we, fujoshis

yaoinfo

fanpejdż: ~klik~
mój numer gg: 37209209
mój kanał na youtube: ~klik~

niedziela, 23 grudnia 2012

Kokardka. Sterek Xmas fanfic. [Teen Wolf] / Wróciłam~

Czeeeeeeść! Lubicie Teen Wolfa? Oglądacie w ogóle? Mam nadzieję. A jeśli nie, to zacznijcie, bo nie dość, że ogólnie świetne, to jeszcze gejny raj. I wcale, a wcale ten fanserwis nie przeszkadza, a postacie nie są płytkie.
Wesołych Świąt, miśki!
..btw, troszkę spolszczyłam tradycję w tym fiku, ale ja piszę, więc mogę.

__________


W Beacon Hills spadł śnieg. Zrobiło się bardzo, bardzo świątecznie. Nie tylko ze względu na rzeczony śnieg i światełka, i nastrojowe piosenki, które było słychać z każdej strony. Te cuda zaczęły się mniej-więcej w połowie listopada, jak każdego roku z resztą. Nic nowego.
            Rzecz w tym, że tego roku, na tydzień przed Bożym Narodzeniem, w powietrzu unosiło się coś więcej, niż drapiący dym i… hm, zapach ryb i przypalonych pierniczków. To, co wypełniało płuca z każdym wdechem, zdawało się rozchodzić po całym ciele przyjemną obietnicą; wydech był jedynie ulotnym kłębkiem białej, gęstej pary. A przynajmniej takie wrażenie odniósł Stiles Stilinski, gdy tuż przed „Sto Drobiazgów i Jeszcze Jeden”, znanym także jako „Gdy Już Naprawdę Nie Masz Pomysłu Na Świąteczny Prezent”, wyrżnął orła, lądując na plecach, z wzrokiem utkwionym w czarnym, rozgwieżdżonym niebie.
            Na krótką chwilę zaparło mu dech w piersiach, więc, kiedy w końcu udało mu się odetchnąć, powietrze rzeczywiście sprawiało wrażenie przyjemnej obietnicy. Tego, że może uda mu się wstać. I że nie połamał sobie żeber, skoro nie boli aż tak bardzo.
            - Głowa cała, młody?
            Stiles zamrugał, gdy widok przysłonił mu czyjś wielki, kudłaty łeb. Oddech fałszywego Mikołaja był zdecydowanie zbyt realistyczną i całkowicie pozbawioną świątecznego nastroju obietnicą puszczenia pawia. Ho, ho, ho, wesołych Świąt i smacznej sardynki…
            - Taaak – odparł, starając się w ogóle nie oddychać, co podczas mówienia było dość trudne. – Tylko… te… aniołki w śniegu sobie robiłem.
            Miłośnik sardynek, o dzięki, gwiazdkowy duchu, tylko pokręcił głową, wyprostował się ociężale i odszedł straszyć dzieci, a Stiles mógł w końcu odetchnąć. I wstać.
Strzepnął śnieg z czerwonej bluzy, już czując, jak na plecach robi się mokra, poprawił tego samego koloru czapkę z pomponem, która podczas upadku nasunęła mu się na jedno oko, potarł o siebie dłonie, chuchając na nie kilkakrotnie i wszedł do sklepu.
            Przez chwilę zdawało mu się, że słyszy dzwoneczki i pomyślał, że to przez upadek coś dzwoni mu w głowie; dopiero, gdy drzwi zamknęły się za nim i wiatr przestał szumieć, zorientował się, że to po prostu cicha melodyjka dobiegająca z radia. Czyli z jego głową wszystko w porządku… a przynajmniej nie gorzej, niż zwykle.
            Zamrugał kilkakrotnie i uśmiechnął się czarująco do młodej ekspedientki. Ona w odpowiedzi uniosła idealnie wyregulowaną brew i wróciła do czytania jakiegoś plotkarskiego magazynu. Odchrząknął, potuptał w miejscu kilkakrotnie i ruszył na spacer pomiędzy półkami. Ze wszystkich stron patrzyły na niego pluszowe misie w szalikach z włóczki, małe, czekoladowe Mikołajki zapakowane w sreberka, porcelanowe aniołki, (z których jeden miał wątpliwe szanse trafienia w czyjeś ręce, bo jego mała, biała główka była odłamana i luźno położona na szyjce, przekręcona o sto osiemdziesiąt stopni) bałwanki-świeczki i co on do cholery ciężkiej może kupić dla Allison?!
            Normalnie zostawiłby takie rozważania Scottowi, który z resztą prezent dla swojej dziewczyny miał już spakowany jakoś od połowy kwietnia?, ale nauczyciele wymyślili sobie, że każda klasa zagra w sekretnego Mikołaja. Mikołaj przestał być sekretny trzy sekundy po wylosowaniu nazwisk i wszyscy jako-tako między sobą uzgodnili to, co kupią. Stiles nawet nie liczył na nic przyjemnego: jego nazwisko wylosował Jackson.
            Zazgrzytał zębami, utkwiwszy wzrok w długich, kolorowych lizakach. „Kup cokolwiek, Stiles, przecież mnie znasz!” Jakby to było takie proste. Pytał Scotta, ale jego odpowiedź była bardzo podobna do tej, której udzieliła Allison. Oni w ogóle zgadzali się prawie we wszystkim.
            - Mogę jakoś pomóc?
            Coś znajdującego się tuż za półką wypełnioną słodyczami musiało skłonić zaczytaną ekspedientkę do ruszenia się z miejsca.
            - Nie trzeba.
            Stiles zamarł. Może jednak z jego głową nie do końca wszystko w porządku? Wyjrzał ukradkiem zza półki ze słodyczami po to, żeby ujrzeć nieco rozczarowany wyraz twarzy dziewczyny w świątecznym uniformie i… zawadził łokciem o małe wieszaczki, na których wisiały lizaki i paczuszki z cukierkami. Wszystko pospadało i narobiło ogromnego hałasu.
            - Uuuuups. – Chłopak pochylił się szybko. Trochę za szybko; drugim łokciem strącił felernego aniołka, którego główka potoczyła się pod półkę.
            - Teraz będziesz musiał to kupić – mruknęła ekspedientka, odwracając się w jego kierunku, wskazując długim, świątecznie czerwono-białym tipsem w miejsce, w którym zniknęła główka.
            On jednak, wciąż komicznie zgięty, zerknął na stojącego tuż obok niej, wysokiego, ciemnowłosego mężczyznę w skórzanej kurtce.
            - Stiles.
            - Siemasz, Derek.  
           
*

            W końcu Stiles kupił Allison prezent. Bezgłowego aniołka. Miał nadzieję, że doceni ona jego poczucie humoru, w przeciwieństwie do Dereka, który spojrzał na niego wzrokiem jeszcze bardziej ponurym niż zwykle, gdy Stiles wspomniał o dopisku „straciłem dla Ciebie głowę”. No hej, przecież to było genialne!
            Spojrzeniem jeszcze bardziej ponurym i może odrobinę złowróżbnym został zaszczycony, gdy żartobliwie przypomniał o miłości psów do śniegu. Derek nie wyglądał na zadowolonego ani z powodu tego, że dookoła było biało, ani tego, że znajduje się w towarzystwie Stiles’a. To drugie nie było jednak raczej żadną nowością, więc nie doczekało się komentarza.
            - Mogę cię o coś zapytać? – zagaił w końcu Stiles, nie mogąc powstrzymać ciekawości.
            - Nie – padła oczywista odpowiedź. Młodszy chłopak już otwierał usta, żeby zadać pytanie, co miał w planach niezależnie od uzyskania zgody i co obaj dobrze wiedzieli, ale śliski krawężnik zarządził krótką przerwę, zmawiając się z przemokniętą sznurówką. Gdyby nie stojący tuż obok człowiek-opoka, spotkanie z płytkami chodnika byłoby zdecydowanie bardziej bolesne od poprzedniego.
            Prawie-upadek nie był romantyczny ani nic z tych rzeczy. Wręcz przeciwnie. Noga Stiles’a wygięła się pod śmiesznym kątem, a do oczu napłynęły mu łzy, bo klatka piersiowa Dereka Hale nie była wymarzonym miejscem, w które chciałbyś z rozpędu uderzyć twarzą. Mężczyzna podtrzymał go ramieniem, chwytając jego bluzę całą garścią, tak, że podjechała po sam pępek. Stiles najpierw ostrożnie chwycił go za przedramiona, a potem wyprostował się. I sprawdził, czy jego nos jest cały. A potem zorientował się, że dłoń Dereka wciąż spoczywa na dolnej części jego pleców.
            - Jednak lepiej – mruknął Derek, patrząc na niego z góry i Stiles mógłby przysiąc, że w jego oczach błysnęła iskierka rozbawienia – nie zadawać mi pytań.
            - Tak jest. Pojąłem.
            Poza tym, nie musiał pytać. Domyślił się, że Derek chciał po prostu kupić jakieś drobiazgi dla swojej nowej watahy. I, może trochę wbrew sobie, uznał, że to dość urocze.

*

            Gdy Stiles z dumą pokazał Scottowi bezgłowego aniołka, ten najpierw poklepał go po ramieniu, a potem wyciągnął z plecaka małą paczuszkę.
            - Daj jej to. Zestaw do polerowania strzałek.
            Stiles zawsze powtarzał każdemu, kto tylko chciał go słuchać, że Scott to świetny przyjaciel.
             
*

            - Nnno!... Święta.
            Isaac spojrzał na niego z lekko uniesioną brwią. Stiles odchrząknął i przejechał dłonią po karku.
            - Taaak – mruknął wilkołak, nie spuszczając z chłopaka wzroku. – Aż tak nie możesz się doczekać? – spytał w końcu, widocznie litując się nad biedactwem, które rozpoczęło rozmowę i nie miało najmniejszego pojęcia jak kontynuować.
            - Co? Pewnie. Jak zawsze. – Stiles w końcu wziął się w garść. – Wiesz… Czego tu nie ma do kochania? Rodzina… Może.. wataha… - Isaac uniósł brew jeszcze wyżej. – Ahem. Prezenty. No wiesz, tradycja… Uwielbiam tradycję. Tradycja jest świetna.
            - Tak przypuszczam. – Tym razem Lahey zmarszczył czoło, odrobinę przekrzywiając głowę.
            - W tym roku wakacje z wilkami, hę? – Stiles sprzedał mu kuksańca, udając, że nie czuje bijącej od niego na kilometr konsternacji tym nietypowym, nawet jak na niego, zachowaniem. – Będziecie... wyć kolędy i polować na dwanaście potraw? – zaśmiał się i odchrząknął, widząc, jak bardzo Isaac jest nie rozbawiony. – Sorki.
            - Szczerze mówiąc – odparł tamten po chwili, patrząc z powrotem na swój nietknięty lunch – nie mam pojęcia. Może.
            - Więc nie wiesz, jak spędzacie Święta? – Stiles wciąż naciskał. – No daj spokój, wasza majestatyczna Alfa na pewno coś wspominała. Popatrz na gościa. Świąteczny jak aniołek nabity na choinkę. Na pewno coś mówił.
            Isaac w końcu się roześmiał.
            - Serio, Stiles, nie pamiętam. – Wyciągnął widelcem kawałek pomidora ze swojej sałatki. – A ty jak spędzasz Święta?
            - Hm? Och. W domu.
Sam. Bo szeryf Stilinski miał być w pracy. Zwykle udawało mu się załatwiać sobie wolne na Święta, ale tym razem nie miał tyle szczęścia.
            Ale to nieważne; były już przeprosiny, więcej, niż jedne, Stiles pogodził się z faktem, że tegoroczna Gwiazdka będzie rozczarowaniem. Teraz chciał się tylko upewnić, że nie będzie rozczarowaniem dla Dereka, który prawdopodobnie kupił swojej watasze prezenty, planował coś i najwyraźniej nie miał niczego otrzymać w zamian.

*

            - Święta czas pokoju, hę? – zaśmiał się Stiles, tykając Scotta w ramię. Obaj byli w trakcie wyciągania swoich sekretnych paczek z szafek, bo już na następnej lekcji miała się odbyć cała ceremonia rozdawania. – Oby nie wrzucili ci tojadu do bigosu…
            Scott wraz ze swoją mamą mieli spędzić Święta u Allison. Już sama wizja siedzenia przy wigilijnym stole z rodziną swojej dziewczyny, bycia ocenianym i przeszywanym wzrokiem, jak zwykle, stresował Scotta wystarczająco. Dlatego po komentarzu Stiles’a wyglądał autentycznie jak skrzywdzony szczeniaczek.
            - Dzięki, stary.
            - Ja nic nie insynuuję, tylko delikatnie sugeruję ostrożność. – Stiles pokiwał głową, nie czując się ani trochę winny. – Hej. Słuchaj.
            A że Scott był jego najlepszym przyjacielem, Stiles nie musiał bawić się w „spróbujmy wyciągnąć jak najwięcej informacji, zadając jak najmniej pytań”. Dlatego po prostu zapytał go, czy wie coś o świątecznych planach watahy.
            - Nic a nic. – McCall wzruszył ramionami. – Myślisz, że Derek jest świątecznym typem?...
            - Myślę, że stara się być – westchnął Stiles. – Wpadłem na niego w tym sklepie z duperelami, gdy szukałem prezentu dla Allison. Wygląda na to, że coś planuje. Może nawet coś im kupił. W końcu można powiedzieć, że to jego rodzina, nie? 
            - Wow. – Scott wyglądał na zaskoczonego.
            - Nie żebym jakoś specjalnie się o niego martwił – powiedział Stiles niedbale, wyciągając paczuszkę z szafki - ale gdy urządzi im wilcze Święta, a oni nawet nie pofatygują się do tej jego rude… no, do niego do domu, możemy mieć coś w stylu krwawych walentynek w wersji Bożonarodzeniowej. A tego nie chcemy. Ale z drugiej strony… co mogłoby ucieszyć takiego Dereka? Jego w ogóle da się ugłaskać?
            Scott odchrząknął i wzruszył ramionami, odwracając wzrok.
            - A bo ja wiem?
            - Wow, nie wierzę. Totalnie to zrobiłeś. – Stiles pokręcił głową powoli, przyglądając się przyjacielowi z lekko rozchylonymi ustami.
            - Zrobiłem co? – Scott spojrzał na niego dosłownie na ułamek sekundy, po czym znowu skupił wzrok na szafkach.
            - Znowu to zrobiłeś! – Stiles lekko uderzył go w ramię, a Scott przygryzł wargę. – Wzrokowy unik. Wiesz o czymś i nie chcesz mi powiedzieć…
            - Nie!
            - Zaprzeczyłeś o jakieś trzy sekundy za szybko, żebym mógł to wziąć na poważnie. – Stiles zamknął szafkę i skrzyżował ramiona na piersiach. – No, mów.
            W tym momencie zadzwonił dzwonek.
            - Chodź, chodź, bo się spóźnimy! – i Scotta już nie było.

*

            Ignorując wyczekujące spojrzenie Jacksona, Stiles postanowił otworzyć swoją paczkę dopiero w domu. Nie miał zamiaru narażać się na… cokolwiek, a poza tym miał wrażenie, że w małym, owiniętym niebieskim papierem pudełku coś się rusza. Odłożył je na najdalszy brzeg ławki i odwrócił tyłem, w kierunku Eriki, która leniwie rozwiązywała czerwoną kokardkę swojej zgrabnej paczuszki. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się, jeden kącik ust unosząc odrobinę wyżej.
            - Martwisz się czymś? – spytała niewinnie, owijając czerwoną serpentynę wokół palca. Stiles wywrócił oczami i machnął głową w kierunku leżącego za nim prezentu.
            - Martwię się, że zawartość jest jadowita – mruknął, co w gruncie rzeczy nie do końca było żartem.
            Erica wzięła głęboki wdech; postronny obserwator pomyślałby pewnie, że po prostu sobie wzdycha, ale Stiles doskonale wiedział, do czego jest zdolny węch wilkołaków.
            - Hmm… Nie. Nie jest. Ale jest wkurzona. – Pokręciła głową, spoglądając na Jacksona z obrzydzeniem. – Też bym była, gdyby jakiś kretyn zamknął mnie w ciasnym pudełku na tak długo. Ale, ale… Tobie po głowie chodzi co innego.
            - Ten wilczy węch jest naprawdę aż tak dobry?
            - W tym wypadku to bardziej kobieca intuicja – zaśmiała się Erica, nie spuszczając z niego wzroku.
            - Racja. – Stiles nie drążył tematu, bo kobieca intuicja przerażała go jeszcze bardziej niż Derek. – Jak myślisz, co jeszcze dostaniesz w tym roku? To znaczy, nie licząc czekoladek od tych wszystkich sekretnych wielbicieli. – Poruszył brwiami sugestywnie i Erica zaśmiała się znowu.
            - Nie mam pojęcia. Lubię niespodzianki. – Przygryzła lekko dolną wargę, wciąż bawiąc się wstążeczką. Stiles odchrząknął.
            - Wiesz, co byłoby naprawdę niespodziewaną… niespodzianką? – klasnął w dłonie, ignorując jej rozbawiony uśmieszek – Gdyby wasz duży, zły wilk zrobił wam jakieś prezenty. Ale bym się zdziwił.
            - Totalnie – zgodziła się blondynka, kiwając głową powoli. – Zwłaszcza, że wtedy wypadałoby dać mu coś w zamian, prawda?
            - Dokładnie! – ucieszył się Stiles. – I… zero pomysłów, prawda? Bo co przypuszczalnie…
            Doskonale zarejestrował moment, w którym wzrok Eriki zawadził o postać siedzącą gdzieś za nimi, a jej usta wygięły się w łobuzerskim uśmiechu. To musiał być Scott, który siedział tylko kilka krzeseł w tyle i zapewne świetnie słyszał całą rozmowę.
- …mógłby chcieć dostać…? – Stiles urwał w pół zdania, czując oddech Eriki tuż na swoich ustach, gdy splotła dłonie na jego karku. Ale odsunęła się dosłownie po kilku sekundach, delikatnie poprawiając związaną wokół jego szyi, czerwoną kokardkę.
            - …Derek w prezencie? – Wzruszyła ramionami, uśmiechając się szerzej niż zwykle. – Pojęcia nie mam.
            Stiles otworzył usta, zamknął usta, zmarszczył czoło i dotknął kokardki na swojej szyi. A Erika uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
            - ….Och.

*

            Stiles zamknął za sobą drzwi, odwiesił klucze i rzucił plecak  w jak najdalszy kąt przedpokoju. Wolał zapomnieć o tym, czego dowiedział się w szkole. I o tym, jakie w jego głowie pojawiły się przez to myśli. A także o tym, że w końcu będzie musiał otworzył to felerne pudełko, które dostał od Jacksona. Najlepiej… po prostu wyłączyć mózg. Najlepiej iść do kuchni i zrobić sobie herbaty, i w końcu przeciąć tą czerwoną wstążeczkę, którą Erica zawiązała na tak ciasny supeł, że własnoręcznie nie dał sobie rady. Taki był plan.
            Nucąc coś cicho pod nosem, chłopak najpierw pstryknął światło, bo na dworze powoli zaczynało się robić ciemno, a potem pstryknął czajnik. Ułamek sekundy później odwrócił się przez ramię. Wilkiem nie był, ale intuicję, jako taką, posiadał. Może i niektórzy mieli zdolność bezszelestnego poruszania się, nieintensywnie wgapiać nie potrafił się nikt. I chociaż wiedział, że ktoś za nim stoi, i tak podskoczył ze strachu.
            - H-hej! – zamrugał, ignorując nagłe przyspieszenie pulsu. – Jak tu wszedłeś? Czekaj. Niech zgadnę. Zostawiłem otwarte okno w pokoju.
            Derek, oparty o framugę, skinął głową lekko. Nic jednak nie powiedział. Patrzył na Stiles’a, a Stiles patrzył na niego, i ta cisza wibrowała mu między żebrami. W końcu odchrząknął i odezwał się, a jego głos zabrzmiał tak śmiesznie dziecinnie, że aż zrobiło mu się głupio.
            - Też… chcesz herbaty?
            Derek ledwo zauważalnie przejechał koniuszkiem języka po dolnej wardze i skinął głową.
            - Pewnie.
            Stiles odwrócił się i stanął na palcach, aby sięgnąć po kubki. Bluza delikatnie podjechała mu do góry, a wzdłuż kręgosłupa przebiegł dreszcz, gdy na odsłoniętej skórze poczuł chłodne dłonie, a na szyi gorący oddech.
            - Co…
            - Ta kokardka na twojej szyi… wygląda prawie jak obroża. – Nie musiał widzieć twarzy Dereka, aby wiedzieć, że maluje się na niej uśmieszek.
            - T-tak? – Stiles wciąż stał na palcach i trochę zaczęły trząść mu się kolana. – No popatrz, co za ironia…
            Autentycznie jęknął, gdy palce Dereka wsunęły się pod materiał bluzy, wędrując w górę po jego żebrach, a zaskakująco miękkie wargi w otoczeniu szorstkiego zarostu musnęły jego kość policzkową. Automatycznie odchylił głowę do tyłu i lekko odepchnął się dłońmi od blatu, prostując ramiona, aby oprzeć się o mężczyznę całą długością ciała. Derek zaśmiał się, a był to śmiech cichy, niski i bardziej podniecony niż rozbawiony.
            Pyknął czajnik.
            - Chyba woda się zagotowała – mruknął Derek, przymykając powieki, wodząc ustami gdzieś w okolicach ucha i włosów Stiles’a.
            - Yhym – odparł tamten zduszonym głosem, gdy poczuł wszystkie mięśnie i… inne rzeczy Dereka przyciśnięte ściśle do jego tyłu.
            Kilka sekund potem siedział na kuchennym blacie, nagle przodem do bruneta, z jego dłońmi wędrującymi mu po plecach, z jego zębami skubiącymi mu dolną wargę, a potem to jego nogi splotły się gdzieś w talii Dereka, a jego palce zaplątały się gdzieś w jego włosach, i już nie wiedział, czy to on jęczy prosto w jego ciepłe, wilgotne usta, czy to czajnik gwiżdże, ale chyba raczej to on jęczał, bo czajnik mieli elektryczny i zamiast blatu miał do tyłka przyciśnięte dłonie Dereka i był w powietrzu i naprawdę w tym momencie powietrza potrzebował…
            Przestał ssać język Dereka w momencie, w którym stracili równowagę i upadli na podłogę w salonie, plątanina ciuchów i kończyn, i tak bardzo jak kończyny były obolałe i rozgrzane, tak ciuchy niepotrzebne… I najpierw to on był na górze, ale tylko do momentu, w którym wspólnymi siłami uporali się z jego bluzą, potem przeturlali się kilkakrotnie i wylądowali dosłownie pod choinką i Stiles czuł się jak rozpakowywany przez niemogące się doczekać zawartości dziecko prezent… Derek gryzł i ssał i znaczył jego skórę na szyi i na klatce piersiowej i obaj byli teraz tylko w spodniach, i Derek poruszał biodrami szybko, ale mocno i dokładnie, a był tak samo twardy i zdesperowany…
            A potem Stiles przeturlał się raz jeszcze, wypadł z łóżka i obudził się. I leżał tak przez dłuższą chwilę, uspokajając oddech i starając się nie spłonąć z zakłopotania i wstydu. W końcu wstał powoli, ignorując bardziej niż sugestywne wybrzuszenie na własnych spodniach od piżamy, i zszedł na dół, do kuchni, żeby nalać sobie szklankę wody. Nie spojrzał w lampki swojej choince. Nie mógł się na to zdobyć.  

*

            - Jesteś pewien, że wszystko w porządku? – spytał szeryf Stilinski chyba po raz piętnasty tego wieczoru.
            - Jasne, tato. Nie żebyśmy mieli jakiekolwiek inne wyjście, prawda? Chyba, że możesz zadzwonić i powiedzieć, że skręciłeś kostkę przy doprawianiu barszczu, i…
            - Nie przejdzie.
            - Tak właśnie myślałem. No, idź już. Zrobimy sobie świąteczną kolację jutro, a co tam. Przynajmniej będziemy oryginalni, nie?
            - Stiles… Naprawdę chciałbym…
            - Wesołych Świąt, tato. A teraz naprawdę już idź, bo jeszcze się rozkleję i mi makijaż spłynie.
            Nie było tak źle. Stiles zapalił lampki choinkowe, przygasił światła, zrobił sobie gorącą czekoladę i wstawił pizzę do piekarnika, a potem usiadł na kanapie i przełączał kanały w telewizorze tak długo, że w końcu natrafił na jakieś polskie programy. Niezbyt wiedział, co oznacza „Kevin znowu sam w domu”, ale uznał, że może obejrzeć, bo czemu nie?
            Gdy usłyszał dźwięk dzwonka, przez kilka pierwszych chwil miał trudność ze zlokalizowaniem źródła. Pizza jednak nie mogła być jeszcze gotowa, no i piekarnik brzmiał trochę inaczej, więc Stiles poczłapał w stronę drzwi.
            - Wesołych jeszcze raz! – zawołał Scott, wciskając mu w dłonie owinięty folią półmisek, który pachniał jak totalnie nie przypalone i pyszne pierniczki, a potem go uścisnął. – Właśnie jedziemy do Allison. Nie chcecie z tatą zabrać się z nami?
            Stiles pokręcił z głową. Nikomu nie mówił, że spędza Święta sam. Nie, żeby chciał robić z siebie męczennika. Po prostu naprawdę nie chciał sprawiać kłopotu i z resztą… to tylko jeden wieczór, prawda?
            - Eee, daj spokój. Jedźcie i bawcie się dobrze. – Jedną ręką wciąż przytrzymując półmisek, Stiles poklepał go po ramieniu. Scott lekko przymrużył oczy i Stiles pomyślał, że być może jego przyjaciel wyczuł, że popsikana perfumami szeryfa kurtka to tylko kurtka, a jej właściciela nie ma w domu. – I uważaj na tojad w kompocie.
            Scott wywrócił oczami, wyglądając na bardziej niż odrobinę rozczarowanego. Ale nie drążył tematu.
            - W bigosie.
            - No pięknie, jak szybko się uczysz. Oczaruj ich swoimi nienagannymi manierami. Wiesz, które sztućce są do czego, prawda?
            Tym razem Scott wyglądał na spanikowanego.
            -  Hmm… Usiądziesz koło mamy.

*


            Kolejny dzwonek był dzwonkiem oznajmiającym gotowość pizzy do spożycia, więc ten musiał być już czymś innym. Stiles, pospiesznie odkładając nadgryziony kawałek hawajskiej, znów poszedł otworzyć drzwi.
            - Ciiiiicha nooooc, święęęęta nooooc… - zawyły zgodnie trzy głosy, a Stiles wybuchnął śmiechem.
            - Cicha? Z której strony? – spytał, wciąż chichocząc, a Lydia, Jackson i Danny wyszczerzyli zęby w uśmiechach. – Piękni z was kolędnicy, ale nie mam ani kasy, ani cukierków, więc…
            - Czuję pizzę – mruknął Jackson, przekrzywiając lekko głowę. A potem uniósł brwi i Stiles w tym wypadku miał pewność, że wyczuł też samotność. Samotność w Święta musiała być czymś straszniejszym, niż mu się zdawało, bo Jackson nic nie powiedział.
            - Pizza na wigilię? – Lydia zmarszczyła nosek.
            - Trzynasta potrawa – Stiles wzruszył ramionami. – A wy co?
            - A my się już urwaliśmy z naszych kolacji i jedziemy na lodowisko – uśmiechnął się Danny, jak zwykle sympatyczny i bezproblemowy. – Jedziesz z nami?
            Stiles odwrócił się przez ramię, co przybyła trójka… no, może dwójka, mogła wziąć za zerknięcie w kierunku pokoju, w którym siedział jego ojciec. Tak naprawdę Stiles patrzył na coś innego.
            - Hmm… Nie, chyba dzisiaj spasuję. Ale bawcie się dobrze.
            Albo mu się zdawało, albo cała trójka wyglądała na rozczarowaną. Zanim odeszli, Jackson nachylił się w jego kierunku, chyba nie do końca pojmując funkcję przestrzeni osobistej, i wymruczał:
            - Otworzyłeś już prezent ode mnie, Stilinski?
            - Czekam, aż przestanie się ruszać – odmruknął Stiles, automatycznie cofając głowę. Jackson zaśmiał się cicho.
            - Nie przestanie.

*

            Kolejny dzwonek zadzwonił już po jedenastej. Stiles przerwał nieudolne próby dodzwonienia się na gorącą linię wróżki Esmeraldy i w podskokach dopadł do drzwi.
            - Duży, zły wilk kupił nam małe, śliczne drobiazgi! – zawołała Erica, tykając palcem długie, perełkowe kolczyki zwisające jej z uszu.
            - I przytaszczył sosnę z lasu. Prawdziwą sosnę. Była ogromna – mruknął Isaac z dłońmi w kieszeniach bluzy i lekkim uśmiechem na twarzy. Tylko Boyd, wyczulony na samotność jako człowiek, momentalnie wyczuł ją w domu Stiles’a. Ale nic nie powiedział.
            - Jesteś zajęty? – spytał w końcu powoli. Stiles udał ziewnięcie.
            - Właśnie się kładłem… Tradycja jest świetna, ale… męcząca.
            Erica pocałowała go w policzek i, chwytając Boyda za rękę, poszła z nim w kierunku zaparkowanego na ulicy samochodu. Isaac przygryzł lekko dolną wargę.
            - Myśleliśmy, że… - westchnął, a Stiles naprawdę nie mógł zrozumieć, czemu „sam w Święta” tak trudno przechodzi ludziom przez gardło. – Gdybyśmy wiedzieli, to mógłbyś pójść z nami.
            - Wyrwane z korzeniami sosny i pieczenie zajęcy na rożnie? – Stiles machnął ręką, a potem skrzyżował ramiona na piersiach, bo w przeciągu zrobiło mu się w końcu trochę zimno. – Nie moje klimaty. Pizza była dobra i… no cóż, mam prąd. Ale dziękuję.
            Isaac parsknął śmiechem i poklepał Stiles’a po ramieniu.
            - Dobranoc – mruknął, odchodząc za resztą watahy Dereka.

*

            W pół do drugiej Stiles w końcu przebrał się w luźne, dresowe spodnie i pogiętą koszulkę z logiem Supermana. Ale nie położył się spać. Robił wszystko, co mógł, żeby nie położyć się spać.
            Zasnął na kanapie. Obudził go dopiero drugi, dłuższy niż pierwszy, dzwonek do drzwi. Znalazł się przy nich tak szybko, jak nigdy wcześniej.
            - Jesteś sam. – To były pierwsze słowa, jakie padły z ust Dereka, gdy Stiles otworzył drzwi.
            - Już nie – odparł chłopak, bez wahania przepuszczając mężczyznę w progu.
            - Czemu nie powiedziałeś, że sam spędzasz Święta? – spytał brunet, wchodząc za Stilesem do salonu.
            - Nie pytałeś.
            - Bo przecież niepytany, sam z siebie nigdy się nie odzywasz i nie marudzisz, prawda? – Derek uniósł brwi lekko, a Stiles otworzył usta i z taką właśnie miną stał w bezruchu przez kilka sekund.
            - Wyczułem sarkazm. To był dobry sarkazm. Taki na cztery z plusem.
            Brunet westchnął i pokręcił głową lekko, ale kąciki ust zadrżały mu delikatnie.
            - Mam coś dla ciebie – mruknął Stiles po chwili ciszy, a Derek zamrugał, wbijając w niego wzrok. – Nie spodziewaj się fajerwerków. To tak tylko… symbolicznie.
            - Ja nic dla ciebie nie mam – przyznał tamten bez bicia.
            - Nie szkodzi. Poważnie. A jeśli wciąż czujesz się głupio i niezręcznie, to przestaniesz, gdy zobaczysz swój prezent. – Stiles, nie przestając mówić, podszedł do półki, na którą wcześniej tyle razy spoglądał i oglądał się, i wziął z niej małą paczuszkę. – Wesołych, wilczku.
            Stanął kilka kroków przed Derekiem i wręczył mu opakowanie. Tamten otworzył je z wysoce skonsternowanym wyrazem twarzy i, nie zmieniając miny, spojrzał na białego, bezgłowego aniołka. Z wiadomym dopiskiem przyczepionym do małego sznureczka tuż u jego skrzydełka. A potem spojrzał na Stiles’a.
            - Hmm… Dziękuję?
            Stiles wyszczerzył zęby, chociaż miał wrażenie, że serce zaraz wyskoczy mu przez gardło.
            - Odwdzięczysz się przy najbliższej okazji.
            A potem, bez dłuższej chwili namysłu, postąpił kilka kroków do przodu, stanął na palcach i… zrobił coś, czego miał nie robić. Zawahał się.
            Nie na długo jednak. Derek, wciąż trzymając w dłoni aniołka, drugą położył na karku chłopaka i przyciągnął go do siebie.
            - Wesołych Świąt, Stiles – wymruczał w jego usta.
            - Mmph – odparł Stiles.
            A potem, wbrew zapowiedziom, były fajerwerki.

19 komentarzy:

  1. taki prezent pod choinke i takie fajerwerki :D
    A miałam w planach wpasć tu i zarządać czegoś, bo w końcu swięta, a tu takie miłe zaskoczenie.
    No cóż serial oglądam .. Stilesa lubię - ale on i Derek. Jak to sie mówi - kto sie czubi ten sie lubi. W ich wypadku sie sprawdza.

    A naprawde ten sen i choinka i rozbieranki i ten Stilesowy humor .. sooł emejzing :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Weeee! Cieszę się, że oglądasz i cieszę się, że się podoba. I miejmy nadzieję, że nas w trzecim sezonie mile zaskoczą. W jednym wywiadzie Dylan powiedział, że Stiles "nigdy nie pocałuje dziewczyny". Ahem.

      Usuń
    2. To ciekawe czy pocałuje chłopaka :3

      Usuń
    3. Właśnie, WŁAŚNIE! Stawiam, że tak. Stawiam, że będzie to Derek i że sezon trzeci nas zaskoczy. xD

      Usuń
  2. Ciesze się że wróciłaś ~ ! <3 Notkę przeczytam zaraz na razie muszę cię poinformować że nominowałam cię do nagrody której nazwy ci nie napiszę bo po prostu nie pamiętam pisowni XD Informacje znajdziesz o tutaj : http://shizayafandom.blogspot.com/p/liebster-award.html ^^ Pozdrawiam się serdecznie, życzę wesołych świat i hucznego sylwka :D Mephi ^^

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam ten serial i też już się nie mogę 3 sezonu doczekać :D
    A tak przy okazji to albo jakoś nieuważnie czytałam albo w końcu nie było powiedziane co Stiles dostał od Jacksona, a bardzo mnie to zaciekawiło :P
    Weny życzę, i mam nadzieję że jeszcze napiszesz coś z tym paringiem XD

    Kocyka

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. Och,Sterek! x3 Kurde, mam nadzieję że w III sezonie coś między nimi ruszy,a Stiles sobie daruje w końcu tę jak-jej-tam-było... Co jak co,ale z Derekiem po prostu do siebie pasują i tyle ^^
    *I tak to istny gejny raj:D
    ~Allen

    OdpowiedzUsuń
  6. Proszę.. więcej Sterek djksahdas ;< Co prawda zaczęłam oglądać Teen Wolf trzy dni temu, jednak ta dwójka mnie urzekła. Aż się nie mogę doczekać co będzie dalej [ a jestem dopiero po scenie w basenie ]
    Sam FF uroczy. Aż sie rozpływałam i tylko czekałam aż pojawi się Derek <3 Szkoda, że nie było dalej rozwinięte co się między nimi stało, ale to może lepiej. Czasem wychodzi się lepiej na ty, że kończy sie wcześniej. Szkoda mi było Stilesa, że biedak tak sam siedział w święta. Przynajmniej przez ich większa część ;3
    Liczę na to, że może kiedyś jeszcze napiszesz z tą dwójką, bo jest naprawdę niewiele opowiadań z nimi w język polskim ;<
    No i poza tematem... Och, serio? Castaniel <3 Aż w wolnym czasie zabiorę sie za przeczytanie o nich. ;3
    Pozdrawiam~!

    OdpowiedzUsuń
  7. Ojejjjjjj, ten fic był taki słodki...Nie czytałam jeszcze żadnych Stereków, jakoś tak nie mam weny, więc to mój pierwszy i już chcę więcej <3 Świetnie piszesz, będę tu regularnie wchodzić i patrzeć, czy jest coś nowego <3 Jakby ci się nudziło, zapraszam na http://hell-of-fortune.blogspot.com :D

    OdpowiedzUsuń
  8. Ten fic był tak bardzo uroczy, dobrze napisany, a do tego tak fajnie oddałaś charakter Stilesa. Biedna zbyt miła pierdoła :c
    Podpisuję się też pod prośbą o więcej stereka, bo jeśli już jakimś cudem uda się znaleźć coś o nich po polsku, to jest kiepskie, a tutaj taka niespodzianka :3

    OdpowiedzUsuń
  9. ojej, ja oglądam Teen Wolf xD
    uroczy fanfick, serio. przeczytałam go już masę czasu temu, ale ostatnio przeglądałam wszystkie stereki od początku i wyszło na to, że znów tu wróciłam z postanowieniem, by napisać komentarz.
    akcja w sklepie była epicka i coś tak czuję, że Derek od początku przeczuwał, że aniołek trafi w jego wilcze łapki xD
    przyjemnie, lekko napisane, aż chce się czytać ;)
    podpisuję się pod prośbą w komentarzu powyżej, we need more <3
    pozdrawiam serdecznie i zapraszam do siebie.
    cat-eater.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  10. NO NIE, ale co dostał Stiles? :c

    OdpowiedzUsuń
  11. Ej, co Jackson dał Stilesowi? :D Wściekłą fretkę?

    OdpowiedzUsuń
  12. Sterek rządzi! Tęsknie za Jacksonem T.T

    OdpowiedzUsuń
  13. zakochałam się w tym! szkoda, że nie ma więcej Stereka :c

    OdpowiedzUsuń
  14. Aaaaa~! Słodkie! >..< Takie kochane, puszyste, urocze... Ogólnie cud, miód i orzeszki. XD Pikne. Kocham. <3

    OdpowiedzUsuń
  15. Fajne :) ja piszę ff o teen wolfie ffteenwolfteenwolf.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  16. Fajne :) ja piszę ff o teen wolfie ffteenwolfteenwolf.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń