we, fujoshis

yaoinfo

fanpejdż: ~klik~
mój numer gg: 37209209
mój kanał na youtube: ~klik~

wtorek, 7 maja 2013

I need shine. e/R [Les Miserables] part 1

Małe wprowadzenie dla tych, którzy nie oglądali ani nie czytali 'Nędzników'. Bo ta parka to jest moja największa miłość i nie chcę, żebyście czytali, zupełnie nie mając pojęcia na czym się opieram. A czytałam i książkę, i oglądałam film, i kilka musicali scenicznych.
Ten filmik to jeden wielki spoiler, ale z drugiej strony żadna niespodzianka. Ten śliczny, złotowłosy chłopak to Enjolras, ten z butelką to Grantaire. No.
W filmie ich wątek został potraktowany bardzo pobocznie, ale i tak coś tam widać. A ja pozwolę sobie przytoczyć kilka cytatów z książki, która została napisana w pieprzonym 1862, LUDZIE. 1862.
"Enjolras (...) był bogatym jedynakiem. Był to czarujący młodzieniec, który potrafił stawać się straszny. Był anielsko piękny, niby dziki i srogi Antinous. (...) Miał głęboko osadzone źrenice, nieco zaczerwienione powieki, dolną wargę wydatną i łatwo układającą się w grymas pogardy i wysokie czoło. (...) miał w sobie jakiś nadmiar młodości, świeżej jak u dziewczyny. Już mężczyzna, wyglądał jeszcze jak chłopiec; miał dwadzieścia dwa lata, a można mu było dać siedemnaście. Poważny, zdawał się nie wiedzieć, że istnieje na ziemi twór zwany kobietą. Miał jedną namiętność - prawo, jedną myśl - obalenie przeszkody. (...) Zaledwie dostrzegał róże, nie widział wiosny, nie słyszał śpiewu ptaków. Podobnie jak Aristogitona nie poruszyłaby go obnażona pierś Evadne. (...) Był to nieugięty kochanek wolności."
"Wśród tych gorących serc i wierzących umysłów był jeden sceptyk. Jakże się tam znalazł? Prawem kontrastu. Sceptyk ten nazywał się Grantaire i podpisywał się zazwyczaj tajemniczo: "R". (Grantaire wymawia się jak grand r, co oznacza duże R. Taki był mądry. przyp. by me xD) Grantaire był człowiekiem, który nade wszystko wystrzegał się wiary w cokolwiek. (...) Przede wszystkim lubił wypić. Był nieopisanie szpetny. (nie wiem co oni myśleli wybierając jego do roli Grantaire'a, btw.) Słowa takie jak prawo ludu, prawo człowieka, umowa społeczna, Rewolucja Francuska, republika, demokracja, ludzkość, cywilizacja, religia, postęp - dla Grantaire'a nie miały właściwie żadnego znaczenia. Uśmiechał się, słysząc je. Sceptycyzm, ta śniedź inteligencji, nie zostawił mu jednej zdrowej myśli w głowie. Żył ironią. Miał ulubiony aksjomat: "Jedna jest tylko rzecz pewna na świecie: pełna szklanka." (...) Ale i ten sceptyk miał swój przedmiot uwielbienia. Przedmiotem tym nie była ani idea, ani nauka, lecz człowiek - Enjolras. Grantaire podziwiał, kochał i czcił Enjolrasa. Z kim spośród grona wierzących umysłów związał się ten anarchista-niedowiarek? Z wierzącym najbezwzględniej. Czym Enjolras go podbił? Swoimi przekonaniami? Nie! Swoim charakterem. Zjawisko często spotykane. Niedowiarek, który lgnie do wierzącego to objaw równie prosty jak dopełnianie się barw. Pociąga nas to, czego nam brak. Nikt tak nie kocha światła jak ślepiec. (...) Grantaire, w którym pełzało zwątpienie, lubił patrzeć na wzloty wiary u Enjolrasa. Enjolras był mu potrzebny. Nie zdając sobie jasno z tego sprawy i nie próbując sobie wytłumaczyć, był pod urokiem ten natury czystej, zdrowej, mocnej (...) Instynktownie podziwiał swoje przeciwieństwo. Jego myśli, miękkie, chwiejne (...) czepiały się Enjolrasa jak pionu. (...) U boku Enjolrasa, Grantaire znów stawał się człowiekiem. (...) Był uzupełnieniem Enjolrasa."
"Żarliwy i wstrzemięźliwy Enjolras gardził tym wiecznie pijanym sceptykiem. Obdarzał go szczyptą wyniosłego politowania. Grantaire był Pyladem, lecz Pyladem nieuznanym. Zawsze ofukiwany przez Enjolrasa, szorstko odpychany i odtrącany - powracał wciąż, mówiąc o nim: - "Jakiż to piękny posąg z marmuru!"
To by było na tyle względem przedstawienia postaci. Taaaaak.
A że się nie powstrzymam, to teraz kilka cytatów z akcji, a potem mega spoiler.
"- Potrzebny byłby mi ktoś, żeby go posłać na rogatkę Maine. Ale nie mam już nikogo.
- A ja - odezwał się Grantaire. - Jestem tutaj.
- Ty?
- Ja. (...)
- Czy ty możesz się na coś przydać?
- W każdym razie mam do tego pewne aspiracje.
- Przecież ty w nic nie wierzysz.
- Wierzę w ciebie. 
- Grantaire, chcesz mi oddać przysługę?
- Każdą. Czyścić ci buty. 
- No, to nie wtrącaj się do naszych spraw. Masz swój absynt, niech ci szumi.(...) (pół strony Enjolrasa, który nieświadomie wbija sztylety w serce biednego Grantaire'a)
- Grantaire - rzekł poważnie - zgadzam się na tę prośbę. Pójdziesz na rogatkę Maine. 
Grantaire (...) wrócił po pięciu minutach. Poszedł do siebie włożyć kamizelkę a la Robespierre.
- Czerwona - rzekł wchodząc i wlepił wzrok w Enjolrasa. Po czym energicznym ruchem dłoni przycisnął do piersi oba szkarłatne wyłogi kamizelki. Podszedłszy do Enjolrasa, szepnął mu na ucho.
- Bądź spokojny."
Taak. Parę stron potem Enjolras zakrada się, aby obczaić jak mu idzie, a on, pijany, gra sobie z kimś w domino. Ahem.
Potem, zanim zaczynają budować barykady:
"Grantaire, smutny, pił dalej.
- Enjolras mną gardzi - mruczał. - Enjolras powiedział sobie: "Joly jest chory. Grantaire pijany." Więc wysłał Dudka do Bossueta. Gdyby tak malec po mnie przyszedł, poszedłbym za nim. Tym gorzej dla Enjolrasa! Nie pójdę na ten jego pogrzeb!" Aweeewe. Takie to trochę tsundere, nie? ;_;
A teraz, jeszcze nie spoiler, ale fragment, który mnie zabił feelsami. 
"(Grantaire wygłasza pijaną, zabawną przemowę przez kilka stron.)
Enjolras, który ze strzelbą w ręku stał na szczycie barykady, zwrócił ku niemu swoją piękną, surową twarz. (...)
- Grantaire! - zawołał. - Wynoś się! Niech ci wino paruje z głowy gdzie indziej! Tu jest miejsce upojenia, nie pijaństwa! Nie okrywaj hańbą barykady!
Te gniewne słowa wywarły osobliwy skutek. Rzekłbyś, że Grantaire'owi ktoś chlusnął w twarz szklanką zimnej wody. Wydawało się, że nagle wytrzeźwiał. Usiadł przy stole koło okna, oparł się łokciami, popatrzył na Enjolrasa z niewymowną czułością i rzekł:
- Ty wiesz, że ja w ciebie wierzę! 
- Ruszaj stąd! (dammit enjolras stahp)
- Pozwól mi się tu przespać.
- Prześpij się gdzie indziej! (...)
Grantaire, ciągle wpatrując się w niego czułym, mętnym wzrokiem, odrzekł:
- Pozwól mi tutaj spać, nim tutaj umrę. 
Enjolras rzucił mu pogardliwe spojrzenie.
- Ty, Grantaire, niezdolny jesteś wierzyć, myśleć, chcieć, niezdolny żyć ani umrzeć. 
Grantaire odpowiedział poważnie:
- Zobaczysz!"
A teraz, jeśli nie macie nic przeciwko spoilerowi, chociaż wydaje mi się, że trudno tego nie przewidzieć, to sobie skopiujcie do Worda czy cuś.
"Tylko jeden człowiek trzymał się tam na nogach. Enjolras. Stał bez naboi, bez szabli (...) 
- To dowódca! To on zabił artylerzystę. Niech zostanie tam, gdzie stoi. Rozstrzelajmy go na miejscu. (...)
- Rozstrzelajcie! - rzekł Enjolras.
I odrzuciwszy ułamaną lufę karabinu, skrzyżował ramiona i nadstawił pierś.
(...)
Przed chwilą obudził się Grantaire. Grantaire, jak pamiętamy, spał od poprzedniego dnia (...) Ohydna mieszanina absyntu, piwa angielskiego i wódki wtrąciła go w letarg. (...) Nie obudziło go nic, ani strzelanina, ani pociski armatnie, ani kartacze, które wpadały przez okno do izby, ani straszliwa wrzawa ataku. (...) Wydawało się, że czeka, aby jakaś kula oszczędziła mu trudu przebudzenia. (...) Hałas nie budzi pijaka, budzi go cisza. (...) kiedy zgiełk jak gdyby wstrzymał się przed Enjolrasem, Grantaire, śpiący kamiennym snem, doznał wstrząsu. (...) zerwał się na równe nogi, wyciągnął ramiona, przetarł oczy, spojrzał, ziewnął i zrozumiał.Otrzeźwienie pijanego przypomina rozdzierającą się zasłonę. (...) 
Żołnierze, którzy nie spuszczali oczu z Enjolrasa, nie zauważyli nawet Grantaire'a, wciśniętego w kąt i jakby schowanego za bilardem; sierżant zamierzał już powtórzyć komendę "Cel!", kiedy nagle usłyszeli za sobą silny głos wołający:
- Niech żyje Republika! Jestem z nimi.
Grantaire wstał.
Potężny blask całej walki, którą przespał i w której nie brał udziału, bił z płonącego spojrzenia tego przeistoczonego pijaka.
Powtórzył "Niech żyje Republika!", przeszedł pewnym krokiem przez izbę i stanął obok Enjolrasa, na wprost wycelowanych karabinów.
- Zabijcie nas obu za jednym zamachem! - rzekł.
I z czułością zwracając się do Enjolrasa, zapytał:
- Pozwolisz?
Enjolras uścisnął mu dłoń z uśmiechem. (tak, to polskie tłumaczenie jest takie meh, on go po prostu chwycił za rękę. dosłownie.)
Uśmiech nie zamarł jeszcze na jego ustach, kiedy gruchnęła salwa. Enjolras, przeszyty ośmioma kulami, pozostał oparty o ścianę, jakby go strzały do niej przygwoździły. Tylko pochylił głowę. Grantaire, martwy, runął u jego stóp."
Tooo by było na tyle, tak myślę.
e/R to jest OTP mojego życia. I jestem mega wdzięczna każdemu, komu chciało się to przeczytać. ;_;
A teraz, opowiadanie. Najdłuższe chyba jakie napisałam, więc będzie w partach. A tych dwóch idiotów przenosimy do czasów współczesnych. 
Jest parę razy wzmianka o okularach Enjolrasa; od razu tu wyjaśniam, że to takie do czytania, których nie musi nosić, ale czasem to robi. Tyyyle. Miłego czytania, miśki. 

______________

Enjolras nie bywał częstym gościem w barach. Na palcach jednej dłoni mógłby zliczyć wszystkie swoje wizyty w miejscach takiego pokroju. Bary i puby kojarzyły mu się jedynie z tłokiem, dusznością, zapachem potu i alkoholu.
Jednak w ciągu ostatnich sześciu miesięcy jeden bar odwiedzał codziennie. I to dwukrotnie; z samego rana i późnym wieczorem. Jego wizyta nigdy nie trwała dłużej niż kilka sekund, czyli tyle, ile zajęło mu przejście od drzwi wejściowych do schodów na samym końcu pomieszczenia lub na odwrót. Nie miał wyjścia; mieszkanie, które wynajmował z dwójką znajomych znajdowało się na piętrze i była to jedyna droga, aby się do niego dostać.
W ciągu ostatnich sześciu miesięcy Enjolras wdał się aż w cztery pijackie bójki. Za każdym razem był całkowicie trzeźwy. Po czwartej właściciel baru postawił mu jasny warunek –
- Jeszcze jedna stłuczona morda lub szklanka, a to ty wylatujesz na zbity pysk.
Jako honorowy, młody człowiek przyznał się do błędu.
Jako idealista miał swoje zasady. Czym było kilka mord lub szklanek w zestawieniu z tym, w co wierzył?
Sobotniej nocy wrócił bardzo późno. Gwałtownie otworzył drzwi i żwawym krokiem ruszył w kierunku schodów, przemierzając prawie opustoszały już bar. Tylko jeden stolik wciąż tryskał życiem; nocna zmiana taksówkarzy zostawiła swoje samochody na postoju tuż obok i postanowiła napić się czegoś ciepłego. Enjolras nawet nie zwróciłby na nich uwagi, zajęty myśleniem o całej masie pracy na następny dzień, gdyby nie usłyszał magicznych słów.
-…Rewolucja Francuska…
Przystanął i odwrócił się, po czym powolnym ruchem poprawił złotą, lekko poskręcaną grzywkę opadającą mu na wysokie czoło.
- To jest dokładnie to, co zniszczyło ten kraj… - kontynuował jeden z taksówkarzy, wlewając do swojej herbaty coś, po czym zdecydowanie nie powinien kontynuować swojej nocnej zmiany za kółkiem. - Zamordowali króla, gdzie w tym symbolika? Gdzie w tym jakaś wyższa idea? Nigdy nie zrozumiem tych, co uważają to za początek postępu… Heretyckie bajki chorych na umyśle idea… Uhhm…?
- Przepraszam bardzo – wtrącił się Enjolras z perfekcyjną miną pokerzysty, po czym zdjął okulary i położył je na stole tuż obok popielniczki.
Sobotnia noc brzmiała jak tłuczone szkło… i mordy. Wymownie z tym kontrastującą ciszę niedzielnego poranka zakłócił jedynie dźwięk kółek walizki sunących po wybrukowanej drodze.
Enjolras wyleciał na zbity pysk z dumnie podniesioną głową i podbitym okiem.

*

- Cześć, Enj—co się stało?
Combeferre, już po otworzeniu drzwi, spojrzał najpierw na twarz swojego przyjaciela, a potem na walizkę, którą tamten trzymał.
- Właściciel wyrzucił mnie z mieszkania za bójkę w barze – powiedział Enjolras, ani na chwilę nie spuszczając wzroku. Fioletowy siniak pod okiem mocno kontrastował z jego porcelanową cerą. – Zwrócił mi pieniądze za resztę miesiąca. Ugościłbyś mnie do czasu, aż czegoś nie znajdę? Będę zobowiązany.
Combeferre westchnął cicho. Nie wyglądał na wyjątkowo zdziwionego; z Enjolrasem przyjaźnili się już od dłuższego czasu, studiowali razem prawo, a ponad to właśnie Enjolras namówił go do tego, by został jego zastępcą w organizacji, powszechnie znanej jako Protest. ‘Ferre dobrze wiedział o wcześniejszych bójkach, spodziewał się więc nadejścia tego dnia.
- Jasne. Wchodź.
Blondyn skinął głową, uśmiechając się lekko. Wszedł do niewielkiego mieszkania i pierwszym, co zauważył, była duża, czarna walizka stojąca przy ścianie. Odwrócił się przez ramię i uniósł brwi pytająco.
- Kto przyszedł? – dobiegło ich wołanie z salonu. Enjolras po głosie poznał Mariusa, ich nowego znajomego, który pojawił się nie wiadomo skąd, nie wiadomo po co i robił dużo zamieszania.
Uniósł brwi, spoglądając na Ferre’a. Żaden z nich nawet nie pokwapił się o odpowiedź.
- Przyszedł dzisiaj rano i spytał, czy może się wprowadzić – mruknął w końcu jego przyjaciel, poprawiając okulary na nosie. – Courfeyrac zgodził się go niańczyć.
- Och. – Blondyn przestąpił z nogi na nogę. – Cześć, Marius! – odkrzyknął, po czym, zdając sobie sprawę, że to mieszkanie jest niewielkie, mruknął – Combeferre, znasz kogoś, kto mógłby mnie przenocować?
Enjolras nie przepadał za przyjmowaniem pomocy i chociaż z ‘Ferrem znali się już naprawdę długo i nie był to pierwszy raz, gdy z czymś się do niego zwracał, nie przyszło mu to z łatwością. Jego przyjaciel jednak doskonale zdawał sobie z tego sprawę, dlatego nie robił z takich okazji żadnych afer; zachowywał się jakby nigdy nic. I tym razem tylko zmrużył powieki lekko i poprawił okulary na nosie, zupełnie jakby rozmawiali o czymś błahym.
- Daj mi chwilkę. - Combeferre zamyślił się. Zmierzył Enjolrasa jakimś takim niepewnym spojrzeniem, zanim znów się odezwał, z lekkim wahaniem w głosie. – Znam kogoś, kto z wielką chęcią podzieliłby się czynszem na pół. Raczej… na dłuższy okres.
- Świetnie. – Enjolras wsparł ręce na biodrach. – Kto to taki?

*

Dopiero po pięciu próbach udało dodzwonić się do potencjalnego współlokatora Enjolrasa. Telefon nie trwał długo i wszystko udało się uzgodnić zadziwiająco szybko. Sam blondyn, poza adresem i imieniem, nie dowiedział się prawie niczego konkretnego.
Facet nazywał się Grantaire, był w ich wieku, studiował plastykę i ponoć raz pojawił się na spotkaniu Protestu. Odkąd Enjolras założył tę organizację, przez jej szeregi przewinęło się tyle osób, że nawet jemu ciężko było to zliczyć. Miał kilkoro zaufanych, stałych członków, ale spora część wpadała raz na jakiś czas lub nawet właśnie tak, jak rzeczony Grantaire, jednorazowo, z ciekawości. Mimo to, blondyn nabrał do nieznajomego odrobiny sympatii na tę wieść.
Już wieczorem tego samego dnia dotarł na miejsce. Stanął przed drewnianymi, trochę obdrapanymi drzwiami z krzywo przybitym numerkiem 9 i, jako że nie mógł zlokalizować dzwonka, zapukał.
Cisza.
Enjolras odchrząknął, przełożył rączkę walizki do lewej dłoni i zapukał mocniej, prawą.
Wciąż cisza. Blondyn zmarszczył brwi i powoli nacisnął klamkę. Drzwi ustąpiły. Ostrożnie wszedł do środka, jeszcze w progu pospiesznie zerkając na karteczkę z wypisanym adresem. Nie pomylił się.
- Hmm… Halo? – powiedział donośnie, zamykając za sobą drzwi,  po czym przekręcił zamek i postawił walizkę przy szafce na buty. Wciąż zero odpowiedzi.
Enjolras z ciemnego przedpokoju przeszedł do średniej wielkości pomieszczenia, które musiało być salonem. Zmarszczył nos, czując po części znajomy, choć dziwny i intrygujący zapach. W spowitym półmrokiem pokoju stało niewiele mebli; sporą jego część zajmowała duża kanapa, której całą powierzchnię pokrywały pomięte i porozrzucane ciuchy. Niewielki, szklany stół zagracały szklanki i butelki. Tak samo jak kuchenny blat. I parapet okna, do połowy zasłoniętego bordową żaluzją. Kilka butelek leżało też na ziemi, razem z mniej lub bardziej sfatygowanymi papierami. W rogu pokoju stała sztaluga zakryta białym prześcieradłem.
Enjolras przelotnie zajrzał też do sypialni i do łazienki, ale i tam nikogo nie zastał. Przez chwilę niezbyt wiedział co ze sobą zrobić. W końcu jednak zdjął marynarkę, podwinął rękawy jasnej koszuli, po czym otworzył okna, żeby trochę przewietrzyć. Pozbierał butelki i szklanki z podłogi, z cichą dezaprobatą zerkając na etykiety; nie pił, nie znał się na alkoholach, ale nietrudno było mu rozpoznać tanie wino.
Jego intuicja zdawała się coś krzyczeć, ale niezbyt był pewien, co takiego. Poza tym, trochę bolało go podbite oko.
Przed jedenastą w nocy ktoś szarpnął za klamkę od drzwi wejściowych. Enjolras zamknął książkę o sztuce, którą znalazł pod stertą ciuchów i podniósł się z kanapy, nasłuchując.
- Co jest, nie masz klucza? – usłyszał jakiś kobiecy głos.
Odpowiedział mu stłumiony, męski.
- Nie zamykałem—
Blondyn w paru szybkich krokach znalazł się przy drzwiach, przekręcił zamek i otworzył je. Mężczyzna stojący na klatce schodowej zamilkł i odwrócił wzrok od dziewczyny, żeby na niego spojrzeć. Zapanowała grobowa cisza.
- A to kto? – spytała niska, pulchna brunetka, opierając dłoń na biodrze.
Enjolras już wcześniej otworzył usta, aby przedstawić się nowemu współlokatorowi, ale gdy tylko ujrzał jego twarz, słowa uwięzły mu w gardle.
- Ha! – zawołał Grantaire, postępując jeden chwiejny krok do przodu i oparł się o framugę. Miał lekko zaszklone oczy, zarumienione policzki, ale wzrok wyjątkowo przytomny. – Apollo! Co ci się stało w oko?
Enjolras instynktownie cofnął się o pół kroku i zazgrzytał zębami.
- Ty…
Być może lider Protestu nie pamiętał wszystkich jednorazowych gości spotkań, które prowadził. Wizyty tego, który stał przed nim, nie sposób jednak było zapomnieć.
Grantaire’a na spotkanie przyprowadził Jehan, twierdząc, że tamten wykazał zainteresowanie ich działalnością. Enjolras nie zwrócił na niego szczególnej uwagi, skinął tylko głową lekko, gdy wszyscy się już pojawili w kawiarni i rozpoczął swoją przemowę. Dotyczyła ona planowanej akcji nocnego graffiti na ścianach budynków kilku oddziałów firm znanych z niehumanitarnego traktowania swoich pracowników.
Zlokalizował miejsce, w którym Grantaire usiadł dopiero wtedy, gdy brunet się odezwał. Guziki koszuli miał krzywo pozapinane i był wyraźnie zawiany.
- I myślisz, że to coś da? – wymamrotał, mierzwiąc włosy dłonią.
Enjolras, nieprzyzwyczajony do tego, że mu się przerywa, a już na pewno nie w taki sposób, na chwilę stracił rezon.
- Co masz na myśli? – spytał, czując na sobie spojrzenia całej reszty. Jednak najbardziej palił go utkwiony w nim wzrok Grantaire’a.
Nie grzeszył on urodą, ale sposób w jaki siedział, jego postawa, wyraz twarzy i uśmiech, a przede wszystkim iskra kryjąca się w niebieskich, co prawda podkrążonych i przekrwionych, oczach tworzyły wokół niego zawadiacką aurę.
- Na tym polega ten cały Protest? – Brunet uśmiechnął się kącikiem ust, przekrzywiając głowę lekko. – Chłopcy wierzący w cuda, bazgrający po murach? Myślisz, że trochę spreju powstrzyma wielką, silną i bogatą korporację? A czy w tej bajce były smoki? – i zaśmiał się, trochę chwiejąc na krześle.
- Więc uważasz, że lepiej siedzieć z założonymi rękami i pozwalać im na łamanie naszych praw? Że nawet nie warto podejmować żadnych działań, tylko dlatego, że zdaje się, iż są z góry skazane na porażkę? – Enjolras mówił jeszcze donośniej niż zwykle, gestykulując zawzięcie.
- Tak właśnie uważam – odparł Grantaire krótko, nie przestając się łobuzersko uśmiechać.
- Twoim zdaniem lepiej machnąć na wszystko ręką i iść z prądem? – Zdawało się, że Enjolras zapomniał o istnieniu całej reszty. Postąpił krok do przodu, zaciskając pięści. I z jego oczu w tym momencie tryskały iskry.
- Kilka małych rybek płynących pod prąd nie zawróci ławicy. – Brunet wyszczerzył zęby. – W najlepszym wypadku zmęczą się i zawrócą. Po co więc w ogóle z tym walczyć?
- Dla wyższych celów. Dla przyszłości. – Enjolras oddychał ciężko, a krew szumiała mu w uszach. Już dawno nie czuł takiej pasji podczas spotkań. Ani też takiej złości. – Może w następnym pokoleniu zawróci trochę więcej rybek. Może w końcu doprowadzą do tego, że ławica popłynie pod prąd.
Grantaire przytrzymał głowę dłonią, podpierając się łokciem na stole. W jego oczach tańczyły nieokreślone iskierki.
- A może i nie – podjął. - Nie lepiej sobie odpuścić i cieszyć się życiem? Co, Apollo? – zaśmiał się pod nosem, błądząc wzrokiem po całej sylwetce blondyna.
Enjolras poczuł, jak gorąco wstępuje mu na policzki. Nie miało jednak nic wspólnego z zakłopotaniem. Był wściekły.
- Żałosne – warknął. – Teraz widzę, że to tylko pijackie bełkoty. Co ty w ogóle możesz wiedzieć?
Uśmiech Grantaire’a zbladł odrobinę.
- Wiem tyle – odparł, wzruszając ramionami niedbale – Wasze graffiti na gówno się wam zda. Równie dobrze możecie przestać się bawić w bohaterów i iść do domu. To nie Francuska Rewolucja.
Wtedy to właśnie Enjolras chwycił szklankę soku leżącą na stoliku obok i chlusnął jej zawartością prosto w twarz Grantaire’a.
- Ochłoń, przyjacielu – wycedził. – Na zewnątrz.
Brunet przejechał dłonią po twarzy, mrugając powoli. Spojrzał na Enjolrasa, mrużąc oczy i wzruszył ramionami, po czym wstał.
- Jak sobie życzysz, Apollo. Porywaj tłumy.
Gdy wyszedł, w całej kawiarni zapanowała grobowa cisza. Enjolras, dopiero po dłuższej chwili wbijania morderczego spojrzenia w puste już drzwi, przypomniał sobie o reszcie i rozejrzał się wokół. Marius szeptał coś do Courfeyraka, który lekko marszczył brwi, Eponine ukradkiem wyciągnęła z kieszeni telefon i zawzięcie coś na nim wystukiwała, Jehan wyglądał na przygnębionego, a Combeferre, jak zwykle, niezbyt zaskoczonego.
- To nie było zbyt miłe – mruknął w końcu Courfeyrac.
Enjolras zmarszczył brwi groźnie.
- Sam się o to prosił.
I na tym stanęło. Grantaire nigdy więcej nie odwiedził kawiarni Musain, a Enjolras całkowicie o nim zapomniał.

*

Grantaire nie zmienił się od ich ostatniego spotkania, tylko trochę urosły mu włosy, a z twarzy zniknął meszek ciemnego zarostu. Prawdopodobnie jednak była to tylko kwestia dnia.
Gdy tylko wszedł, pozamykał wszystkie okna i mocniej naciągnął prześcieradło na sztalugę. Z rozbawieniem przyjął fakt, że komuś chciało się „sprzątać te wszystkie butelki”. Enjolras stał przy kanapie, zbyt nabuzowany, żeby usiąść. Złote loki opadły mu na twarz nie z tej strony co zwykle, jeszcze mocniej odsłaniając podbite oko.
Brunet zdjął skórzaną, powycieraną kurtkę, przewiesił ją przez krzesło i wyciągnął puszkę piwa z lodówki. Zerknął na Enjolrasa przez ramię, jakby zastanawiając się, czy zaproponować mu coś do picia, ale parsknął śmiechem do swoich myśli i zamknął drzwiczki. Wyszedł zza blatu kuchennego, przysiadł na nim niedbale i otworzył puszkę, nie spuszczając z blondyna wzroku. Odezwał się dopiero po pierwszym łyku.
- Wystraszyłeś Sue – mruknął. Zdawał się być odrobinę bardziej trzeźwy niż na spotkaniu Protestu.
- Nie moja wina, że zapomniałeś uprzedzić swoją dziewczynę o przyjeździe nowego współlokatora – odparł Enjolras, mierząc go piorunującym wzrokiem.
-  To nie była moja dziewczyna – zaśmiał się Grantaire. Enjolras zamrugał.
- Więc czemu przyszła z tobą w nocy, do twojego mieszkania? – spytał, unosząc brwi.
Grantaire przez chwilę przyglądał mu się z lekko zmarszczonym czołem, po czym wymruczał pod nosem coś, co brzmiało jak „och, taki typ” i więcej nie podjął tematu ciemnowłosej Sue. Stali tak w ciszy, przerywanej tylko odgłosem przełykanego piwa.
- No, Apollo – powiedział w końcu Grantaire pogodnie, ignorując fale negatywnej energii bijące od Enjolrasa. – To teraz jesteśmy pod jednym dachem, co?
- Dopóki nie znajdę innej oferty, tak – odparł Enjolras godnie, krzyżując ramiona na piersiach. Grantaire przez chwilę przetrawiał tą informację.
- A mógłbym przysiąc, że ‘Ferre mówił coś w stylu „na stałe” i „zdesperowany” – uniósł brew.
- Nie wiedziałem, że chodzi o ciebie – wycedził blondyn.
- Daj spokój, Apollo. Widzieliśmy się raz w życiu.
- Ten raz mi wystarczył.
- Skreślasz mnie tak od razu? Nie zasługuję na drugą szansę? – Grantaire przekrzywił głowę, robiąc teatralnie smutną minkę. – Nie budzi się w tobie ochota na przemówienie sceptykowi do rozsądku?
Enjolras odwrócił wzrok na chwilę, zastanawiając się nad usłyszanymi właśnie słowami. Czy nie to powinien właśnie robić? Czy to nie tchórze niepewni swoich ideałów odwracają się plecami od krytyki, nie wchodząc w polemikę? Jak mógł oczekiwać pozytywnego odzewu tłumów jeśli nie potrafił wpłynąć na jednostkę?
- Tobie da się przemówić do rozsądku? – powiedział w końcu trochę zaczepnie, spoglądając na Grantaire’a tylko po to, aby odkryć, że ten ani na sekundę nie spuścił z niego wzroku. Brunet wzruszył ramionami nieznacznie.
- Kto wie, Apollo. Z tymi złotymi ustami na pewno masz więcej szans od innych.
Zgniótł opróżnioną puszkę po piwie i wrzucił ją do śmietnika, po czym otworzył lodówkę, aby sięgnąć po kolejną.

*

Gdy Enjolras, ubrany już i gotów do wyjścia, w pośpiechu popijał kawę, Grantaire z ręką przewieszoną przez oparcie kanapy spał jak zabity. Wcześniejszej nocy nie zdołali nawet ustalić, który z nich zajmie łóżko; blondyn poszedł wziąć prysznic, a gdy wrócił, współlokator spał już w najlepsze. A przynajmniej tak się zdawało.
Enjolras dopił kawę i zerknął na zegarek. Dochodziła ósma. Jego wykłady zaczynały się o dziewiątej, a z tego, co wyczytał na planie zajęć Grantaire’a… nie grzebał mu w rzeczach, te wszystkie papiery leżały na podłodze… on sam powinien już dawno być na nogach.
No ale przecież to sprawa Grantaire’a.
Blondyn narzucił na siebie skórzaną kurtkę i poprawił okulary. Zrobił kilka kroków w kierunku drzwi, odwrócił się na pięcie, przystanął, odchrząknął i skrzyżował ręce na piersiach. Przez krótką chwilę przyglądał się śpiącej postaci.
Niektórzy wyglądają zupełnie inaczej, gdy śpią. Zdają się być pełni spokoju i niewinności. Możliwe, że w przypadku Grantaire’a też tak było; Enjolras nie mógł tego stwierdzić, bo brunet wetknął twarz między poduszkę a oparcie kanapy. Jedyną widoczną i wyeksponowaną częścią jego ciała była w tym momencie szyja; opalona, z wyraźnym jabłkiem Adama, pokryta ciemnym meszkiem. Rzeczywiście, w przypadku Grantaire’a zarost był kwestią jednej nocy.
- Wychodzę – powiedział głośno Enjolras. Zero reakcji. – Wychodzę!
Grantaire zerwał się i usiadł tak szybko, że Enjolras ledwie zarejestrował ten ruch. Przez chwilę mrugał powoli, a na jego twarzy malował się wyraz bezbrzeżnego zdziwienia. Potem przetarł oczy i w końcu spojrzał na blondyna. Mina zmieniła mu się diametralnie. Westchnął boleśnie i z powrotem opadł na poduszkę.
- A wychodź se.
- Jest ósma.
- No co ty, serio?
- Masz wykłady za pół godziny.
Grantaire milczał przez chwilę, z rękoma wyciągniętymi nad głową tak, że przedramiona zasłaniały mu oczy. Przesunął lekko jedną z nich, żeby zerknąć na blondyna.
- Skąd wiesz?
Enjolras znów odchrząknął. Tracił na niego zbyt wiele czasu.
- Tak pisze na twoim planie – odparł.
- Przeczytałeś mój plan zajęć?
- Tak.
- Po co?
- Leżał na wierzchu.
- To nie była odpowiedź na moje pytanie, Apollo.
Blondyn przestąpił z nogi na nogę niecierpliwie.
- Wstajesz czy nie?
Grantaire znów zasłonił oczy i wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Nie.
- Świetnie – prychnął Enjolras. - Trochę tu posprzątaj.
Odwrócił się na pięcie i ruszył ku drzwiom wyjściowym. Jeszcze zanim zdążył wyjść z salonu, znów zatrzymał go dźwięk ochrypłego głosu współlokatora. Nic dziwnego, po ilości alkoholu, którą musiał wypić…
- Jest coś takiego jak podział obowiązków, Apollo – mruknął, powolnymi, leniwymi ruchami skopując z siebie koc.
- Zrobię obiad i kolację – Enjolras odwrócił się raz jeszcze, żeby na niego spojrzeć. Czekał na krótką reakcję, jakąś aprobatę, po której będzie mógł już spokojnie wyjść z całkowicie ustalonym planem dnia.
Grantaire, który już siedział, spojrzał na niego zdecydowanie bardziej rozbudzonym, ale dziwnie nieprzytomnym wzrokiem. Wyglądał jak po strzale pioruna, jasna koszulka podjechała do góry, szare dresy zjechały do połowy bioder. Enjolras zauważył ciemną ścieżkę włosów znikającą za gumką spodni. Odwrócił wzrok, porażony tą golizną.
Do tej pory mieszkał sam, zawsze, więc dopiero poznawał uroki dzielenia się swoją przestrzenią.
- Hę?
- Zrobię obiad i kolację. Jeśli to w porządku – wzruszył ramionami.
- Żartujesz? – Grantaire uśmiechnął się lekko i przeciągnął nieznacznie, przybierając dawną postawę. Koszulka podjechała jeszcze wyżej. – To zaszczyt.
Blondyn wywrócił oczami, ale nie wyglądał na zirytowanego ani zagniewanego. Skinął głową w kierunku współlokatora i, w końcu, wyszedł.

*

Tylko pierwszego dnia wspólnie zjedli posiłek. Enjolras nie wyrobił się z obiadem i przyniósł chińszczyznę, którą odgrzali w mikrofalówce. Jednak już na kolację przygotował spaghetti bolognese, za które został okrzyknięty aniołem. Lekki uśmiech, w którym uniosły się kąciki jego ust, starł serwetką.
Przez cały następny tydzień praktycznie się nie widywali. Gdy Enjolras wychodził, Grantaire jeszcze spał. Gdy blondyn wracał, tego albo już nie było, albo właśnie szykował się do wyjścia. Powroty bruneta zwykle przypadały w godzinach pomiędzy drugą a trzecią nad ranem; nie, żeby Enjolras czuwał. Po prostu tamten wracał tak zalany w trupa, że przy samym otwieraniu drzwi hałasował jak rozszalały słoń w składzie porcelany. A blondyn miał bardzo lekki sen.
Sypiali różnie, jak wypadło. Niekiedy to Enjolras zasypiał na kanapie, otoczony książkami i papierami, ale częściej zdarzało się to Grantaire’owi, z butelką w dłoni.
Nie mieli zbyt dużo czasu, żeby rozmawiać. Nie mieszali się we własne sprawy. A już na pewno nie Enjolras. Był tak zajęty swoimi własnymi obowiązkami, jak zwykle z resztą, że szybko zapomniał o istnieniu współlokatora.
Zdawało mu się, że ze wzajemnością.

*

Przypadek chciał, że Grantaire przypomniał mu o swoim istnieniu dość dobitnie.
Blondyn poczuł, że sen wykrada mu się spod powiek jeszcze przed zadzwonieniem budzika. Długo przed zadzwonieniem budzika. Bez wątpienia był środek nocy. Czy znów zasnął na kanapie? Niemożliwe, pamiętał dobrze, że położył się wcześniej i że kładł się w łóżku.
W pokoju było ciemno jak w grobie, a na posłaniu dziwnie ciasno i gorąco. Nie mógł jednak powiedzieć, że niewygodnie. Poruszył się nieznacznie, jeszcze bardziej rozespany niż cokolwiek innego. Nosem otarł się o coś twardego, ale gładkiego zarazem. Pachniało znajomo, intensywnie. Spróbował poruszyć nogami; były zaplątane w coś, co przypominało w dotyku inne kończyny.
Co było innymi kończynami.
Enjolras chciał podnieść ręce, ale były uwięzione między czymś twardym, muskularnym i bardzo nagim, a jego własnym ciałem. Skulonym, jak u ufnego dziecka.
Co do…?
Blondyn wypiął biodra do przodu i to okazało się bardzo nietrafionym pomysłem. Obiły się o inne biodra, a jego przeszła fala dreszczy, zimnych i gorących jednocześnie. Głośno wciągnął powietrze, a kołdra i plątanina kończyn, to wszystko poruszyło się leniwie, ale znacząco.
- Kto to?... – usłyszał ochrypły, zaspany głos Grantaire’a niebezpiecznie blisko swojego policzka. – Coeeest?
- Muszę… – wydusił z siebie z trudem. – Rusz się, muszę wstać…
Grantaire poruszył się gwałtowniej.
- Apollo? – wybełkotał. Ku wielkiej uldze i może nawet wdzięczności Enjolrasa w jego głosie nie było ani trochę kpiny czy rozbawienia. Zdawał się być równie zdziwiony jak sam blondyn.
- Rusz się, Grantaire.
- Czemu… śpisz… w moim łóżku? – Brunet widocznie miał zamiar się go posłuchać, bo przesunął się i zabrał ramię z, o zgrozo, jego talii. W tej chwili jego twarz znajdowała się tuż przy twarzy Enjolrasa, a oddech pachniał alkoholem i papierosami.
- To ty… się tu wpakowałeś. – Enjolras pospiesznie odplątał ich nogi i odsunął się.
Serce waliło mu jak młotem. Jego wzrok przyzwyczaił się do ciemności i ujrzał w końcu wyraz twarzy bruneta. Tamten wyglądał tak, jakby widział go po raz pierwszy w życiu.
- Ja… Kiedy…? – wymamrotał, najwidoczniej wciąż pod wpływem alkoholu. Jego ręka poruszyła się, poderwała do góry, zupełnie jakby chciał go dotknąć.
 Enjolras szybkim ruchem ściągnął z siebie kołdrę i wstał.
- Nie wiesz, co się wokół ciebie dzieje, gdy jesteś pijany – warknął, poprawiając koszulkę, która trochę podwinęła mu się na brzuchu. W przeciwieństwie do Grantaire’a, był raczej porcelanowy i gładki, no i miał zdecydowanie więcej wstydu.
Grantaire poruszał ustami jak rybka wyjęta z wody.
- Przepraszam – powiedział w końcu, marszcząc brwi nieznacznie.
Enjolras pokręcił głową. Rytm serca wrócił mu do normalności.
- Nie szkodzi. Śpij. Pójdę na kanapę.
Odwrócił się na pięcie i wyszedł z pokoju, czując wzrok bruneta na swoich plecach.

*

Z rana nie zamienili ani jednego słowa.
Enjolras wyszedł z mieszkania jeszcze szybciej niż zazwyczaj; czekał go naprawdę pracowity dzień i mnóstwo spraw do załatwienia. Ledwie Grantaire zwlekł się z łóżka i wymamrotał „dobry”, on zarzucił na siebie brudnoczerwoną, skórzaną kurtkę i praktycznie wybiegł na zewnątrz.
Nie spóźnił się na żadne z zaplanowanych spotkań.
Ostatnie, Protestu oczywiście, przeciągnęło się do późnej nocy. W drodze powrotnej do mieszkania Enjolras, błądząc myślami, uznał, że Grantaire prawdopodobnie zrobił sobie wolne po poprzedniej imprezie i nigdzie nie wychodził. Sam nigdy nie pił, nie miał pojęcia jakim uczuciem był kac, ale głęboko wierzył w to, że każdy ma swoje granice i choć odrobinę rozsądku.
Gdy w końcu dotarł na miejsce, starał się zachowywać jak najciszej tylko mógł. Była to jednak jedna z niewielu rzeczy, które nie zawsze szły po jego myśli. Przyzwyczajony do wygłaszania charyzmatycznych przemów, przeprowadzania widowiskowych bójek w imię swoich ideałów i ogólnie, emanowania zapałem, świecenia przykładem… Enjolras miał problem z byciem ostrożnym i subtelnym. W bardziej praktycznym tego słowa znaczeniu.
Idąc ciemnym korytarzem w kierunku salonu, chcąc nie chcąc emanował takim zapałem, że potknął się o buty i strącił książki ze stołu. Narobiło to dość sporo hałasu. Blondyn zacisnął zęby, mląc przekleństwo w ustach. Jednak nie doczekał się żadnej reakcji.
Zamrugał zdziwiony, zapalił światło i rozejrzał się po to, aby odkryć, że w salonie znajdował się on sam jeden. Wciąż, na tyle ostrożnie na ile potrafił, zakradł się do sypialni i zajrzał do środka; pusto.
- No cóż – mruknął sam do siebie, czując coś w rodzaju niesmaku na myśl o pijącym bez przerwy współlokatorze.
Ledwie zdążył przebrać się w luźne spodnie od piżamy i białą koszulkę, gdy zaskoczył go huk. Coś ciężkiego, prawdopodobnie ktoś, musiał całą siłą uderzyć we frontowe drzwi. Enjolras wywrócił oczami; nie musiał się długo namyślać nad tym, kto mógł wrócić w takim stanie.
Nawet nie miał zamiaru mu otwierać. Nie pierwszy raz spotykał się z taką sytuacją. Grantaire zawsze, z mniejszym lub większym trudem, dawał sobie radę.
- ‘Enjy…
Głos dochodzący zza drzwi brzmiał okrutnie nietrzeźwo i tak beznadziejnie rozpaczliwie, że Enjolras poczuł jakiś dziwny supeł zaciskający się gdzieś w jego wnętrznościach.
- Już idę – powiedział donośnie, w jednej sekundzie zmieniając zdanie o niepomaganiu idiotom, którzy własną głupotą zapracowali sobie na własny stan. Nie zmieniło to jednak faktu, że na myśl o nich czuł jedynie irytację.
- ‘Enjy, przepraszam, otwórz, pro…szę.
Grantaire nie zdążył nawet wypowiedzieć ostatniego słowa, bo blondyn przekręcił zamek i pociągnął za klamkę.
Pijany artysta klęczał na wycieraczce. Spodnie miał poplamione czymś ciemnym, pewnie jakimś trunkiem, a czarną bluzę niezapiętą i niedbale narzuconą na szarą koszulkę; właściwie to brakowało w niej znacznej części suwaka. Enjolras westchnął, gdy tamten uniósł na niego wzrok. Oczy mu się szkliły, policzki i nos miał czerwone, a ciemne włosy przyklapnięte i potargane. Widok był godny pożałowania.
- Nie jest ci głupio, Grantaire? – mruknął blondyn, krzyżując szczupłe ramiona na piersiach. I wtedy to zauważył.
Pojedyncza łza spłynęła po policzku bruneta, zupełnie jakby w odpowiedzi na jego pytanie. Enjolras zmarszczył czoło i rozluźnił ramiona, automatycznie postępując krok do przodu.
- Nawet… nie wiesz – wymamrotał Grantaire, chyba nie zdając sobie sprawy z tego, że płacze. Enjolras pochylił się nad nim i położył dłoń na jego ramieniu.
- Czemu…? – Pytanie o łzy niemal wymknęło mu się z ust, zanim pokręcił głową lekko, przypominając sobie, że wciąż znajdują się w progu. – Chodź. Chodź do środka. Dasz radę wstać?
Brunet skinął głową lekko. Gdy Enjolras przesunął dłoń z jego ramienia odrobinę niżej, aby chwycić mocno i podeprzeć go, błękitne oczy Grantaire’a śledziły jej ruchy, szeroko otwarte. A gdy artysta spróbował wstać, właśnie wtedy blondyn pomyślał słusznie, że jeszcze nigdy nie widział go aż tak pijanego.
- ‘Pollo, przepraszam… że musisz… patrzeć… - wybełkotał brunet i zgiął się w pół, po czym zwymiotował gwałtownie na granicy przedpokoju i salonu.
Enjolras nawet nie zdążył otworzyć ust; w ciągu kilku sekund pogarda, którą odczuwał na myśl o zalewającym się w trupa współlokatorze, zniknęła. Zwykle wyobrażał sobie jego uzależnienie od alkoholu jako coś żałosnego, brudnego. Zupełnie jak w przypadku ludzi, których był zmuszony oglądać w trakcie krótkich spacerów w barze, jeszcze w dawnym mieszkaniu.
A to… to wyglądało jak choroba. To było chorobą. I spowodowało, że poczuł współczucie. Instynktownie przykucnął przy wymiotującym brunecie i, wciąż otaczając go ramieniem, wolną dłonią odgarnął włosy z jego twarzy. Pod opuszkami palców poczuł krople potu wstępujące na jego rozgrzane skronie.
- Już dobrze? – spytał po dłuższej chwili, gdy Grantaire zdołał wziąć kilka głębokich oddechów. Pochylił się i wyczekująco spojrzał na jego twarz, ale tamten unikał jego wzroku. Skinął głową nieznacznie.
- Wczoraj… Przepraszam za wczoraj – wybełkotał, gdy znów udało mu się, przy pomocy Enjolrasa, przyjąć pozycję stojącą.
- To nic takiego – powiedział szybko blondyn, odrobinę dziwiąc się, że Grantaire wspomina akurat o tym w momencie, w którym jest całkowicie pijany.
Brunet czknął i machnął w kierunku łazienki. Enjolrasowi nie trzeba było więcej, żeby zrozumieć. Minął kanapę i, podtrzymując Grantaire’a, wszedł do małego, ciemnego pomieszczenia i ulokował go nad toaletą.
Przez cały czas, gdy Grantaire wymiotował, Enjolras trzymał dłoń na jego odsłoniętym karku. Kciukiem kreślił na spoconej skórze delikatne kółka, ze wzrokiem utkwionym w kafelkach na ścianie i dziwnym uczuciem gdzieś w środku.
Spędzili w łazience dobre pół godziny. Gdy Grantaire dał mu znak, że to już koniec, jego twarz była blada, jedynie policzki wciąż czerwone, a usta spierzchnięte. Pod oczami rysowały się sine cienie, a same oczy wciąż unikały wzroku Enjolrasa.
Na nogach trzymał się już odrobinę lepiej. Wciąż eskortowany przez blondyna, usiadł ciężko na kanapie i jęknął boleśnie. Nikomu nie wpadło nawet do głowy, żeby zapalić światło. Enjolras ściągnął mu buty, spodnie, pomógł uporać się z bluzą i zostawił na nim jedynie granatowe bokserki i szarą koszulkę, która, jakimś cudem, była tylko trochę przepocona, ale czysta. Są chwile, w których człowiek przestaje się czuć nieswojo na widok konkretnych ludzi w mniejszej ilości warstw ciuchów niż zwykle – to była jedna z tych chwil.
- Masz. – W końcu przysiadł obok niego i podetknął mu pod nos szklankę wody, którą chwilkę wcześniej napełnił. – Napij się.
Grantaire, niespodziewanie dla niego, parsknął śmiechem.
- Twoja niepodzielna uwaga to dla mnie taki zaszczyt, Apollo – powiedział z lekkim uśmiechem, przymykając oczy. – Ale co ja muszę robić, żeby ją zdobyć…
Enjolras nie miał bladego pojęcia o czym brunet w ogóle mówił. Podejrzewał, że on sam także nie ma.
- Napij się, musisz uzupełnić płyny – powiedział spokojnie, jak do dziecka.
Grantaire kontynuował, jakby go nawet nie usłyszał.
- Albo wpakowywać ci się do łóżka, albo zarzygać pół mieszkania… - Wciąż nieznacznie się uśmiechał, gdy to mówił, jednak nie był to wesoły uśmiech. – Albo podważać wszystko, w co wierzysz. Ale robię postępy.
Enjolras milczał, wciąż trzymając szklankę wody tuż przy ustach bruneta.
- Za pierwszym razem wylałeś na mnie zawartość szklanki. Za drugim po prostu wyszedłeś. A teraz dajesz mi szklankę. – Grantaire otworzył oczy i, w końcu, spojrzał prosto na Enjolrasa. Kącik ust uniósł mu się odrobinę w łobuzerskim uśmiechu. – Może następnym razem… ach… zostaniesz do rana?
- O czym ty…?
- Nie gorączkuj się, Apollo. Nie mam do ciebie wyrzutów. Ciężko o twoją uwagę, ogólnie. A szczególnie, gdy przemawiasz. A jeszcze bardziej szczególnie, gdy jest się mną…
Enjolras zamrugał. Co się do cholery w tym momencie działo? Nic nie rozumiał. Wypowiedział pierwsze, co przyszło mu do głowy.
- Tobie udało się odciągnąć moją uwagę za pierwszym razem, gdy pojawiłeś się na spotkaniu. Nie zapominaj o tym.
Może po prostu starał się go trochę pocieszyć?
Grantaire znów miał przymknięte oczy. Zaśmiał się raz jeszcze.
- Ach, ach… Uwierz, trzeba trochę więcej niż jedno spotkanie, aby zebrać się na odwagę i ci przerwać.
Tym razem Enjolras zrozumiał jeszcze mniej niż wcześniej.
- Czy ty właśnie tego… nie zrobiłeś? – powiedział cicho, marszcząc czoło.
Grantaire otworzył oczy i pokręcił głową.
- Byłem na sześciu poprzednich spotkaniach, Apollo – odparł jeszcze ciszej, nie spuszczając z niego dziwnie intensywnego wzroku. Enjolras poczuł, jak nagle robi mu się sucho w ustach, a na policzki wpełza gorąco. Odsunął się odrobinę.
Spotykali się dwa razy w miesiącu.
-  Chodziłeś na spotkania Protestu przez trzy miesiące? – wyszeptał. Nie miał pojęcia, czemu mówili coraz ciszej.
Może dlatego, że Grantaire zdawał się zasypiać.
- Każde słowo… Gdybym tylko mógł… - Brunet wyciągnął przed siebie dłoń i szczupłymi palcami malarza przesunął delikatnie po policzku Enjolrasa, ledwie zahaczając opuszkami o jego wargi. A potem ręka opadła mu na własne kolana i zasnął.
Enjolras przez chwilę klęczał tak przy nim bez ruchu, całkowicie zbity z tropu. W końcu jednak pokręcił głową nieznacznie i stwierdził, że najlepiej zrobi jak zapomni o tym dziwacznej wymianie zdań i posprząta wymiociny z progu.

*

Był już spóźniony.
To znaczy, teoretycznie jeszcze nie był; do rozpoczęcia zajęć zostało mu całe pół godziny. Ale sam dojazd na uczelnię zajmował czterdzieści minut, a stąd wniosek prosty. Enjolras był spóźniony.
Nie żeby zaspał. Wstał wyjątkowo wcześnie, nawet jak na siebie.
Ale to Grantaire wciąż spał. A on miał nadzieję się dowiedzieć (zakładając, że brunet przypomni sobie poprzednią noc), czy to prawda, że pamiętne spotkanie Protestu nie było pierwszym, w którym tamten wziął udział.
Nie miał sumienia, żeby budzić Grantaire’a. Jego uwadze nie umknęło jednak coś, co wydawało mu się ukradkowym spojrzeniem spod przymkniętych powiek, którym został obdarzony, gdy pakował papiery do torby.
Udając, że nic nie zauważył, skierował się ku wyjściu. Otworzył drzwi, tupnął nogą i zamknął je, wciąż pozostając w mieszkaniu. Wstrzymał oddech. Cóż, jeśli się mylił, wstyd mu będzie jedynie przed samym sobą, a to nie znowu takie najgorsze.
Nie mylił się jednak. Grantaire widocznie tylko udawał, że śpi, i czekał. Parę sekund po fałszywym wyjściu Enjolras usłyszał dźwięk koca osuwającego się z kanapy na ziemię i ciche jęknięcie. A potem kroki. Trzask drzwi. Szum wody.
Grantaire poszedł wziąć prysznic.
Enjolras spojrzał na zegarek i westchnął cicho. I tak nie wyrobi się już na pierwsze wykłady. Wrócił do pokoju, odłożył torbę na stół i usiadł na kanapie, po czym usadowił się wygodnie.
Po mniej niż kwadransie drzwi do łazienki otworzyły się, a do salonu wdarł się świeży zapach. Enjolras odwrócił się przez ramię.
- …O. – Grantaire zaczerwienił się lekko. Chociaż prawdopodobnie był to tylko efekt gorącego prysznica. W każdym razie, był całkiem nagi.
- …O! – Enjolras szybko odwrócił wzrok, a policzki zapiekły go mocno i bez wątpienia zrobił się czerwony. Nagość.  – Przepraszam, ja nie…
- Daj spokój – odmruknął brunet.
Kątem oka Enjolras widział go, idącego niespiesznym krokiem do sypialni. Nie wrócił się po ręcznik ani nic, czym mógłby się zakryć. Po chwili wrócił w koszulce i obdartych dżinsach. Na jego twarzy malował się nieznaczny uśmiech.
- Spóźnisz się.
- Pierwsze wykłady zostały odwołane. – skłamał blondyn.
- Hm. – Grantaire skinął głową i przechylił się lekko przez kuchenny blat, żeby pyknąć czajnik. – To fajnie masz.
Enjolras nie znalazł w tym żadnego sensu; w końcu brunet na swoje wykłady chadzał tylko wtedy, gdy mu się chciało. Nie miał więc mu czego zazdrościć.
-  Chciałbym porozmawiać o wczoraj… - powiedział po chwili ze wzrokiem utkwionym w plecach Grantaire’a, który całą swoją uwagę skupił na wsypywaniu kawy do kubka. – O tym, co mówiłeś.
Brunet jeszcze przez dłuższą chwilę stał tyłem i Enjolras mógł tylko zgadywać, jaki miał wyraz twarzy.
- Hm. No tak. Wczoraj. – W końcu zwrócił się w jego stronę. Znów uśmiechał się nieznacznie, ale odwrócił wzrok od razu, gdy ich oczy się spotkały. – O czym dokładnie chcesz porozmawiać, Apollo?
Enjolras pominął milczeniem ponowne użycie przezwiska, za którym nie przepadał.
- Z tego, co mówiłeś, wywnioskowałem, że chodziłeś na spotkania mojej organizacji przez całe trzy miesiące – powiedział, nie odrywając wzroku od Grantaire’a – To prawda?
- Najszczersza – odparł brunet, przekrzywiając głowę lekko. – Przecież bym cię nie okłamał.
- Więc jednak… część ideałów, które wyznaję, przemówiła do ciebie? – Tym razem to Enjolras był sceptyczny. I słusznie, bo Grantaire zaśmiał się w odpowiedzi.
- Nieszkodliwe bunty współczesnych rewolucjonistów? Nie kupuję tego.
Enjolras zazgrzytał zębami.
- W takim razie po co…?
Czajnik pyknął, a Grantaire znów odwrócił się do niego plecami, przerywając mu w pół zdania.
- Może w to nie uwierzysz, Apollo, ale zaraz muszę wyjść. Dzisiaj mam autentycznie coś ważnego do załatwienia na mieście. – Przeczesał dłonią jeszcze trochę mokre włosy i westchnął cicho. – Porozmawiamy wieczorem, co?
- Przypuszczam, że wieczorem nie będzie cię w domu – odpowiedział mu na to Enjolras. Oczekiwał zaprzeczenia.
Grantaire jednak pokiwał głową lekko, jakby w zamyśleniu.
- Racja. – Upił łyk kawy, która musiała być jeszcze wrząca, ale nawet się nie skrzywił. – Mam pomysł. Klub jest po drugiej stronie ulicy. Gdy ty wrócisz, wpadnij tam po mnie.
Enjolras parsknął śmiechem, chociaż niezbyt go to rozbawiło.
- Ty naprawdę myślisz, że tam pójdę? – prychnął i wstał, bo sam też musiał już wychodzić. To jest, jeśli chciał zdążyć na drugie wykłady.
- Hipokryta. Wierzysz w swoje cuda, nie wolno wierzyć mi w moje?

*

Nienawidził Grantaire’a.
Z każdym kolejnym krokiem nienawidził go coraz bardziej.
I z każdym kolejnym krokiem był coraz mniej pewien, czy bardziej nienawidzi samego Grantaire’a czy klubów.
Jeszcze będąc na ulicy skrzywił się i zwolnił kroku na dźwięk muzyki. Nieustannie powtarzający się, dudniący rytm ani trochę nie przypadł mu do gustu. Może nawet zrezygnowałby z wejścia do środka, gdyby nie spojrzenie jakim zmierzył go napakowany ochroniarz.
„Serio, idziesz tutaj? Jesteś pewien, że się nie pomyliłeś?” zdawało się krzyczeć.
A może to po prostu Enjolras był przewrażliwiony. W każdym razie sam odpowiedział trochę ponurym, ale dumnym wzrokiem… i wszedł do klubu.
Jeśli na zewnątrz irytująco dudniło, to teraz omal nie rozsadziło mu czaszki. Przez chwilę miał wrażenie, że traci równowagę; migające światła oślepiły go w momencie, w którym na kogoś wpadł. Powiedział „przepraszam”, ale muzyka zagłuszyła jego słowa na tyle skutecznie, że nawet sam ich nie usłyszał. Nie spodziewał się, że wnętrze będzie tak przestrzenne i zaludnione. I zamglone, trochę z winy papierosowego dymu, trochę z powodu sztucznej mgły. A przede wszystkim, tak przerażające.
Dobra mina do złej gry. Enjolras poprawił marynarkę i rozejrzał się. Jak on, do cholery, miał znaleźć w tej sodomie i gomorze Grantaire’a?
Zdołał zrobić kilka kroków (i obić się o parę osób), gdy ktoś położył mu dłoń na ramieniu. Odwrócił się i, z trudem, bo światła bez przerwy migały, rozpoznał w tej osobie Eponine. Dziewczyna uśmiechała się do niego szeroko, wyraźnie zaskoczona. On sam, chociaż w całym życiu zamienili może tylko trzy zdania, dawno nie poczuł takiej ulgi na widok kogoś znajomego.
Eponine przyjaźniła się z chłopakami, a szczególnie Mariusem, od bóg wie kiedy. Często przychodziła z nim na spotkania Protestu. Enjolras w szczególności zapamiętał ją z tego epizodu, w którym nadmuchała foliową torebkę i narobiła huku, żeby wszystkich uciszyć, bo Marius chciał coś powiedzieć na forum, ale zbyt się krępował.
On sam nie zauważał takich rzeczy, ale podsłuchał kiedyś, jak Courfeyrac i Combeferre rozmawiali między sobą o tym, że Eponine zawsze uważała Mariusa za kogoś więcej niż przyjaciela.
Może i coś w tym było.
- A jednak przyszedłeś! – wrzasnęła mu do ucha. Automatycznie pokiwał głową w odpowiedzi, ale od razu potem posłał jej pytające spojrzenie. – ‘Taire jest tu ze mną! I właśnie przegrał zakład. – Wyszczerzyła zęby i chwyciła blondyna za nadgarstek.
- Gdzie…? – zaczął, ale zrezygnował jako że dudnienie trzęsło nim tak, że nawet nie odczuwał wibracji własnych strun głosowych. 
- Był pewien, że nie przyjdziesz! – krzyczała Eponine i, jakimś cudem, Enjolras doskonale ją słyszał. – Co pijesz?
Dotarli do baru i brunetka usadziła go na wysokim stołku. Pokręcił głową.
- Nic, dziękuję – odparł głośno, a Eponine tylko parsknęła śmiechem, machnęła do barmanki i uniosła dwa palce.
Dziewczyna kiwnęła głową w odpowiedzi i zanim odwróciła się w kierunku półek z butelkami, zmierzyła Enjolrasa zainteresowanym spojrzeniem. Ten poruszył się nieznacznie na swoim stołku i odwrócił wzrok.
- Gdzie jest Grantaire? – spytał w końcu, pochylając się trochę do przodu. Eponine uśmiechnęła się nieznacznie i machnęła ręką w kierunku parkietu. Wyglądała inaczej niż zwykle, co dopiero teraz zwróciło uwagę Enjolrasa, zwykle zupełnie niepatrzącego na takie rzeczy. Dżinsy zmieniła na obcisłe, ciemne spodnie, a t-shirt na odważnie wyciętą bluzkę. Rozpuściła włosy, ubrała kolczyki i pomalowała oczy.
- Ale się zdziwi – powiedziała jakby sama do siebie. – Jest mi winny dychę. A w sumie… - Znów zwróciła się do blondwłosej barmanki. – Tą kolejkę zapisz na rachunek ‘Taire’a.
- Jasne! – odparła tamta i postawiła na blacie dwa kieliszki.
Enjolras obserwował jak Eponine bierze jeden z nich w dwa palce, unosi do ust i bez wahania wlewa w siebie jego zawartość. Skrzywiła się lekko, ale już po chwili na jej twarzy wykwitł rozbawiony uśmiech.
- No daj spokój! – zaśmiała się i lekko przysunęła drugi z kieliszków w stronę blondyna. – Trochę to potrwa zanim lowelas zwlecze się z parkietu.
Enjolras w całym swoim życiu pił tylko kilka razy, i to wino albo szampana. Nie chodziło tu nawet o jakieś specjalne zasady, które sobie narzucał; nie miał czasu na takie głupoty jak imprezy, a już na pewno nie miał czasu na odsypianie imprez.
Ale następnego dnia nie miał żadnych zajęć.
Westchnął krótko, sfrustrowany i, nie namyślając się dłużej, sięgnął po kieliszek, po czym wychylił jego zawartość. Eponine wyszczerzyła zęby w uśmiechu i wymieniła spojrzenia z jasnowłosą barmanką.
Na początku nie czuł nic. A potem zapiekło i rozpaliło mu żołądek. Skrzywił się, odkładając kieliszek z powrotem na blat.
- Masz mocną głowę? – spytała Eponine z zaciekawieniem. Wzruszył ramionami.
- Szczerze mówiąc, sam nie wiem.
Brunetka zacmokała i skinęła głową nieznacznie, a barmanka zabrała się za nalewanie następnych kolejek.
Grantaire wciąż się nie pojawiał. Enjolras nieustannie zerkał w kierunku parkietu, coraz bardziej zniecierpliwiony i… dziwnie rozgrzany. Może miało to coś wspólnego z faktem, że w klubie był zaduch, a on wciąż miał na sobie marynarkę… a może z piątym shotem, którego właśnie wypił.
Z każdym kolejnym wahał się coraz mniej.
Oblizał usta, bo trochę mu wyschły i ze zdziwieniem odkrył, że odrobinę zdrętwiał mu język. Testując to dziwne odczucie, oblizał wargi raz jeszcze. I, nie wiedzieć czemu, przypomniał sobie jak bardzo spierzchnięte usta miał Grantaire. To pewnie dlatego, że ciągle parzył je gorącą kawą i też ciągle oblizywał. I przygryzał.
- Gorąco tu – powiedział w końcu w przestrzeń i rozpiął guzik marynarki.
Eponine wymieniła szybkie spojrzenia z blondynką, po czym uśmiechnęła się do niego niewinnie.
- Zatańczymy?
Enjolras spojrzał na nią i chwilę zajęło mu przetworzenie w głowie tego, co powiedziała.
- Ja nie tańczę – odparł, chyba nawet trzeźwiejąc odrobinę ze stresu.
- Zdejmij to, bo się roztopisz. – Barmanka dołączyła do zabawy w niewinne uśmiechy, po czym zaczepnie pociągnęła za rękaw jego marynarki. – Schowam to u siebie za barem, żeby nikt nie zwinął.
Nie mógł kłócić się z taką logiką. Poza tym, było mu naprawdę gorąco. Wstał.
- Oj – wymamrotał, czując lekkie zawroty głowy. Jednak przeszły szybko, gdy tylko przytrzymał się krzesła.
Zdjął marynarkę i podał ją blondynce, uśmiechając się lekko. Teraz miał na sobie czarną koszulkę z dekoltem w „v”, na którą normalnie musiał koniecznie jeszcze mieć coś narzucone.
Ale okoliczności były inne, prawda?
Dopiero gdy zdjął z siebie marynarkę, poczuł intensywniej zapach koszulki. Musiała być w jednym praniu z rzeczami Grantaire’a, bo pachniała jak on. To znaczy, jak jego płyn do płukania. Jak jego mieszkanie. Ich mieszkanie.
Enjolras musiał wziąć głęboki oddech, bo coś dziwnie szarpnęło go gdzieś w dole brzucha. Przygryzł lekko wargę, odrobinę ciągnąc ją zębami, przypomniał sobie niegdysiejszą rozmowę z Courfeyrakiem na temat alkoholi. Po winie idę spać, po whisky śpiewam, a po wódzie mam chcicę jak stąd do Grenlandii.
Światła zawirowały mu w oczach.
- To co, idziemy tańczyć? – spytała Eponine, a on zawahał się. – Chyba widziałam tam gdzieś ‘Taire’a.
Zerknął w kierunku parkietu i uniósł brwi wysoko, a brunetka podążyła za jego spojrzeniem. Kłamała jak z nut, chciała po prostu denerwować potem Grantaire’a, chwaląc się miłym czasem, który spędziła z Apollem, o którym tyle nawijał, ale okazało się, że faktycznie, brunet pojawił się w zasięgu ich wzroku. Eponine westchnęła boleśnie.
- Jest, faktycznie – odezwała się rozbawiona barmanka, przecierając blat ścierką.
Enjolras, nie wiedzieć czemu, nie odrywał wzroku od parkietu. Światła migały mu prosto w twarz, sztuczna mgła zasłaniała tłum tańczących ludzi, ale blondyn nie stracił Grantaire’a z oczu ani na sekundę.
- To wasi znajomi? – spytał w końcu, widząc, że brunet tańczy w otoczeniu kilku osób, które zdawały się być tam z nim.
- Nie mam pojęcia kim oni są – powiedziała Eponine beznamiętnie – On pewnie też nie.
Enjolras nie mówił nic więcej.
Piosenka, która leciała w tym momencie, była odrobinę wolniejsza niż wszystkie poprzednie. Ale w żadnym wypadku romantyczna, nic z tych rzeczy. Dźwięki przeciągały się, wibrowały w uszach i właściwie w całej klatce piersiowej.
Ruchy bioder Grantaire’a doskonale wpasowały się w ten niespieszny, ponętny rytm. Tak samo jak ruchy bioder rudowłosej dziewczyny, która praktycznie wcisnęła mu odsłonięte kolano między nogi. Chociaż parkiet znajdował się w dość dużej odległości od baru, wyraz twarzy bruneta był z niej doskonale widoczny. Półprzymknięte powieki, rozchylone usta, wzrok utkwiony w oczach nieznajomej, która wsunęła mu dłonie za czerwoną koszulkę i przekrzywiła głowę zaczepnie, a rude włosy opadły jej na jedną stronę pleców. Enjolras przełknął ślinę.
- To co, Apollo, idziemy tańczyć? – podjęła Eponine po chwili, przyglądając mu się badawczo.
Enjolras skinął głową powoli. Nawet nie zwrócił uwagi na to, jak go nazwała. Idź do domu, krzyczał zdrowy rozsądek.
- Moment. – Odwrócił się w kierunku blondwłosej barmanki i, myśląc, że to jedyny poprawny sposób, aby zamówić shota, uniósł do góry palec.
Dziewczyna zaśmiała się uroczo i postawiła przed nim przelewający się kieliszek. Tylko Eponine zauważyła, że jest trochę większy, niż poprzednie. Enjolras wychylił jego zawartość z dziwną determinacją… wciąż nie wierzył w swoje możliwości taneczne… i ruszył za brunetką w stronę parkietu.
Piosenka, która w tym momencie brzmiała dla niego jak seks, trwała nadal. Nie żeby kiedykolwiek uprawiał seks. Ale gdyby miał jakoś brzmieć, według blondyna brzmiałby właśnie tak.
Nie protestował, gdy Eponine chwyciła go za rękę i wciągnęła w tłum tak, że znajdowali się teraz dosłownie dwa metry od Grantaire’a i jego „znajomych”. Brunetka przez dobre dwadzieścia sekund nie puszczała jego nadgarstka, za co był jej wdzięczny; łatwiej było mu wczuć się w rytm. Czy coś.
Enjolras tańczył. I chyba nie wyglądało to tak źle. A może nawet całkiem dobrze, wnioskując po szerokim uśmiechu Eponine. Dziewczyna wciąż była blisko niego, kręciła biodrami i nieznacznie ocierała się o niego nogami, ale nie przekraczała tej umownej granicy między wspólnym tańcem, a grą wstępną na parkiecie.
Blondyn miał wrażenie, że powoli, metodycznie, przesuwają się w pewnym kierunku. I okazało się, że miał rację; już po chwili tańczył niemalże twarzą w twarz z rudowłosą. To znaczy, tuż za plecami Grantaire’a, którego dłonie bezwstydnie wędrowały po jej udach. Czuł ciepło bijące od jego pleców.
Eponine uśmiechnęła się do bruneta pogodnie, gdy ją zauważył. A potem, bez ostrzeżenia, chwyciła Enjolrasa za rękę i przyciągnęła do siebie posesywnie.
Teraz zdecydowanie przekroczyła tą granicę, której wcześniej strzegła. Ale on nie protestował. Może to przez te shoty, może przez coś innego. Któraś część jego umysłu dobrze wiedziała, że Grantaire jest tuż obok niego. Chyba nawet usłyszał coś, co brzmiało jak jego głos, stłumiony, pytający. Ale nie miał zielonego pojęcia, co powiedział.
Piosenka ciągnęła się i ciągnęła. Enjolras instynktownie położył dłonie na biodrach Eponine i zaryzykował spojrzenie w bok; rudowłosa podrygiwała trochę niezręcznie, przyglądając się swojemu jeszcze-przed-chwilą partnerowi, a on… nawet nie starał się udawać, że tańczy. Stał jak kołek, z szeroko wytrzeszczonymi oczami, patrzył to na blondyna, to na przyjaciółkę.
Enjolras poczuł coś w rodzajów wyrzutów sumienia. Chociaż, musiał przyznać, zmieszanych z innym, dość satysfakcjonującym uczuciem.
Zdjął dłonie z bioder brunetki i cofnął się o krok. Zachwiał się lekko i częścią pleców uderzył w ramię Grantaire’a, wciąż patrząc na niego z ukosa. Brunet automatycznie, jakby bojąc się, że tamten upadnie, położył dłoń na jego plecach. Enjolras wzdrygnął się. Jednak nie przestał kiwać się lekko w rytm tej pulsującej piosenki, więc i Grantaire po chwili zaczął robić to samo. Wyglądał jakby chciał coś powiedzieć, ale chyba zrezygnował.
Rudowłosa widocznie też, bo już kleiła się do kogoś innego. Eponine bujała się tuż obok nich, ale patrzyła gdzie indziej.
Złapanie wspólnego rytmu zajęło im tylko krótką chwilkę. Blondyn początkowo chciał odwrócić się przodem, ale stwierdził, że tańczenie w ten sposób… no i dłoń, która wciąż spoczywała na jego plecach… naprawdę mu się podoba.
Z tym, że już po chwili ta dłoń musiała znaleźć sobie inne miejsce. Enjolras odrobinę odchylił głowę; nie widział już Grantaire’a, ale tego charakterystycznego zapachu nie pomyliłby z żadnym innym. W końcu i jego koszulka tak dziś pachniała. Postąpił dosłownie ćwierć kroku w tył i to starczyło. Jego plecy, przecież okryte tylko cienką warstwą materiału, przyległy do klatki piersiowej Grantaire’a. Nie czuł bicia jego serca; muzyka dudniła zbyt mocno.
Zastanawiał się, czemu brunet zdaje się nie wykazywać własnej inicjatywy. W końcu nie miał żadnych oporów, gdy tańczył z tamtą dziewczyną. Teraz zdawał się jedynie iść śladami Enjolrasa, który przecież nie miał zielonego pojęcia co wyprawia; czy robił coś źle?
Ale w końcu poczuł delikatny, ostrożny dotyk szczupłych palców gdzieś w okolicach żeber, a na uchu ciepły oddech… i wzdrygnął się znowu. Gdyby nie był po sześciu shotach wódki, może fakt, jak bardzo mu się to podoba, zacząłby go martwić. Zakręcił biodrami raz, drugi; Grantaire powtórzył te ruchy i całymi dłońmi chwycił go w talii.
Jednak te dłonie nie były stałe. Nieustannie się poruszały, nie mogły znaleźć sobie miejsca. Delikatnie przesuwały materiał jego koszulki między palcami, jakby wahając się przed zrobieniem czegokolwiek więcej. Enjolras, ze wzrokiem utkwionym w nieokreślonym punkcie, oblizał usta, czując na języku posmak wódki. Wciąż był lekko zdrętwiały. Odchylił głowę pod kątem tak, że czubek nosa bruneta musnął jego żuchwę. Przyległ do niego jeszcze ściślej.
Wcześniej czuł się całkiem przyjemnie, teraz zaczęło robić mu się naprawdę, naprawdę dobrze. Sam nie wiedział jak to określić. Może dlatego, że nigdy nie wypił aż tyle… albo że jeszcze nie dotykał się z nikim w taki sposób.
Grantaire ostrożnie przesunął nosem wzdłuż jego żuchwy i… och. To chyba… to zdecydowanie były jego usta. Zaledwie muśnięcie warg, gdzieś pod uchem, ledwie wyczuwalne, jakby sam brunet bardzo się starał, żeby takie było. Enjolras poczuł dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa. Zdrowy rozsądek już nic nie krzyczał, bo zniknął tam, gdzie trzeźwość.
I tym razem, gdy Enjolras zakręcił biodrami, zrobił to odważniej. Tak mu się przynajmniej zdawało. Grantaire nieznacznie naparł do przodu, a jego dłonie powoli, sprytnie przesunęły się dalej, na biodra i podbrzusze blondyna.
Enjolras nie zdołał powstrzymać cichego jęknięcia, które zdziwiło jego samego chyba jeszcze bardziej niż bruneta. Nie wahając się długo, bo naprawdę miał ochotę to zrobić, uniósł własne dłonie do otaczających go rąk Grantaire’ a i przesunął palcami wzdłuż jego przedramion. Gdyby dwa dni wcześniej przypadek nie umieścił by ich w jednym łóżku, ciało przy ciele, zdziwiłby się czując, jak bardzo skóra artysty jest delikatna. Tamten, jakby to w ogóle było możliwe, przyciągnął go do siebie jeszcze bliżej i przycisnął usta do delikatnej, nigdy nie naznaczonej skóry na jego szyi.
Już prawie nie tańczyli. Jeden napierał do przodu, drugi do tyłu; jeden wodził ustami tam, gdzie tylko dosięgnął, zostawiając za sobą delikatne, czerwone ślady, drugi desperacko łapał powietrze, odchylając głowę tak bardzo jak tylko mógł. Dłonie Grantaire’a przesunęły się wyżej. Enjolras swoje uniósł tak, że palce zawadziły o policzki bruneta, wplątały się w jego włosy, przyciągając go bliżej, jeszcze bliżej.
I nagle, niespodziewanie, opuścił ręce, chwycił go za nadgarstki i odwrócił się. Zupełnie jakby chciał sprawdzić, czy to naprawdę Grantaire robił to z nim przez cały ten czas.
Utkwił wzrok w błękitnych, szeroko otwartych oczach, których źrenice były rozszerzone z pożądania. Oddech, który wcześniej czuł w okolicach ucha, teraz owiewał jego usta i pachniał jak whisky.
Zdawał sobie sprawę, że jego trzeźwa wersja uciekałaby gdzie pieprz rośnie.
Z tym, że jego trzeźwa wersja często odmawiała sobie przyjemności. Nawet jej nie znała. A na pewno nie tego typu.
Nie patrzyli na siebie zbyt długo. Tłum, tylko sobie znanym sposobem, wypchnął ich z parkietu. Nie zatrzymali się jednak.
Grantaire zacisnął palce wokół nadgarstka blondyna i szedł teraz bóg wie gdzie, a światła migały i dźwięk dudnił w uszach. Tylko że tym razem to był puls.
Kilkanaście sekund i już nie było ich w klubie.
- Apollo zostawił marynarkę – mruknęła barmanka, widocznie rozbawiona.
Eponine machnęła ręką.
- Przynajmniej jej nie rozerwą. Martwię się o tą ładną koszulkę.

7 komentarzy:

  1. Ksiazki nie czytalam ale wprowadzienie i samo opowiadanie ciekawe. Ksiazke przeczytam bo strasznie interesujca z tego co napisalas. Imiona to maja wymyslne xd. A tak w ogole przepraszam za brak polskich znakow, pisze z telefonu. Bedzie jakies inne opowiadanie z tego fandomu? No i jeszcze czekam na cos z phi brain, szczegolnie na gammon x kaito. Moj ulubiony pairing. Oni do siebie idealnie pasuja. Przepraszam ze tak krotko. Jak wbije na kompa to moze napisze cos dluzszego. Weny zycze :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję!! tak, będą jeszcze dwie części tego i dwa one shoty :)
      imiona są francuskie, bo i książka francuska - Grantaire czyta się Granter a Enjolras - coś w stylu Ążolras. XD

      Usuń
  2. Przeczytałam to wczoraj trzy razy i za każdym razem mi się podobało :) Napisałam wczoraj komentarz, ale niestety nie przetrwał, bo laptop się rozładował ;/. Jestem teraz tak zauroczona tym tekstem, tą parą, że chyba muszę bliżej zaznajomić się z pierwowzorem.
    Szczerze mówiąc planowałam to już wcześniej, ale jakoś nie miałam zapału. Ale mam pytanie, bo ja mam w domu egzemplarz dwutomowy (przeszedł z dziadka, niby całość) i martwię się, że to nie jest pełna wersja (bo w oryginale jest chyba 5). Mówisz, że się tym interesujesz, więc może będziesz wiedzieć. Gdzieś na forum wyczytałam, że tłumaczenia po polsku są wybrakowane. Znasz jakieś pełne wersje? Jeśli tak to jakiego wydawnictwa? Z góry dzięki za odpowiedź
    A co do tekstu, to naprawdę mi się bardzo spodobał. Nie mogę się doczekać następnych części i tych one shotów. Czytało mi się naprawdę przyjemnie, szybko, a gdy skończyłam to czułam straszny niedosyt (więc czytałam kolejny raz)
    Cóż ja mogę jeszcze napisać? Po prostu uważam, że masz naprawdę ogromny talent i cieszę się, że trafiłam na tego bloga. Reszta twoich tekstów jest również genialna.
    Pozdrowienia i życzę weny :)
    PS: Dobrze wiedzieć, jak się imiona czyta. Ale i tak wolę Apollo od Enjolras :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Cholera, to było słodkie! :D dobrze, że sobie przypomniałam twojego bloga! teraz to będę jedną z fanek i będę czekała na kolejne notki! dawaj więcej!

    kunoichi

    slodkiswiatyaoi.blox.pl

    OdpowiedzUsuń
  4. To było świetne. Ty jesteś świetna.
    Brawo.
    Nie wierzę, że ktoś wreszcie napisł TEN paring.
    Grantaire i Enjolras to moje OTP. Są cudowni i to naprawdę piękna para.
    Kurde, nie mam się do czego przyczepić...
    Plus za styl, plus za treść, plus za pomysłowość.
    Werdykt: ocena celująca.
    Nic nie dodam, niczego nie skryrykuję i poważneie zaczynam się zastnawiać czy nie praktykować kultu Twojej osoby.
    Jeszcze raz gratuluję bo to kawał dobrej roboty.

    A tak wogule to witam. Jestem czytelniczką od jakiegoś czasu i chyba dopiero traz komentuję :3

    ~ Kyõko Namie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Pewna persona wysoce panią autorkę zachwalała, pozwoliłam więc sobie zajrzeć na bloga i przejrzałam listę opków. Znalazłam jeden paring, który lubię, ale za to jaki!
    Wymagania mam duże, to opowiadanie jest całkiem niezłe. Może trochę niezdarne, ale przez to bardziej wiarygodne. Całkiem nieźle napisane, błędów merytorycznych itp, nie zauważyłam.
    Tylko ochrzaniam za studiowanie plastyki. Plastyki uczy się dzieci w podstawówce. W gimnazjum ewentualnie. A studiować można sztukę.

    OdpowiedzUsuń
  6. TRUDNO MI OPISAĆ CO TERAZ CZUJĘ ALE JEST 0:40, SIEDZĘ NA ŁÓŻKU Z 2 INNYMI DZIEWCZYNAMI, CZYTAMY TO I UMIERAMY. TEN TEKST JEST WSPANIAŁY. O BOŻE. MAM NADZIEJĘ ŻE JEST JUŻ TEGO 2 CZĘŚĆ BO NIE MOGĘ SIĘ DOCZEKAĆ. O BOŻE. TO OPOWIADANIE JEST LEPSZE NIŻ 90% TYCH KTÓRE CZYTAŁAM, A CZYTAŁAM ICH WIELE. Gratuluję ci, jesteś wspaniała. Nigdy nie przestawaj. Nigdy.

    OdpowiedzUsuń