sytuacji. – Wracaj do łóżka.
- ‘Taire, płaczesz? – spytał Enjolras, a brunet zwalczył ochotę, żeby parsknąć śmiechem. Blondyn był naprawdę bardzo pijany.
- Nie – odparł i wypiął biodra do przodu, zaciskając powieki. I palce. – Wracaj… hnng… Wracaj do łóżka.
- Grantaire? – Znowu jego imię. – Wszystko… w porządku?
Brunet zwiesił głowę, gryząc wnętrze policzków do krwi. Przegrał, przegrał wszystko, był przegrany, odkąd tylko zobaczył go po raz pierwszy, poniósł całkowitą klęskę po pierwszej usłyszanej przemowie, stracił całą nadzieję po pierwszym dotyku.
Gardził wieloma ludźmi, pewnie. Wszyscy mu to zarzucali. Niewiele osób jednak wiedziało, że najbardziej gardził samym sobą.
- Enjolras – wysapał, smakując krew w ustach.
Chwila ciszy.
- Tak? – Głos.
- Mów… mów do mnie.
- Ale… co mam mówić? Nie rozumiem.
- Cokolwiek… wystarczy…
- ‘Taire… Nie ma… Chyba zgubiłem marynarkę.
Huk. Tył głowy Grantaire’a uderzył w drzwi mocno, gdy tamten doszedł bezgłośnie. Na swoje ręce, na spodnie opuszczane w pośpiechu, na kafelki. Osunął się jeszcze niżej, oddychając ciężko, teraz już praktycznie półleżąc. Nie otwierał oczu, nie czuł najmniejszej ochoty, żeby się ogarnąć, żeby zrobić cokolwiek.
- Grantaire? – Ciche pukanie do drzwi.
Nie odpowiedział. Głos odzywał się jeszcze kilkakrotnie, raz chyba nawet poruszyła się klamka. W końcu do świadomości bruneta przebił się odgłos cichych kroków i lekkie skrzypnięcie łóżka w sypialni.
Dopiero wtedy powoli wstał, posprzątał i wyszedł z łazienki, ani razu nie spoglądając w duże, wiszące na ścianie lustro.
*
Nigdy więcej.
Pierwsze słowa, które przyszły mu do głowy, gdy spróbował otworzyć oczy. Nic, nic, absolutnie nic nie było warte takiego cierpienia. Żadna impreza, żadne wolne, żadne świętowanie.
Zanim Enjolras w końcu zwlekł się z łóżka, minął dobry kwadrans. Miał wrażenie, że głowa rozpadnie mu się na dwie części, a gardło skurczy i odetnie dopływ powietrza. Światło bolało go w oczy. Czuł się okropnie.
Gdy usiadł na materacu i zsunął nogi na ziemię, jedną z nich coś potrącił. Spojrzał w dół i wydał z siebie ciche jęknięcie, które brzmiałoby mniej-więcej podobnie w przypadku spragnionego na pustyni. Przewrócił butelkę wody. Całe szczęście, zakręconą. Szybko chwycił ją w ręce, otworzył i wpił się tak, jak jeszcze nigdy. Praktycznie jednym haustem opróżnił połowę.
W końcu wstał, przeciągnął się, pojękując cicho, i powolnym krokiem wsunął się do salonu.
- Dzień dobry – usłyszał jeszcze zanim zdołał ogarnąć wzrokiem otoczenie.
- Dzień… - zaczął, rozglądając się.
W momencie, w którym jego oczy spoczęły  na postaci zajmującej kanapę, głos uwiązł mu w gardle. Obrazy i odczucia skryte gdzieś w jego podświadomości zaczęły, powoli, niewyraźnie, ale niepowstrzymanie wypływać na wierzch.
W jednej sekundzie spiął się, ogarnięty paniką i wstydem, i nieufnością.
- …dobry – dokończył ciszej, wciąż stojąc jak kołek.
Grantaire odwrócił się powoli w kierunku skacowanego blondyna. Na jego twarzy malowała się głęboka troska, którą być może starał się jakoś zamaskować, ale mu to nie wyszło. Nie zmieniło to jednak faktu, że Enjolras miał ochotę być gdziekolwiek indziej byleby nie tu, w jego obecności.
- Dobrze się czujesz? – spytał Grantaire po chwili, być może źle odbierając jego bladość. – Słabo ci?
- Nie – odparł blondyn, trochę zbyt gwałtownie i szybko.
Grantaire w tym momencie zamrugał i jasne było, że przejrzał stan Enjolrasa na wylot. Jakiś cień przebiegł przez jego twarz.
- Słuchaj, Apollo, ja…
Ale Enjolras nie chciał słuchać. Może dlatego, że w momencie, w którym brunet wypowiedział to słowo, jemu pod powiekami przemknął kolejny obraz, wyraźniejszy, z dźwiękiem, z widmem dotyku. Przesunął opuszkiem kciuka po jednym z paznokci, wyczuwając za nim okruchy tynku. Jego wzrok automatycznie powędrował niżej, na usta Grantaire’a, dziś otoczone ciemnym meszkiem zarostu i…
- To, co się stało wczoraj… nie powinno się stać – przerwał mu w pół słowa, brzmiąc na tyle służbowo i poważnie, na ile mógł brzmieć ktoś tak potężnie skacowany.
Grantaire zamrugał. Nie wyglądał jednak na zaskoczonego. Westchnął cicho.
- Nie musimy o tym rozmawiać – powiedział uspokajająco, dziwnie stłumionym głosem. – A jeśli już, to nie teraz. Wyluzuj. Odpocznij trochę.
Ale Enjolras już w połowie jego wypowiedzi zaczął kręcić głową.
- Nigdy nie… - Oblizał usta i zrobił to tylko dlatego, że wciąż go suszyło. – Alkohol był wyjątkowo złym pomysłem. Ja…
Enjolras uniósł brwi, słysząc śmiech bruneta. Tamten jednak nie patrzył na niego.
- Poważnie, daj sobie spokój. – Jego wzrok był utkwiony w telewizorze, w którym leciał jakiś teleturniej. – Jakby coś takiego zdarzyło mi się pierwszy raz. To nic.
Wciąż patrzył na telewizor.
Enjolras zacisnął zęby, ale odrobinę rozluźnił ramiona.
- Nie chciałbym, żeby nasze relacje… - zaczął i tym razem zamilkł sam z siebie, a nie dlatego, że mu przerwano. Ich relacje. Jakie były ich relacje? Nie miał pojęcia jak dokończyć to zdanie.
Grantaire wstał i przeciągnął się nieznacznie. Wyglądał na zrelaksowanego i całkiem wypoczętego, nie licząc ciemnych cieni pod oczami, które w jego przypadku nie znikały chyba nigdy. Nie uśmiechał się i nie patrzył na Enjolrasa, zupełnie jakby rzeczywiście niezbyt go to wszystko obeszło.
- Jak dużo pamiętasz? – spytał po dłuższej chwili ciszy i sięgnął po skórzaną kurtkę przewieszoną przez oparcie kanapy.
Tym razem i Enjolras odwrócił wzrok.
- Tylko do… wejścia do mieszkania… Czy potem…?
- Niee. – Grantaire zaśmiał się cicho. – Poszedłeś spać. Od razu.
Blondyn skinął głową, czując coś na kształt ulgi.
- Przepraszam – powiedział po chwili, czując się w obowiązku, aby to zrobić. W końcu gdyby znał umiar, nie doszłoby do całej tej sytuacji. Gdyby posłuchał się Courfeyraka, gdy ten mówił o wpływie alkoholu na jego… rządze.
Nie spodziewał się, że tylko gdy to powie, Grantaire spojrzy mu prosto w oczy. Stali na dwóch końcach pokoju, daleko od siebie, ale Enjolras i tak nieznacznie cofnął się o krok. Brunet zamrugał.
- Ty mnie…? Ha. – Pokręcił głową. – Nie szkodzi. Uwierz. Nie chowam urazy, Apollo.
I skłonił się lekko, co całkowicie zbiło Enjolrasa z pantałyku i może odrobinę zirytowało.
Dla niego to zdecydowanie nie był temat do żartów. Wiedział, że do zbliżeń tego typu dochodzi między dwójką ludzi, których coś łączy. On nigdy nie odczuwał takiej potrzeby. Nigdy o tym nie myślał. Coś takiego zdarzyło mu się po raz pierwszy, z winy alkoholu, tylko i wyłącznie, fakt. Czy to jednak przesądzało o braku jakiegokolwiek znaczenia?
Moment.
To nie miało znaczenia. Dokładnie tak.
Było nowe, inne, dziwne, przypadkowe, ale nie miało znaczenia.
Jednak nie uważał tego za powód do kpin i śmiechu. Nie sądził, że można było tak po prostu machnąć na to ręką. Chciał… chyba chciał, żeby Grantaire podszedł do tego z odrobinę większą powagą. Tak po prostu.
Zanim jednak zdążył się zirytować i choćby otworzyć usta, przypomniał sobie ich pierwsze spotkanie w mieszkaniu pod dziewiątką; Grantaire nie wrócił na noc sam. Towarzyszyła mu dziewczyna. A gdyby nie… hm, swego rodzaju interwencja, której podczas wczorajszej imprezy dokonał, zapewne i rudowłosa znalazłaby się na tej klatce schodowej. Enjolras znów spiął się odrobinę.
  Dla Grantaire’a takie przygody i przypadki nie stanowiły żadnej nowości. Enjolras nie powinien więc od niego wymagać, by zmienił swoje nastawienie. Ani na odwrót.
Grantaire miał rację. Nie musieli o tym rozmawiać.
- Wychodzisz? – spytał, gdy cisza przeciągnęła się niezręcznie, a Grantaire zajął się zawiązywaniem butów. Tamten skinął głową nieznacznie.
- Obiecałem Eponine, że zajmę się małym Gavrochem – mruknął, gdy już wstał, po czym wetknął dłonie do kieszeni obcisłych dżinsów.
- Gavrochem? – powtórzył Enjolras jak echo, zauważając, że kac odbiera mu też całą elokwencję.
- Jej młodszy brat. – Grantaire wyglądał teraz przez okno, zupełnie jakby rozmowa ze współlokatorem go nużyła i marzył o jak najszybszym wyjściu.
- Nie wiedziałem, że Eponine ma brata. – Enjolras z kolei zadziwił sam siebie, ciągnąc tą rozmowę. Grantaire przestąpił z nogi na nogę.
- Ano ma. I jak się spóźnię, to mnie posieka. Więc, wybacz Apollo, ale muszę znikać.
Z powodu zmęczenia i bólu głowy Enjolras zupełnie nie miał siły myśleć. Dlatego, zwykle skupiony na swoich sprawach, zagubiony w refleksjach, roztargniony, tym razem większość uwagi skupił na stojącym przed nim mężczyźnie. I nie mógł nie zauważyć, jak wytrwale tamten unikał jego wzroku.
- Jasne – powiedział w końcu, automatycznie unosząc dłoń i przyciskając palce do skroni. – Ja… ja dzisiaj zostanę.
- Nie wątpię – zaśmiał się brunet i rzucił mu przelotne spojrzenie, a potem jeszcze raz przestąpił z nogi na nogę i, uśmiechając się pod nosem, jakby do siebie, wyszedł.
*
Courfeyrac: slyszalem ze masz kaca haha
Enjolras zmarszczył czoło i, nie wyciągając dłoni spod koca, wystukał wzburzoną odpowiedź.
Enjolras: Skąd wiesz?
Courfeyrac: taire wpadl z młodym
Enjolras: Grantaire jest u was?
Courfeyrac: stary serio masz kaca. no przecież mowie :D
Blondyn poruszył się na kanapie niespokojnie.
Courfeyrac: e co będziesz siedzial i plakal. wpadaj rosolu ci zrobimy
Courfeyrac: ferre mowi ze ma dla ciebie jakiś tam raport a marius pozdrawia
Courfeyrac: taire sie smieje ze w zyciu się nie zwleczesz. brzmi jak wyzwanie
Kwadrans później Enjolras zamykał za sobą drzwi mieszkania pod dziewiątką, ignorując wibrujący w kieszeni telefon.
*
- Przyszedł!
Courfeyrac, z typową dla siebie delikatnością, wciągnął Enjolrasa do mieszkania omal nie wykręcając mu nadgarstka. Wyglądał na wybitnie udomowionego; bosy, bez koszulki, z ciemnymi, prostymi włosami rozczochranymi na wszystkie strony i błękitnymi spodniami od piżamy w granatowe wzorki.
- Enjolras! – Marius wybiegł mu na spotkanie, przewracając po drodze stojaczek na parasolki. Na jego piegowatej twarzy malował się istny zachwyt. – Zakochałem się!
Courfeyrac nie zauważył parasolki i nadepnął na nią bosą stopą, co skwitował głośnym przekleństwem.
- Nic nowego – dobiegł ich głos z salonu, i Enjolras przekonał się tym samym, że Grantaire, faktycznie, odwiedził przyjaciół. – Pamiętaj, że ostatnia miłość twojego życia okazała się być już zajęta przez inną dziewczynę, Pontmercy.
                W oczach Mariusa na sekundę zabłysła iskierka paniki, zupełnie jakby brał pod uwagę możliwość powtórki z rozrywki, ale widocznie coś sobie przypomniał, bo momentalnie się rozpogodził.
                - Ona jest naprawdę śliczna i…
                - Daj człowiekowi usiąść! – Courfeyrac, wciąż ściskając nadgarstek Enjolrasa, wolną ręką zatkał mu usta.
Marius nie przestawał jednak mówić, zupełnie jakby tego nie zauważył. Z wypiekami na policzkach kontynuował opowieść o pięknej dziewczynie, mamrocząc niezrozumiale, z dolną połową twarzy gniecioną przez przyjaciela. W wyniku tego Courfeyrac szybko cofnął dłoń i wytarł jej oślinione wnętrze o błękitne spodnie, krzywiąc się z obrzydzeniem.
                Enjolras zupełnie zapomniał o bólu głowy.
                - Jak chcesz, żeby usiadł, to go puść – odezwał się Combeferre, zaglądając do przedpokoju. Nawet on poddał się domowemu nastrojowi. Nie zrezygnował z koszulki, ale dżinsy zamienił na dresy. – Cześć. Chcesz coś do picia?
                Enjolras pokiwał głową, uśmiechając się lekko.
                ‘Ferre zniknął w kuchni, a cała trójka, potykając się o swoje nogi, weszła do salonu. Wewnątrz panował artystyczny nieład; pomieszczenie było dość duże i zagracone. W rogu stała włączona, ale wyciszona plazma. Leciał jakiś mecz.
Na ogromnej kanapie siedziały dwie postacie. Jedną z nich był Grantaire, trzymający na kolanach klasyczną gitarę, drugą wpatrzony w niego, może dziesięcioletni chłopczyk. Jasne włosy sięgały mu ramion a w twarzy dało się doszukać podobieństwa do starszej siostry.
                - Siemasz, Apollo. – Grantaire wyszczerzył zęby w uśmiechu. Zdawało się, że był w dość dobrym humorze, a na pewno zrelaksowany. W oczach tańczyły mu, jak zwykle, nieokreślone iskierki, wzmacniające tylko tą zawadiacką aurę. Nic dziwnego, że pomimo braku klasycznej urody nie miał problemu ze sprowadzaniem istnych wycieczek do swojego mieszkania.
                Enjolras udał, że nie zauważył leżącej przy nim na stole butelki whisky. Skinął głową na przywitanie.
                - Apollo? – zaśmiał się Courfeyrac. – Jak uroczo. A ja myślałem, że się pozjadacie w jednym mieszkaniu.
                Grantaire jeszcze przez chwilę nie odwracał wzroku od blondyna. Tamten spiął się odrobinę i usiadł na pojedynczym fotelu, postanawiając, że Courf nie doczeka się od niego żadnego komentarza.
                - Daj mu spokój, widzisz, że ledwo żyje – zaśmiał się Grantaire, odwracając od niego uwagę. – Idę o zakład, że gdybyś się z niego nie nabijał, to by tu nie przyszedł.
                - Przyszedł po tym, gdy napisałem, że w niego nie wierzysz – poprawił go Courfeyrac, rzucając się na kanapę tuż obok Gavroche’a. Chłopiec wodził zniecierpliwionym wzrokiem od twarzy Grantaire’a do gitary, którą trzymał, i z powrotem.
                - Ja w niego nie wierzę?
                Enjolras był zbyt obolały i zmęczony, by irytować się, że rozmawiają jakby nie było go w pokoju. Na te słowa jednak uniósł wzrok, by po raz kolejny skrzyżować spojrzenia z brunetem.
                - ‘Taire, zagrasz w końcu czy nie? – upomniał się Gavroche.
                - Wierzę tylko w niego. – Grantaire wciąż się uśmiechał.
Enjolras zamrugał i spuścił wzrok na gitarę spoczywającą na jego udach.
                - Nie wiedziałem, że umiesz grać – powiedział trochę ochryple, masując prawą skroń opuszkami palców.
                Marius, siedzący po lewej stronie bruneta, poruszył się w miejscu jak niecierpliwe dziecko.
                - Umie. I śpiewa. Dawaj, Grantaire. To co wtedy.
                Enjolras jednak pokręcił głową nieznacznie.
                - Moment, czekajcie. Nie wiedziałem, że wy się tak… aż tak dobrze znacie.
                Courfeyrac wybuchł śmiechem.
                - Pewnie, że się znamy. Wiesz, poza szkołą i pracą też jest życie. – Jego wzrok na krótką chwilę uciekł w kierunku Combeferre’a, który akurat wtedy wszedł do pokoju z kubkiem herbaty w dłoni, po czym wrócił do Enjolrasa. – Bary, kluby, domówki, takie tam. Jestem dumny, że w końcu zaczynasz je poznawać, ‘Enjy.
                - W każdym razie – przerwał mu Marius, wyczulony na przymrużone powieki i wydęte w niezadowoleniu wargi Enjolrasa – stąd właśnie się znamy.
                Blondyn sięgnął po kubek herbaty, nie przerywając ciszy. Combeferre usiadł na drugim wolnym fotelu i sięgnął po jakieś papiery leżące na stole. Courfeyrac przeciągnął się leniwie, przyglądając mu w zamyśleniu. Po chwili ostrożnie wyprostował swoją długą nogę, a był najwyższy z całego Protestu, i bosą stopą wytrącił papiery z jego dłoni. Combeferre nawet nie mrugnął. Powoli pozbierał kartki i, zupełnie niespodziewanie, połaskotał go. Courf pisnął, wykręcił się i zleciał z kanapy.
                - Graj! – zażądał Gavroche tonem nieznoszącym sprzeciwu.
                - Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem – mruknął Grantaire rozbawiony i w końcu chwycił gitarę w prawidłowy sposób.
Wyczekujące spojrzenie, którym obdarzył go w tej chwili Enjolras widocznie nie umknęło jego uwadze, bo uśmiechnął się nieznacznie.
                Usiadł wygodniej, przygryzł wargę i parę razy tupnął delikatnie, jakby wystukując rytm. Przymknął powieki i lekko szarpnął struny. Dźwięki były ciche, spokojne; zdawało się, że wszyscy przestali oddychać. W końcu i Enjolras wstrzymał oddech.
Wtedy właśnie Grantaire otworzył usta i zaczął śpiewać.
                - I have traveled past your window many times.
                I find your face too hard to define.
                I can’t touch you, hollow thing,
                You plagued my mind, I can never go outside,
                I won’t ever go back to being blind.
                I have wondered what’re you doing every day since I’ve last asked.
                Your cheeks hollow, I don’t like your eyes dark.
                Zamilkł na chwilę, nie przerywając gry. Na jego ustach błąkał się uśmiech. Wziął głęboki oddech i szturchnął Gavroche’a, zanim razem dokończyli:
                - I need shine, I need shine, I need shine.
                Jego długie, szczupłe palce delikatnie pieściły struny gitary i to właśnie od nich Enjolras nie mógł oderwać wzroku. Zauważył, że są poplamione farbą. Brzeg kubka przytknął do ust, a ciepła herbata raz po raz wilżyła jego górną wargę. Zapomniał wziąć choćby łyka.  
                - Ale zagraj to co wtedy, to co wtedy! – wykrzyknął nagle Marius i nastrój prysnął.
Enjolras wzdrygnął się lekko i oblał herbatą. Syknął cicho, spoglądając na mokre plamki na spodniach, ale nikt, z wyjątkiem Combeferre’a, tego nie zauważył. ‘Ferre jednak odwrócił wzrok, jakby nigdy nic. Wiedział, jak jego przyjaciel znosi żarty na temat swojej osoby.
- To co wtedy? – Grantaire uniósł brew i ciężko było uwierzyć, że ten sam głos, ochrypły i ze stałą nutką ironii pobrzmiewającą za każdym słowem, śpiewał przed chwilą zaledwie tak czule i melodyjnie. – W sensie?
- W sensie piosenkę zakochanego pijaka – podchwycił Gavroche.
Courfeyrac i Marius wybuchli śmiechem, Combeferre podrapał się po policzku, aby zasłonić bardziej sympatyczny niż rozbawiony uśmiech, a Grantaire skrył twarz w dłoniach, wzdychając boleśnie. Enjolras już otwierał usta, aby rzucić jakiś komentarz, a zrobił to tak automatycznie, że przerwał autentycznie przerażony. Czy właśnie miał zamiar powiedzieć „w tą część o pijaku to akurat nietrudno będzie ci się wczuć”? Wcisnął się mocniej w fotel, marszcząc czoło. Nie był z siebie dumny.
Grantaire zerknął na niego zanim znów sięgnął po swój instrument.
Enjolras nie miał zielonego pojęcia, jak tamten to zrobił, ale nawet melodia grana na gitarze brzmiała… pijacko.
- Tell me why can’t you stay? ­
Brunet przybrał smętną minę, śpiewając ochryple i odrobinę niewyraźnie. Gavroche przycisnął chude dłonie do ust, hamując śmiech, a Marius i Courfeyrac wyglądali jak jego dwa starsze sobowtóry, z oczami świecącymi z podekscytowania.
- I’d ride in your pocket all day but I just don’t fit – Grantaire wzruszył ramionami, kołysząc się płynnie. Powieki miał przymrużone.
Nagle otworzył oczy, przekrzywił głowę lekko i spojrzał prosto na Enjolrasa.
- Say the word and I’ll change.
Blondyn wytrzymał spojrzenie, chociaż paliło. Wpił się w kubek herbaty, nagle wyjątkowo świadomy, że stygnie.
 - I’m throwing a party tonight! – ryknął Grantaire niespodziewanie i nawet Combeferre wyszczerzył zęby w uśmiechu - I drink more than a sailor on shore. Pour the rum in my eyes! Tell me lies!
Zagrał kilka ostatnich, zamaszystych akordów i skłonił się nisko, a jego ciemna grzywka połaskotała struny gitary. Wszyscy zaczęli klaskać, tylko Enjolras odwrócił się powoli i wyjrzał przez okno, zaciskając wargi w cienką kreskę.
- Piękne, inspirujące piosenki, ‘Taire – usłyszeli kobiecy głos.
Eponine, z ramionami skrzyżowanymi na piersiach, uśmiechała się rozbawiona, stojąc w progu.
- Kiedy przyszłaś? – zdziwił się Marius, a Courfeyrac kwiknął przerażony i znowu spadł z kanapy. Combeferre westchnął cicho i wychylił się z fotela, żeby chwycić go za ramię i pomóc mu się pozbierać.
Eponine zatrzymała wzrok na Mariusie tylko na krótką chwilę i, co nie umknęło uwadze Enjolrasa, przygryzła wargę.
- Gdy ‘Taire krzyczał, żeby mu wlać rum do oczu – mruknęła. – Chodź, Gav, zmywamy się. Pewnie wszystkich wymęczyłeś.
- Nieprawda! – zawołali jednocześnie Gavroche i Courfeyrac.
- Ty męczysz jeszcze bardziej niż on, więc nie masz nic do gadania – ucięła Eponine bezlitośnie, a niepocieszony Courf wydął dolną wargę. – No już, buty na nogi i zmykamy. Musisz jeszcze zrobić lekcje.
- Wy zostajecie, co Enjolras? – Marius wyglądał w tym momencie jak proszący szczeniaczek.
Dopiero w tym momencie Eponine zauważyła Enjolrasa.
- O, Ap… Aa… Ale cię miło zobaczyć! – wybrnęła, wwiercona we framugę spojrzeniem znad gitary. – Główka boli, co?
Enjolras uśmiechnął się krzywo.
- Dziękuję za przypomnienie o bólu głowy.
- Zawsze do usług. – Nie poruszył jej ten pełen wyższości sarkazm. – Mam nadzieję, że… umm… bezpiecznie dotarliście do domu? O, właśnie! Twoja marynarka wciąż jest w barze. Cosette zamknęła ją w bezpiecznym miejscu.
I w tym momencie Marius znów wyglądał jak szczeniaczek, tym razem taki, któremu pomachano zabawką przed nosem.
- Cosette? To chyba… Tak chyba ma na imię ona!
Eponine zrzedła mina.
- Nie, proszę – jęknął Courfeyrac.
- Eponine! – Marius zerwał się na równe nogi, uderzając kolanami o niski stolik. Wszyscy, z wyjątkiem jego samego, skrzywili się i syknęli. – Musisz mnie z nią zapoznać!
Combeferre westchnął cicho, przeczesując palcami jasną grzywkę. Enjolras przypomniał sobie wcześniej posłyszaną rozmowę i nawet jego nieznające miłosnych uniesień serce drgnęło lekko ze współczucia dla Eponine.
- Marius, uspokój libido – mruknął Grantaire, a gdy chłopak znów otwierał usta, dodał odrobinę mocniejszym tonem – Ponine zasypia na stojąco, a mają jeszcze masę roboty. Twoja złotowłosa może chyba trochę poczekać, co? Miej litość.
Marius usiadł z powrotem, a na policzki i szyję wpełzł mu rumieniec.
- No tak, przepraszam, Ponine – mruknął.
Brunetka machnęła na to ręką, ale Enjolras i tym razem wyłapał szybkie, wdzięczne spojrzenie, które rzuciła w kierunku Grantaire’a.
- To się zwijamy – powtórzyła po raz kolejny i gestem przywołała Gavroche’a.
Chłopiec niechętnie ruszył za nią, ociągając się jak tylko mógł. W końcu trzasnęły drzwi i przyjaciele zostali sami.
- Muszę… - zaczął Marius.
- Jak znów zaczniesz gadać o Cosette, to wcisnę ci te papiery do gardła – zastrzegł go Combeferre, nie unosząc wzroku znad przeglądanych dokumentów. Courfeyrac parsknął śmiechem, wyciągając się na kanapie wygodnie, usadawiając nogi na oparciu fotela, w którym tamten siedział.
- Nie chciałem gadać o Cosette! – zaperzył się Marius, czerwieniejąc jeszcze mocniej.
Ale zamilkł.
*
Enjolras musiał przysnąć. W jednej chwili przysłuchiwał się radosnym rozmowom w pokoju pełnym światła, w drugiej mrugał, próbując dostrzec coś w ciemnościach.
Wciąż był u Courfeyraka i reszty, to udało mu się ustalić. Jednak zanim zdążył chociaż się poruszyć, dostrzegł, że nie jest w pokoju sam i na ten widok zamarł.
Grantaire siedział na tej samej kanapie, tym razem w rogu, dalej od niego, pochylony nad gitarą. Nie spostrzegł, że Enjolras poruszył się. Zamiast tego opuszkami palców delikatnie trącał struny, aby wydobyć jak najcichsze dźwięki.
Blondyn szybko, instynktownie zamknął oczy, jakby w obawie, że tamten przestanie, gdy domyśli się, że on już nie śpi. Poza tym, dość już miał niezręcznych sytuacji.
Grantaire najpierw zaczął cicho pomrukiwać, potem nucić. W końcu zaśpiewał, ale gdyby w pokoju nie panowała grobowa cisza, Enjolras nie usłyszałby słów za żadne skarby.
- I was praying that you and me might end up together.
It’s like wishing for rain as I stand in the desert,
But I’m holding you closer than most, cause you’re my heaven.
I don’t wanna waste the weekend.
If you don’t love me, pretend, a few more hours than it’s time to go—
Nagle zamilkł i przestał grać, a Enjolras omal automatycznie nie otworzył oczu, żeby sprawdzić dlaczego. W końcu usłyszał kroki dochodzące gdzieś od strony kuchni i po jego lewej stronie rozległ się szept.
- Grantaire, jesteś pewny, że nie zostaniesz? Mamy materac…
- Niee, nie spinajcie się, ‘Ferre. Dam radę. Ten tutaj niech się wyśpi spokojnie, ja już się zwijam.
Grantaire brzmiał na bardzo zmęczonego, zupełnie jak podczas śpiewania tej piosenki.
- Na pewno?
- Si. – Tym razem w jego głos wkradł się uśmiech. – Tylko… jeszcze chwila.
Combeferre nie odpowiedział, ale musiał skinąć głową, bo raczej nie należał do typu ludzi, którzy wychodzili bez słowa.
Po kilkunastu sekundach znów rozebrzmiała znajoma, cicha melodia. Grantaire śpiewał jeszcze ciszej.
- And still I can’t let you be. Most nights I hardly sleep… - zamilkł. Enjolras był prawie pewien, że znów zaraz ktoś przyjdzie, ale tym razem nic takiego się nie stało.
Gdyby teraz otworzył oczy, napotkałby spojrzenie, które nawet jego pozbawiłoby oddechu. Wciąż jednak udawał, że śpi.
Udawał tak dobrze, że po chwili zasnął naprawdę.
*
Grantaire wyszedł na spowitą mrokiem ulicę. Świeciła się może co trzecia latarnia, a poza nim mało kto wyściubiał już nosa na zewnątrz.
Przez chwilę szamotał się ze słuchawkami, które poplątały mu się w kieszeni skórzanej kurtki, ale w końcu zdecydował, że nie ma ochoty słuchać muzyki. Cisza działała na niego bardziej… kojąco. Parsknął śmiechem do własnych, idiotycznie górnolotnych myśli.
Wiedział, że przebywanie w obecności Enjolrasa będzie ciężkie. Szczególnie po tym, co zaszło. Nie spodziewał się jednak, że będzie aż tak trudne.
Obojętnym wzrokiem odprowadził czarnego kota, który przebiegł mu drogę. Noc była chłodna, ale brunet samotnie obalił pół butelki whisky, więc na zimno nie narzekał. Mógł je jednak zaobserwować w kłębach pary wydobywającej się z jego rozchylonych ust z każdym wydechem. Wetknął dłonie do kieszeni i westchnął cicho.
Nie chciał dramatyzować. Jego życie w końcu nie obracało się wokół Enjolrasa.
Jasne, miał ochotę mruknąć sam do siebie, ale ugryzł się w język.
Czasem miał mu za złe. Za złe, że pojawił się i, zupełnie nieświadomie, wywrócił wszystko do góry nogami.
Grantaire lubił swoje życie… dość. Studiował to, co sprawiało mu przyjemność; na wykłady chadzał rzadko, ale nie był idiotą, więc gdy już koniecznie trzeba było się uczyć, aby coś zdać, robił to. I wychodziło mu. Znał wielu ludzi, praktycznie wszyscy znali jego. Niektórzy patrzyli na niego z góry, z pobłażaniem, ale miał to gdzieś. W końcu sam patrzył tak na wszystkich.
Nie wierzył w nic. Nie interesowała go filozofia, religia ani polityka. Walka o przyszłość? Pewnie, dużo przyjdzie z tej walki, skoro wszyscy marnują na nią swoją teraźniejszość. Dla Grantaire’a życie było czymś, co musiał… przeboleć. I starał się to robić w możliwie jak najprzyjemniejszy sposób. Rysował. Grał i śpiewał. Pił.
Pełna szklanka była jedyną pewną rzeczą w jego życiu.
Najszczęśliwszy był w obecności swoich przyjaciół. Eponine znał od dziecka, mieli podobną, czyli beznadziejnie patologiczną, sytuację rodzinną. Jehana poznał w szkole średniej, gdy tamten pozował mu na zajęciach artystycznych do portretu. Z całą resztą dogadał się już przy kieliszku, w barach, do których on chadzał codziennie, oni raczej tylko w weekendy. Ale nikt go nie krytykował.
A potem pojawił się Enjolras i Grantaire zaczął wierzyć.
W zmiany? A gdzie tam. W niego. W jego charakter. W jego werwę, w jego zaangażowanie, w jego pasję. We wszystko, czego jemu samemu brakowało.
Nie było co się oszukiwać – stracił dla niego głowę. Zrobiłby dla niego wszystko.
Nie minęło dużo czasu, zanim wszyscy się domyślili. Jedyną osobą, która zdawała się nie mieć o niczym pojęcia, był Enjolras. Nie uznawał go nawet jako swojego cienia; jak więc miał uznać go za cokolwiek innego, kiedykolwiek…?
Grantaire przetarł przekrwione oczy i po omacku wyszukał włącznik światła na klatce schodowej. Zupełnie przypadkiem jego wzrok zawadził o ścianę tuż przy drzwiach, ścianę, w której wydrapane były długie, głębokie ślady.
Szybko zamknął za sobą drzwi i pozapalał wszędzie światła.
Odkąd wprowadził się do niego Enjolras… zły, zły pomysł… nie miał czasu ani okazji, aby skończyć to, co zaczął. Teraz jednak taka okazja nadarzyła się i, chociaż był środek nocy, nie miał zamiaru jej przepuścić.
Podszedł do zakrytej prześcieradłem sztalugi. Odkąd je na nim przewiesił, nie zmieniło swojej pozycji. Enjolras więc nie naruszał cudzej prywatności… zwykle.
Biały materiał opadł u jego stóp, a Grantaire uśmiechnął się krzywo na widok postaci na płótnie. Nawet namalowany, nie patrzył w jego kierunku.
Zanim nowe elementy na obrazie wyschły i całość można było znów bezpiecznie zakryć, zaczęło świtać.
*
- Zabierają nam Internet – mruknął Jehan i w całej kawiarni Musain zapanowała grobowa cisza.
- Co? – odezwał się w końcu Courfeyrac takim głosem, jakby oberwał czymś ciężkim w potylicę.
- Na uczelni. Zabierają nam Internet. To znaczy, teraz za dostęp trzeba będzie płacić. Czy w bibliotece, czy gdziekolwiek – wyjaśnił Jehan cierpliwie, splatając swoje długie, kasztanowe włosy w warkocz.
Huk. Grobowa cisza zapanowała po raz drugi, gdy książka, którą trzymał Enjolras, wylądowała na stole z rozmachem.
- Dałem im czas – wycedził, patrząc w przestrzeń. – Po płatnych kartach bibliotecznych dałem im czas. Myślałem, że rozmowa odniosła skutek, że wrócimy do dawnego porządku. A oni poszli o krok dalej, nie w tą stronę co trzeba.
Courfeyrac i Combeferre wymienili spojrzenia. Normalnie nikt nie śmiałby się odezwać ani słowem; problem w tym, że właśnie w tym momencie Grantaire postanowił do nich dołączyć.
- Co się tak pienisz od rana? – ziewnął zamiast powitania, tylko unosząc rękę do góry, machając dwukrotnie. – Co obalamy?
- Ty pewnie butelkę – odciął się Enjolras.
- Ale ja chociaż skutecznie – odparował Grantaire.
Uwagi tego typu, początkowo prowadzące do konfliktów, dziś między tą dwójką były już na porządku dziennym.
- W każdym razie – podjął blondyn, odprowadzając szeroko uśmiechniętego artystę wzrokiem do jego zwyczajowego stolika – nie będziemy siedzieć z założonymi rękami. Jaka była reakcja ludzi?
- Jeszcze mało kto wie – przyznał Jehan.
- To źle. – Enjolras przygryzł wargę, opierając dłonie na biodrach. – Trzeba jak najszybciej powiedzieć wszystkim, podburzyć wszystkich. A wtedy…
I wtedy go olśniło.
- Przysięgam, że widziałem żarówkę nad jego głową – wymamrotał Grantaire do szklanki, którą ktoś przed nim postawił.
- Zrobimy protest podczas pochodu!
- Podczas święta uczelni? – zaniepokoił się Marius.
- Dokładnie tak! – Enjolras uderzył pięścią w stół. – Będą tam wszyscy, którzy muszą usłyszeć to, co mamy do powiedzenia. Z resztą, czy naprawdę świętujemy już jako ta sama uczelnia? Czy mamy prawo obchodzić jakiekolwiek rocznice, gdy tyle się zmieniło, gdy są to zmiany na gorsze?
I znów uderzył pięścią w stół.
- Hit me, baby, one more time – zanucił Grantaire.
- Masz coś do powiedzenia? – warknął Enjolras, z łatwością przechodząc z nastroju wzniosłej pasji do walecznej irytacji.
- Ano. – Grantaire odłożył pustą szklankę na stół i wsparł głowę na dłoniach. – Wszystkich was zamkną za zamieszki. Wielki protest skończy się paroma siniakami, nocką w areszcie i nagłówkiem w gazetach, krzyczącym o chuliganach zakłócających szkolną uroczystość. A ja będę za was wszystkich wpłacał kaucje i bandażował wam główki.
Enjolras nawet nie myślał komentować jego pierwszych słów. Według niego wiązały się po prostu z brakiem wiary w cokolwiek, a w tym momencie nie miał czasu na przekonywanie jednostki. Jednak to, w jaki sposób Grantaire zakończył swoją wypowiedź, zwróciło jego uwagę.
- Czyli nie masz zamiaru wziąć udziału w proteście? – spytał ostro.
Grantaire uśmiechnął się szeroko.
- Jasne, że nie.
- Więc co tu jeszcze robisz?
Grantaire już otwierał usta, a wnioskując po tym, jak prostował się w krześle, szykowała się jedna z dłuższych wymian zdań. Courfeyrac, przeczuwając to, postanowił się wtrącić.
- To, że ‘Taire nie będzie brał udziału w proteście nie znaczy, że nie może nam trochę pomóc w organizacji. Co nie?
- Nie potrzebujemy jego pomocy – uciął Enjolras bezlitośnie. – Nie potrzebujemy się rozpraszać.
- Rozpraszać? – parsknęła Eponine, odzywając się po raz pierwszy od rozpoczęcia spotkania. – Nie wnikam w twoje odczucia, Enjolras, ale ja nie mam problemu z opanowaniem myśli przy ‘Tairze.
Nie próbowała być wredna. Chciała mu dać znak, że powinien zachowywać się uprzejmiej i robiła to w typowy dla siebie, okrutny sposób.
- Dosyć. – Spojrzał na nią groźnie. Odpowiedziała bardzo podobnym wzrokiem. – Nie mamy czasu do stracenia.
I, zupełnie ignorując Grantaire’a, zaczął rozdzielać zadania.
*
Dzień przed planowanym, jak to określił Enjolras, odzewem tłumu, sprawa transparentów była w proszku.
- Jak to nie ma żadnych znaków? Żadnych plakatów? – zdziwił się początkowo bardziej niż zdenerwował lider Protestu.
- Ano nie ma – odparł na to Courfeyrac, wzruszając ramionami, zupełnie jakby mówił „co ci poradzę?” – Żaden z nas nie posiada takich artystycznych zmysłów.
- A Jehan?
- Ja – odezwał się Jehan odrobinę obrażonym tonem – piszę, a nie rysuję, a to co innego.
Enjolras westchnął boleśnie, przecierając czoło wnętrzem dłoni. Od ostatniego, a zarazem pierwszego kaca, bóle głowy dopadały go znacznie rzadziej, ale gdy już się zdarzały, były wyjątkowo silne.
- Znam kogoś, kto, jak to określiłeś, ma zmysł artystyczny. – Eponine zwróciła się do Courfeyraka, ale stanęła tuż obok Enjolrasa, nieco obijając się o niego ramieniem. – I masę wolnego czasu.
Blondyn nie musiał zastanawiać się dłużej niż kilka sekund, aby domyślić się, o kim mówiła dziewczyna. Skrzywił się lekko.
- Czy można mu zaufać? – mruknął niechętnie. Wiedział jednak dobrze, że nie mają wyjścia.
Odkąd zaczęły się prace nad planowaną akcją, Enjolras w mieszkaniu pod dziewiątką bywał jedynie nocować; i to z resztą nie zawsze. Dwukrotnie zdarzyło mu się zarwać dobę w kawiarni Musain, raz przespał jedynie trzy godziny na kanapie u Combeferre’a i reszty. Z Grantairem znów mijali się przelotnie, niekiedy w ciszy, kwitowanej skinięciem głowy, niekiedy mamrocząc krótkie, zmęczone (i pijane) „dobry” lub „dobranoc”, lub „jadłeś coś dzisiaj?”, „kiedy ty ostatnio spałeś?” – dwa ostatnie wyszły jedynie z ust Grantaire’a.
- Zgodził się – mruknęła Eponine, zanim Enjolras w ogóle zdążył powiedzieć coś jeszcze.
Spojrzał na nią, unosząc brwi w wyrazie zaskoczenia, a ona pomachała mu telefonem przed nosem. Spróbował dostrzec coś na niewielkim ekranie, ale tamta szybko cofnęła rękę i schowała komórkę do kieszeni. Enjolras wzruszył ramionami nieznacznie.
- Świetnie. Niech przyjdzie tutaj, mamy wszystkie niezbędne materiały.
Combeferre i Courfeyrac wymienili szybkie spojrzenia – ostatnimi czasy robili to dość często – i uśmiechnęli się w podobny sposób.
- Nic tu po nas, co? – powiedział ten drugi i sięgnął po bluzę wiszącą na krześle. – To znaczy, dajmy artyście trochę prywatności. I zostawmy mu jakieś dobre wino.
Enjolras zastąpił mu drogę w sposób tak majestatyczny, że Courf przestał się uśmiechać i zamrugał, jakby porażony blaskiem.
- A kto zostanie, żeby go przypilnować? Ktoś powinien.
- Ty? – podsunęła Eponine.
Enjolras spojrzał na nią i parsknął cichym, poirytowanym śmiechem.
- Mam jeszcze mnóstwo spraw do załatwienia. Nie mogę marnować czasu na doglądanie pracy innych.
- Dobra – wzruszyła ramionami i usiadła na krześle, z którego przed momentem wstała. – Ja zostanę. Co mamy zrobić jak skończymy?
Dla kawiarni nie był to dzień roboczy, ale posługując się nieodpartym urokiem osobistym Courfeyrac za symboliczną opłatą wynajął jej wnętrze na calutki dzień i noc dla ekipy Protestu.
- Poczekajcie na mnie. Ja mam klucze. – Enjolras poklepał się po kieszeni.
- Nie mam nawet co liczyć na to, że je nam zostawisz, żebyśmy nie musieli siedzieć tu jak dwie ostatnie sieroty i zastanawiać się, kiedy uznasz za stosowne się pojawić i nas wypuścić?
- Nie.
- Tak myślałam.
Enjolras pozbierał swoje rzeczy i szybkim krokiem wyszedł z kawiarni jeszcze zanim Grantaire zdążył wyściubić nos z mieszkania. Nie kłamał, mówiąc, że ma do załatwienia jeszcze masę spraw. Do krótkiej przemowy, którą miał zamiar wygłosić, potrzebował odpowiedniego nagłośnienia. Jeździł i biegał po całym mieście, konsultując się z ludźmi, którzy się na tym znali i tymi, którzy mieli znajomości, a w między czasie odbierał i wykonywał setki telefonów, namawiając do udziału tych, którzy się jeszcze nie zdecydowali i wyjaśniając wszystko tym, którzy się zainteresowali.
Gdy skończył, dochodziła jedenasta, a on znajdował się na drugim końcu miasta, jeśli patrzeć z perspektywy kawiarni. Zerknął na telefon, ale ten postanowił zrobić mu w tym momencie na złość i bateria rozładowała się. Enjolras zaklął.
Złapał taksówkę. Włosy, zdecydowanie dłuższe niż kiedykolwiek planował mieć, okleiły spocone czoło, a jedynym ciuchem, który go nie uwierał w obolałe kończyny, był wygodny, czerwony płaszcz; jego ulubiony. Zmarszczył nos, dopiero w ciepłym wnętrzu samochodu czując bijący od siebie chłód dworu i zapach miasta. Potarł o siebie obie dłonie, chociaż trochę próbując ogrzać skostniałe palce. Gdyby wiedział, że nocą zrobi się aż tak zimno, na pewno zabrałby ze sobą rękawiczki.
Na dojazd do znajomej dzielnicy wydał swoje ostatnie pieniądze.
- Dziękuję, do widzenia – powiedział uprzejmie, nawet nie zauważając, że odwiózł go ten sam taksówkarz, który kiedyś podbił mu oko, a któremu on odwdzięczył się z resztą tym samym.
Światła na piętrze kawiarni Musain świeciły się jeszcze. Enjolras ruszył w kierunku wejścia szybkim krokiem i, rozkojarzony, w drzwiach wpadł na jakąś postać. Oboje odskoczyli od siebie z niemym okrzykiem na ustach.
- Jesteś nareszcie – mruknęła Eponine, poprawiając włosy. Miała na sobie proste dżinsy i popielaty sweterek, a pod oczami zmęczone cienie. – ‘Taire czeka na górze. Ja i tak już jestem spóźniona, a nie chciałam zostawiać go samego. Wymęczył się.
W jej głosie był ledwie wyczuwalny zarzut, ale Enjolras zupełnie go nie wyłapał. Nawet wzrok miał rozbiegany, zupełnie jakby słuchał dziewczyny piąte przez dziesiąte.
- Świetnie – odparł, zerkając jej przez ramię. – Wszystko jest zrobione, tak?
Eponine wsparła dłonie na biodrach i zmierzyła go krytycznie od stóp do głów.
- Tak – odpowiedziała w końcu, a ramiona opadły jej wzdłuż tułowia w geście rezygnacji. – Tak. Sam z resztą idź zobacz.
Skinął głową i wyminął ją, klepiąc po ramieniu w geście wdzięczności. Ona tylko mruknęła pod nosem coś, co brzmiało jak „dwaj idioci” i zniknęła w ciemności.
Enjolras wspiął się po schodach pospiesznie; dopiero w połowie ich długości do jego uszu dotarły ciche dźwięki.
To Grantaire. Śpiewał.
- I jak tam? – powiedział jeszcze przed wejściem do dużego pomieszczenia z barem, żeby jakoś ujawnić swoją obecność. Głos umilkł. – Grantaire?
Blondyn zdecydowanym ruchem otworzył drzwi i wszedł do środka, po czym zmarszczył nos, czując mocny zapach dymu papierosowego. Na wyłożonej deskami podłodze walały się pocięte papiery, farby, markery, nożyczki i butelki, a w kącie leżał cały stos gotowych transparentów, plakatów i znaków. Przy jednym ze stolików siedział Grantaire.
Włosy zabawnie zaczesał na jeden bok, a przez blady, zapadnięty policzek przebiegała mu ciemnozielona smuga farby. W ciągu kilku dni wyhodował sobie stylową bródkę, co, podczas tych nielicznych chwil, w których się mijali, umknęło uwadze Enjolrasa. Do ust wsadził sobie marker, jak cygaro, za ucho miał wetknięty ołówek. W jednej dłoni trzymał pędzel, w drugiej butelkę. Wzrok utkwił w plakacie leżącym na stole.
Faktycznie, wyglądał na bardzo zmęczonego.
- Jeszcze jeden plakat? – zagaił Enjolras łagodnie, ostrożnie omijając butelki i przybory.
- Wszystko już gotowe – odpowiedział Grantaire, nie unosząc wzroku znad stołu.
- Więc co to takiego? – spytał blondyn, podchodząc bliżej.
Grantaire zmrużył powieki i, po chwili artystycznego zawahania, przejechał suchym pędzlem po czarnym napisie. Przyjmując pomyłkę bez zakłopotania, odrzucił go, odkorkował marker jeszcze w zębach z cichym pop! i poprawił jedną z liter, po czym uśmiechnął się nieznacznie.
- To mój znak protestu – odparł z dumą.
Enjolras stanął tuż przy jego stole i oparł się o blat ostrożnie, pochylając, aby odczytać napis. Rzeczywiście, brunet nie okłamał go. Tak właśnie było: napis na plakacie głosił „To mój znak protestu”.
- Och. – Blondyn skinął głową, prostując się. Nie było mu do śmiechu.
- Zastanawiałem się jeszcze nad „bardzo mi się to wszystko nie podoba”, ale było za długie. Prawie bym nie napisał „Słuchajcie co mówi ten ładny”, ale ładny to zupełnie niedostateczne słowo, żeby cię opisać, i nikt nie wiedziałby o kogo chodzi.
Enjolras zmarszczył czoło, jak to miał w zwyczaju.
- Jesteś pijany – powiedział.
- A ty jesteś śliczny – odrzekł Grantaire tonem stwierdzającym oczywistość. Enjolras westchnął cicho; ból głowy powracał.
- Chodź, wracamy do domu – mruknął i położył wciąż zimną dłoń na ramieniu artysty. Tamten wzdrygnął się i okrył jego palce swoimi, ciepłymi i poplamionymi farbą.
- Ale zmarzłeś. – Spojrzał na niego z taką czułością, że Enjolras automatycznie spuścił wzrok. – Posiedźmy tu chwilę.
- Jestem zmęczony – zaprotestował blondyn, nie zabierając dłoni. Była skostniała, a dotyk ją ogrzewał.
Grantaire odwrócił się na krześle w jego kierunku.
- Jesteś zmęczony i nie chcesz posiedzieć.
- Chcę spać!
Brunet uśmiechnął się, jeden kącik ust unosząc nieco wyżej.
- Nikt ci nie broni.
- Nie? – żachnął się, tym razem zabierając dłoń, aby skrzyżować ramiona na piersiach. – W takim razie wstawaj i rusz się, chodźmy do…
Ale Grantaire przekrzywił głowę i zaczął nucić.
- I guess this just got kinda drastic. Trust us, you just fell of the bus, baby.
­- Przestań.
Jego szczupły, chłodny nadgarstek ogrzał się gwałtownie w uścisku delikatnych, ale silnych palców artysty. Grantaire spojrzał na dłoń Enjolrasa, marszcząc czoło lekko, jakby to nie on chwycił ją przed chwilą. Blondyn zamilkł, obserwując jego poczynania.
- I can’t let this go. Can’t let this go.
- Grantaire. – W głosie Enjolrasa zabrzmiało ostrzeżenie. Nie było jednak dostatecznie silne.
- When I got you right when I want you. – Brunet niespiesznie uniósł jego palce do swojej twarzy. Lider Protestu zamarł, myśląc, że tamten ma zamiar je pocałować, ale on jedynie ogrzał je swoim oddechem, nie dotykając ustami. – I’ve been pushing for this for so long.
- Gran…
- Kiss me, just once, for luck. These are desperate measures now.
Z tymi słowami na ustach, Grantaire wstał, z jakąś pijaną zawziętością, i przyciągnął Enjolrasa bliżej za ten nadgarstek, który wcześniej tylko ogrzewał dotykiem.
- Co robisz? – zapytał Enjolras, wciąż bardziej zdezorientowany tym, co się właśnie działo, niż świadomy i zakłopotany.
- Całował cię ktoś kiedyś? – zapytał Grantaire, kładąc drugą dłoń na jego biodrze.
- Nie – odparł tamten z naiwną szczerością, zanim w ogóle pomyślał nad tym dziwnym pytaniem.
Grantaire zachwiał się lekko; musiał zabrać dłoń z nadgarstka Enjolrasa, żeby przytrzymać się stołu. Nogą potrącił butelkę wina, jeszcze po części pełną, bo czerwony płyn rozlał się wokół ich butów. Skinął głową, uśmiechając się szeroko.
- To dobrze.
Enjolras wyprostował się i cofnął o pół kroku, unosząc ręce w geście, który miał rozpocząć serię pełnych wyrzutów pytań, czegoś w stylu „czym ty mi teraz zawracasz w ogóle głowę?”, ale nie zdążył.
Grantaire, nie spodziewając się zwiększenia dystansu, wychylił się do przodu mocno i omal znów nie stracił równowagi. Do celu jednak trafił. Jedną dłoń do bólu zacisnął na brzegu stołu, drugą wplątał w zmaltretowane wiatrem złote loki i przycisnął usta do lekko rozchylonych warg Enjolrasa.  Blondyn zamarł, zupełnie jakby wrósł w ziemię.
Pocałunek ten był pozbawiony wszystkiego, czego oczekuje się od pierwszego pocałunku. Enjolras jednak nigdy nie marzył o swoim; może i dobrze. Czując ten zadziwiająco ciepły dotyk, machinalnie przymknął powieki i chwycił się tego, co było najbliżej, czyli koszulki Grantaire’a. Delikatna skóra na jego twarzy momentalnie zaczerwieniła się w kontakcie z szorstkim zarostem, a oddech zaniknął na krótką chwilę, powodując, że blondyn sapnął cicho prosto w te smakujące papierosami i winem usta.
Jednak, chociaż faktycznie zakręciło mu się w głowie, tym razem był całkiem trzeźwy. Zdrowy rozsądek szybko doszedł do głosu w mętliku jego myśli, a Enjolras palce zaciśnięte na materiale koszulki Grantaire’a wykorzystał do odepchnięcia go od siebie. Jeśli to niezdarne szarpnięcie i chwiejny krok postawiony do tyłu można było nazwać odepchnięciem.
Grantaire nie stawiał się jednak. Wręcz przeciwnie, i jego zdrowy rozsądek widocznie wtrącił swoje trzy grosze, bo odsunął się szybko i odetchnął cicho.
- Co… co ty… - zaczął Enjolras, ale głos po raz pierwszy odmówił mu współpracy tak dobitnie. Zdołał jedynie unieść palce do swoich ust i dotknąć ich. Gorąco uderzyło mu do twarzy, ale tym razem nie była to jedynie złość.
- Ten… Ten plakat na wierzchu powinny nieść dwie osoby. Jeśli chcesz, żeby było widać cały napis – powiedział Grantaire, zerkając na rozlane wino i potem znów na Enjolrasa.
Blondyn zamrugał.
- Zapamiętam to i przekażę jutro reszcie – odpowiedział w końcu.
- Dobrze.
Grantaire odwrócił się powoli, schylił się po kilka markerów i butelkę, po czym wyszedł z kawiarni. A Enjolras za nim.
*
Pogoda sprzyjała ich planom. Plakat „z wierzchu” nieśli razem Combeferre i Courfeyrac, w tym momencie jeszcze zwinięty. Enjolras w plecaku niósł megafon; jako lider i mówca nie mógł zawracać sobie głowy jakimiś znakami.
Chociaż, musiał przyznać, były całkiem niezłe.
Lepiej niż niezłe. Były  naprawdę dobre.
Autor znaków, tak jak zapowiedział, na uroczystości nie pojawił się.
- Spał, gdy wychodziłem – podsumował Enjolras krótko i sucho – i wyglądało na to, że jeszcze trochę pośpi.
Pochód przebiegał w jak najlepszym porządku. Ktoś wygłosił mowę, ktoś zaśpiewał, ale znakomita większość tłumu uczniów, ku zadowoleniu Protestu, zdawała się rozglądać i czekać na coś innego.
                Pochód wyszedł na ulicę, ale w okolicy nie widać było żadnych władz, wozów policyjnych. Nic.
                - Świetnie! – zawołał Enjolras i nakazał rozwinąć plakaty i wyciągnąć znaki.
                - Podejrzane – powiedziałby Grantaire.
                Już po chwili spokój i uroczysty nastrój pochodu został zastąpiony przez radosną, pełną buntu wrzawę. Tłum śmiał się głośno, nieco nerwowo, ale z determinacją wzniósł do góry znaki.
                „Ile wykładowcy biorą od słowa?”
                „Jestem tylko biednym studentem!”
                „Wczoraj dowiedziałem się, że nie stać mnie na wiedzę.”
                Enjolras odskoczył na pobocze i zrzucił z siebie plecak, po czym pospiesznie rozpiął go i wyciągnął bezprzewodowy megafon, jeden z tych, które udało mu się przetestować na dworze i dał pozytywne skutki. Przy pomocy Combeferre’a, który nawet nie potrzebował słów, aby znaleźć się przy jego boku, wspiął się na ławkę, a potem wyżej, na dach zaparkowanej tam ciężarówki. Zdawało mu się, że w dokonaniu tego drugiego pomaga mu więcej par rąk, ale nie zerknął przez ramię, żeby to sprawdzić.
                Oczy wszystkich zwróciły się w jego stronę.
                Włączył megafon i zaczął mówić.
                - Co dziś świętujemy? Rocznicę nadania naszej uczelni imienia. Zadajmy sobie jedno pytanie. Czy jej patron byłby dumny z kierunku, który obrała? Czy nie przeciwko uprzywilejowaniu nauki niegdyś walczył?
                Enjolras, mówiąc, patrzył na tłum, na ludzi. Każdy jednak miał wrażenie, że patrzy jedynie na niego, że przewierca go swym płonącym wzrokiem na wylot, że to do niego kieruje swoje pełne pasji słowa.
                - Co się tam dzieje? – zakrzyknął ktoś z pierwszych rzędów pochodu. Enjolras nie zwrócił na to najmniejszej uwagi.
                - Zdawałoby się, że już dawno wyszliśmy z ciemności, że idziemy w kierunku postępu. Każdy może zdobyć wykształcenie. Czy jednak każdy?
                - To tylko trochę kasy na książki i neta – zauważył ktoś z tłumu, ale zaraz został uciszony. Enjolras jednak pokiwał głową, celując megafonem w miejsce, z którego doszedł głos.
                - Ależ oczywiście. Dziś to tylko trochę kasy na książki i Internet. – Wyprostował się i kontynuował donośnie. – A naszym zadaniem jest początek tego ograniczania gorzej sytuowanych, stawiania ich w ciężkiej sytuacji… zdusić w zarodku! Przerwać ten dziwny, niezrozumiały nawrót do nawyków z przeszłości zanim przekształci się w zacofanie!...
                Zamilkł na chwilę, żeby nabrać powietrza i zdawało mu się, że gdzieś daleko, daleko w tłumie, między tłoczącymi się ciałami mignął mu znajomy plakat.
                „To mój znak protestu.”
                Nie wybiło go to jednak z rytmu. Tym, co sprawiło, że zamilkł i wbił wzrok przed siebie, były zamieszki, które wybuchły nagle tuż przed jego oczami. Jakiś mężczyzna, który zdawał się być zwykłym uczestnikiem pochodu, rzucił się nagle na członków Protestu i całą resztę trzymającą plakaty. Za jego przykładem podążyło kilku innych. Błysnęły kajdanki.
                - Nie bić się! – krzyknął Enjolras do megafonu, ale nie wszyscy go posłuchali. Bahorel, znany z zamiłowania do bójek, który chyba już połowę zębów miał sztucznych, z radością okładał przebranych funkcjonariuszy swoim znakiem protestu.
                W ruch poszły pałki.
                Enjolras jeszcze przez chwilę krzyczał, zapominając o megafonie, włosy rozwiały mu się i zasłoniły widoczność; chwilę potem silne ręce ściągały go z dachu ciężarówki, a coś ciężkiego okładało po plecach. Stracił oddech.
                - Weź daj spokój, się nie stawia! – krzyknął ktoś, a uderzenia ustały. Enjolras zaklął cicho pod nosem.
                - No, mówco. Grzecznie. Rączki do tyłu. Myślałby kto. – Głos tuż przy jego uchu był nieprzyjazny i ironicznie rozbawiony, a oddech śmierdział. – Zachciało się gówniarzom zamieszania. To nie Rewolucja Francuska, matole!
                Enjolras odwrócił się na pięcie, wyrywając policjantowi z nadludzką siłą i zrobił użytek z megafonu.
                Bum.
Mężczyzna cofnął się, chwytając za obtłuczoną głowę i klnąc ile sił w płucach.
- Stawia się! – warknął.
Enjolras został dosłownie powalony na ziemię. Jego błędem było to, że bronił się zaciekle, ale duma nie pozwalała mu na nic innego. Kilkakrotnie oberwał w głowę, ktoś kopnął go w żebra i dopiero wtedy udało im się odwrócić go na brzuch i skrępować mu ręce za plecami. W ustach czuł smak krwi, huczało mu  w uszach, a sponiewierany megafon wtoczył się pod koła ciężarówki, która jeszcze przed chwilą była jego mównicą.
________________________________
lista piosenek z tego parta:
I need shine.
Piosenka zakochanego pijaka ;)
Wtedy, gdy myślał, że Enjolras śpi.
Ta z kawiarni. (tu sobie bardziej nucił po swojemu, niż śpiewał do rytmu.)



8 komentarzy:

  1. Kobieto jesteś cudowna!
    Historia niesamowicie wciągająca, aż mnie skręca na myśl, że trzeba czekać na następną część.
    Kocham Twój styl bezgranicznie, jest naprawdę świetny. Potrafisz dobrze opisywać emocje i do tego błyskotliwe dialogi zawsze mnie zachwycają. Nie tylko w tym opowiadaniu ale we wszystkich. Styl masz zrównoważony, z jedej strony lekki z drógiej naprawdę piękny.


    Nie wiem jak się nazywasz i gdzie mieszkasz, ale Cię znajdę i zażądam ciastek z kakałkiem.
    ~ Kyõko Namie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  2. Matko, to opowiadanie jest przecudowne ^.^. Z niecierpliwością czekam na kolejną część i oczywiście na więcej Destiela ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie skomentowałam pierwszej cześci - Gomene! - ale już się zabieram za nadrabianie strat.
    Po pierwsze napewno obejrzę "Nędzników" choć wcale nie miałam czegoś takiego w planach, nawet tylko po to, by napawać się naszym Apollo i durnowatym 'tiere :D
    To napięcie, to oczekiwanie, ta okrojona akcja i wyrzuty sumienia - kobieto mało nie zeszłam na zawał kiedy Grantiete dobrał mu sie do spodni - czuję się niezaspokojona o.O - o gosh ale to zabrzmiało ;o
    Czyta się (czy raczej pochałania) strasznie szybko i przyjemnie. Naprawde podziwiam, że jestes wstanie stworzyć tak wiele, tak szybko i tak barwnie.
    Nasza główne dwójka jest nieźle postrana, a Enjolras ma zajebisty charakter - jak trzeba sie bić, rzuca się pierwszy :P
    Nie ma co, z takimi indywiduami nie trudno o brawne przekazy. Mam nadzieje, że kiedyś dobiją do 3 bazy - jesli przyjmiemy, że pierwsza to pocałunek, a druga - zdzieranie tynku ze ściany.
    Tak po za tym ładnie wykreowałaś postacie drugoplanowe. Niby nie są zawadzają, ale jednak ich postawy są dobrze wpasowane w całość - taaa, jak bym sie na tym znała, czy coś xD
    Dużooo Lovuuu - proszę - przekupię Cię czymkolwiek tylko zechcesz - serio wszystkim - tylko proszę : więcej tynku .. znaczy się tego, co doporwadziło to tej dewastacji mienia ;3
    Pisajtajaj . czekam na kolejne części :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzień dobry, już od dawna czytam twój blog i bardzo go lubię.
    Ostatnio szukałam w internecie ciekawych bogów i nalazłam ten: yaoimadness.blog.onet.p . Zauważyłam że wiele notek jest takich samych jak u ciebie. Wygląda na to że właściciel tego bloga kopiuje twoje notki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spokojnie kocie, to jest stary blog naszej kochanej Autorki :3

      Usuń
  5. a kiedy będzie 2 część phi brain? :<

    OdpowiedzUsuń
  6. Przeczytałam to opowiadanie i ogólnie całego bloga jakiś czas temu, ale zanim ja się wezmę za komentowanie... Jednak komentuję i najpierw to opowiadanie, które jest moim ulubionym na Twoim blogu. I nie dość, że już obejrzałam "Nędzników" to nawet wzięłam się za czytanie książki, co wcześniej mi nawet przez myśl nie przeszło. "Nędznicy" w czasach współczesnych to coś cudownego. Opisujesz to wszystko tak plastycznie, że widzę to wszystko przed oczami. Grantaire jest takim bohaterem jakiego uwielbiam: nieidealny, z jakimś nałogiem, mający swoją wielką miłość, muzyk, artysta i przede wszystkim sarkastyczny. Jego riposty powalają na kolana, a szczególnie dialogi z Enjolras'em. Przyznam, że u Ciebie opisy aktów są najlepszymi, jakie czytałam, a czytałam wiele. Chwała Ci za nie wstawianie zdrobnień i nie opisywanie wszystkiego do najmniejszego szczególiku. To duży plus. Tak więc tym opowiadaniem nie tylko zachęciłaś mnie do tego parringu, ale rozkochałaś i pięknie Ci za to dziękuję. Czekam na więcej i weny/wena życzę ;) Peace.

    OdpowiedzUsuń