we, fujoshis

yaoinfo

fanpejdż: ~klik~
mój numer gg: 37209209
mój kanał na youtube: ~klik~

piątek, 5 października 2012

Antidotum / KHR, 8059.

Pamiętacie może jak tysiąc lat temu ktoś poprosił o Yamagoku? Hej, ktosiu, proszę. Jeśli jeszcze żyjesz D:
(prawdę mówiąc nie jestem z tego zbyt zadowolona ._.)

_____________________________


W małej wnęce za szafkami było bardzo niewygodnie. I widoczność była kiepska. Ale przynajmniej akustyka szatni futbolistów nie pozostawiała nic do życzenia, bo słyszalny był dobrze każdy, najcichszy nawet, szept. Z resztą, dwójka rozmówców pewnie nie podejrzewała nawet, że ktoś wcisnął się pomiędzy szafki, więc mówili dość głośno.
-    To co, przemyślałeś sobie wszystko? – gruby, nieprzyjemny, natrętny głos. Chłopak między szafkami poruszył się niespokojnie, czekając na odpowiedź z niecierpliwością.
- Co ja, kurwa, miałem przemyśleć? – Zdecydowana odpowiedź. Ostry, w większości przypadków nie znający pokornego tonu głos. No, chyba, że chodziło o Dziesiątego.
- No… To, co ci mówiłem wcześniej… - Barczysty futbolista, Atsushi, przestąpił z nogi na nogę, czerwieniąc się jak burak. – Może jesteś jeszcze niepewny, ale jedna randka przecież…
Buum. Ktoś został wyjątkowo brutalnie odesłany w kierunku szafek i osunął się na ziemię. Yamamoto, dygocąc wraz z poruszonymi mocno szafkami, skrzywił się lekko. W tym momencie trochę współczuł Atsushiemu, dobrze znał ten ból i dobrze znał siłę drugiego chłopaka. 
- Powiem to ostatni raz, skretyniała małpo! – Gokudera rozprostował wcześniej zaciśnięte palce i chuchnął na otarte knykcie. – Posłuchaj uważnie, a jeśli trzeba, to zapisz! Nie… jestem… zainteresowany!
Chwila ciszy. Yamamoto delikatnie, ostrożnie i cicho wychylił się do przodu. Atsushi trzymał się otwartą dłonią za oko, prawdopodobnie podbite, i zbierał się powoli na nogi.
- Udzielę ci dobrej rady, Hayato… - powiedział trochę zmienionym tonem, krzywiąc się odrobinę. – Spójrz na siebie. Na swoje włosy, na swoją twarz i na budowę… Najwyższy czas, żebyś zaczął być zainteresowany, bo ja… ja jestem ten miły.
Gokudera przyglądał mu się w milczeniu. Yamamoto wstrzymał oddech, nie chcąc zostać usłyszanym.
- Ale pewnego dnia… i uwierz mi, tak się stanie… - ciągnął Atsushi, spoglądając na Gokuderę z niezbyt przyjemnym uśmiechem. – Pewnego dnia zdybie cię ktoś mniej miły. I wtedy na nic się zdadzą twoje protesty i „nie jestem zainteresowany”. On cię po prostu złapie za twoje piękne, srebrne włoski, odwróci tyłem…
Yamamoto zacisnął powieki odruchowo, wiedząc co dalej nastąpi. Atsushi chyba też zdał sobie sprawę, że przekroczył granicę, której absolutnie nie wolno było przekraczać, bo mina mu zrzedła i cofnął się o krok. Za późno. Gokudera, z kamienną twarzą, doskoczył do niego w jednym susie i z rozmachem podbił mu drugie oko, znów odsyłając futbolistę na szafki. Tym razem jednak sam skrzywił się lekko, bo gniew trochę zachwiał jego celnością, i zawadził knykciami o zęby Atsushiego.
- Jeśli pojawi się ktoś mniej miły – wycedził niższym głosem, od którego aż włos jeżył się na karku. – To i ja potraktuję go mniej miło. Jak myślisz, Atsushi, połamane gnaty zaliczają się do „mniej miło”, czy może jeszcze się załapiesz, jako ten sympatyczny?
Futbolista wolał dłużej nie ryzykować. Podniósł się, dotknął lekko spuchniętej, zakrwawionej wargi i skinął Gokuderze głową, po czym wyszedł z szatni. Przez dłuższą chwilę panowała cisza. Dopiero wtedy uwaga Yamamoto z powrotem powędrowała do niego samego i zdał sobie sprawę, jak bardzo jest mu niewygodnie. Zacisnął zęby, zastanawiając się, kiedy Gokudera ma zamiar pójść śladami Atsushiego, gdy ten nagle westchnął głęboko.
- Wyłaź już stamtąd, bejsbolowy idioto.
Yamamoto aż zachłysnął się powietrzem ze zdziwienia. Gwałtownie poruszył nogą, chcąc chociaż trochę przesunąć się w bezpieczniejsze miejsce, ale przydeptał długą sznurówkę i runął jak długi na podłogę.
- Au, au, au… - Odwrócił się na plecy, krzywiąc, zastanawiając, czy nie wybił sobie nadgarstka. Otworzył oczy i krzyknął. Hayato stał tuż nad nim, wyglądając zupełnie jak zwiastun śmierci.
Dobra mina do złej gry. Takeshi przeturlał się na brzuch, podparł dłońmi od ziemię i, ignorując nasilający się ból nadgarstka, sprawnie wstał. Wzrok Gokudery mógł jednocześnie być zapowiedzią i bezpośrednią przyczyną zgonu.
- Skąd wiedziałeś? – spytał w końcu Yamamoto, rezygnując z jakichkolwiek tłumaczeń. Srebrnowłosy westchnął, rysy troszkę mu złagodniały.
- Tylko kretyn by się nie domyślił… Sapałeś jak pociąg.
- Atsushi nie usłyszał… - Yamamoto podrapał się po głowie, czerwieniejąc lekko na policzkach.
- No to przecież mówiłem, że kretyn by się nie zorientował. – Gokudera syknął, trochę wbrew sobie, spoglądając na okrwawione knykcie. Yamamoto momentalnie chwycił go obiema dłońmi za nadgarstek i unieruchomił rękę.
- Skaleczyłeś się – powiedział zmartwiony. Gokudera westchnął ponownie, nie robiąc nic, żeby zabrać rękę z jego uścisku. Po chwili jednak szarpnął nią gwałtownie, ale tylko po to, żeby lekko zgiąć nadgarstki drugiego chłopaka. Takeshi krzyknął, zaskoczony nagłym bólem.
- Martw się o swoje łapy. – Hayato wyszczerzył zęby, wyswobadzając dłoń już delikatniej. – Moje się zagoi, twoje trzeba usztywnić. I nie szpieguj mnie następnym razem!
- Nie szpieguję cię! – Yamamoto zmarszczył brwi, trochę urażony takim określeniem swoich starań. – Reborn kazał mi być ochroniarzem, to jestem.
Na te słowa Gokudera zareagował z mniejszym spokojem niż na sam fakt podsłuchiwania rozmowy. Zacisnął dłonie w pięści i spojrzał na Yamamoto groźnie.
- Czy wyglądam jakbym potrzebował ochroniarza?
- Nie moja w tym głowa, dostałem zadanie i je wykonuję. – Takeshi odwrócił wzrok, jak zwykle zakłopotany tym, że odzywa się do chłopaka w ten sposób. Odkąd jednak nawiązali bliższą współpracę, stali się niemalże drużyną, oboje musieli podjąć pewne kroki, żeby to wszystko ułatwić. I tak właśnie Hayato był karcony przez Reborna za każdym razem, gdy wyżywał się na Takeshim, a Takeshi, gdy pozwalał, by się na nim wyżywano.
- Masz mnie chronić przed mafią. – Srebrnowłosy prychnął, krzyżując szczupłe ramiona na piersiach. Tego, co myśli o byciu chronionym przez Yamamoto nie wypowiedział już na głos, ale wyraźnie przeszło cieniem przez jego twarz.
- A nie. Mam pilnować, żeby nikt nie zrobił ci krzywdy – odparł Yamamoto hardo, w końcu patrząc mu w oczy. – Przynajmniej dopóki wciąż masz w sobie antidotum, a jeszcze trochę to potrwa. Dlatego, proszę, uważaj z tą krwią. Mam nadzieję, że niewiele jej zostawiłeś na zębach u Atsushiego…
Gokudera nadął policzki, ale nie skomentował tego.
- Poza tym, nie gadał tak całkiem bez sensu… O tych mniej miłych, znaczy się. – Yamamoto spuścił wzrok, w końcu wyrzucając z siebie to, co miał ochotę wyrzucić od chwili podsłuchania rozmowy. Gokudera uniósł brwi wysoko.
- Zdaje mi się, że dużo o tym wiesz, bejsbolowy idioto – warknął, lekko obnażając zęby. – Oświeć mnie, co gadają na mieście?
Takeshi spojrzał na niego, otworzywszy usta. Zastanawiał się jednak, jak dużo może mu powiedzieć. Jak dużo może powiedzieć, żeby nie zniesmaczyć go albo nie wystraszyć. Jako sportowiec obracał się wśród sportowców. Jako osoba widywana często w towarzystwie Hayato, był przez całą resztę często zagadywany. A nasłuchał się jak nikt inny. Z resztą, większość mówiła tyle, ile sam był w stanie zobaczyć.
A to, że Gokudera ma wyjątkowo piękne, delikatne rysy. I nawet, gdy się krzywi i złości, nie traci na urodzie. To, że jego włosy są ładniejsze niż u większości dziewczyn. Nie tylko włosy. Budowa, szczupła talia, wąskie biodra i długie, zgrabne nogi, cały Gokudera, choć niezaprzeczalnie chłopak, jest atrakcyjniejszy od wszystkich dziewczyn. W ogóle, od wszystkich. A połączywszy to z jego ciężkim charakterem, ostrym językiem, bystrością i walecznością, stał się celem dla wielu osób. Zdobyczą nie do zdobycia. A zdobywanie jest tym, co tygryski lubią najbardziej.
Sam Hayato albo o tym nie wiedział, albo po prostu miał to w dupie. Skromne zdanie Yamamoto skłaniało się ku tej drugiej wersji.
- Naprawdę nie wiesz? – powiedział w końcu, stwierdziwszy, że w życiu nie wydobędzie z siebie tego wszystkiego. Poza tym obawiał się, że antidotum zawarte tymczasowo w krwi Gokudery zważy się albo jakoś zniekształci, gdy tamten cały się zagotuje ze złości.
- Naprawdę mnie to nie obchodzi. – Wetknął dłonie do kieszeni granatowych spodni od mundurka. – A niech sobie przychodzą. Niech przychodzi ktokolwiek. W końcu im się odechce.
Inni, nawet tak niedostępni i niechętni do jakichkolwiek czułości, poczuliby chociaż odrobinę satysfakcji… Ich ego wzrosłoby chociaż trochę na wieść, że ogląda się za nimi trzy czwarte szkoły. Ale Gokudera autentycznie nie przejmował się tym. Ani mu na tym nie zależało, ani o tym nie myślał. Pomijając te chwile, w których musiał komuś porządnie wpieprzyć. I pewnie właśnie to czyniło go łakomym kąskiem dla tylu osób.
Yamamoto też nie narzekał na popularność, oczywiście jedynie wśród dziewczyn. Mile go to łechtało, ale w małym stopniu. Całą uwagę skupiał na tym, aby dobrze wykonywać swoje zadania, trenować baseball, zdawać matematykę i coraz lepiej dogadywać się z Gokuderą.
- Idę, bo zaraz mnie zamkną w tej szkole. – Srebrnowłosy, nie oglądając się na swojego „ochroniarza”, ruszył w kierunku drzwi. Takeshi, czując się, standardowo, jak kula u nogi, podążył za nim.
***
Reborn i cała „rodzina” Dziesiątego zebrali się w restauracji ojca Yamamoto, tak po prostu, na wspólną kolację. Oczywiście Takeshi przyszedł wraz z Gokuderą, który dał opatrzyć sobie kostki i wyglądał na wielce niezadowolonego z faktu, że musi ciągnąć za sobą ogon.
- Ty, ośmiornico, co ci się stało? – Sasagawa chwycił Gokuderę za nadgarstek. Tamten jednak bez wahania wyrwał mu dłoń z uścisku.
- Łapy przy sobie! – Był, jak zawsze, niechętny na jakikolwiek dotyk. Sasagawa uniósł dłonie w obronnym geście, mamrocząc coś pod nosem o „nieokrzesanych, dzikich zwierzętach”. Wszyscy usiedli przy stole, zrobiło się głośno od szczebiotania dziewczyn, chichotów dzieci i kuchennych dźwięków. Yamamoto bardzo postarał się o to, żeby znaleźć miejsce jak najdalej od Gokudery. Nie chciał denerwować go swoją obecnością na tyle, na ile się dało.
-  Jeszcze tylko trzy dni, Gokudera, i będziemy mogli pobrać krew. – Reborn patrzył na chłopaka swoimi wielkimi, czarnymi oczami, poprawiając kapelusik. – Do tego czasu szanuj swoją krew i zdrowie, i nie zostawiaj jej na niczyich zębach.
Hayato, do tej pory słuchając z powagą, zmarszczył czoło na ten komentarz. Odnalazł wzrokiem siedzącego po drugiej stronie stołu Yamamoto i posłał mu ponure spojrzenie. Tamten, udając, że niczego nie zauważył, sięgnął po coś i potrącił łokciem miskę z ryżem, rozsypując go na talerz Haru, która wydała z siebie zduszony okrzyk.
- I, to bardzo ważne – Reborn kontynuował, jakby nie zauważając zmiany w wyrazie twarzy Gokudery. – Trzymaj się Yamamoto.
Hayato prychnął cicho pod nosem.
- Tak jest – burknął.
- Reborn mówi poważnie, Gokudera – odezwał się Tsuna, pochylając lekko w kierunku srebrnowłosego. – Z informacji, które zdobyła Bianchi, wychodzi na to, że nie mamy do czynienia ze zwykłą grupką z miasta, która rozprowadza trujące substancje. Trzeba być ostrożnym. A Yamamoto naprawdę się stara.
Miał powód, żeby się starać. Powód ten leżał w interesie wielu osób, bowiem to właśnie Gokudera zgłosił się na ochotnika do wyhodowania we własnej krwi antidotum na nagłą zarazę, która nadszarpnęła szeregi rodziny Dina i pozbawiła kilku ważnych ludzi z miasta, przynajmniej tymczasowo, możliwości wykonywania zawodu. Było to skutkiem działalności jakiejś niewielkiej, amatorskiej organizacji. Przynajmniej tak im się początkowo wydawało, jednak fakty powoli wychodziły na światło dzienne.
Gokudera nie skomentował tego. Znów spojrzał przez całą długość stołu w kierunku bruneta, przepraszającego teraz żarliwie Haru i pomagającego oddzielić jej ryż od sałatki, którą jadła.
Od stołu wstał, gdy zrobiło się całkiem ciemno. Inni jednak nie wyrażali wielkiej ochoty na to, żeby się zbierać.
- Dobranoc Dziesiąty – powiedział z szczerym, choć trochę przygaszonym uśmiechem. – Cześć wszystkim.
Yamamoto powoli odłożył pałeczki, nie chcąc wychodzić bezpośrednio za nim, żeby go nie zdenerwować. Hayato jednak przystanął w pół kroku i odwrócił się przez ramię.
- Takeshi – powiedział, po raz pierwszy zwracając się do niego po imieniu. – Idziesz?
Wszyscy, bez wyjątku, zamarli na swoich miejscach, niektórym ryż pospadał spomiędzy pałeczek. Najbardziej jednak zdziwiony był, bez wątpienia, sam Takeshi.
- Uhm, tak… - Wstał pospiesznie, znów przewracając coś na talerz Haru. – Tak, już idę.
Pożegnał się ze wszystkimi, śląc uśmiechy i wyszedł za Gokuderą na ciemną ulicę. Paliły się latarnie, w oddali szczekały psy, ale poza nimi nie było widać tam żadnych ludzi. Przez dłuższą chwilę szli w milczeniu, ramię w ramię. Yamamoto, walcząc z rozkojarzeniem, zerkał na towarzysza z ukosa co jakiś czas. Tamten jednak szedł odrobinę zgarbiony, z obojętną miną i dłońmi wetkniętymi w kieszenie.
- Słuchaj… - zaczął Takeshi, ale umilkł nagle, słysząc nieopodal jakieś kroki.
- Co? – Gokudera też usłyszał kroki, ale zupełnie się nimi nie przejął.
- Poczekaj… - Yamamoto zacisnął dłoń na rękojeści miecza skrytego sprytnie z tyłu kurtki i rozejrzał się uważnie. W oddali, pomiędzy dwoma budynkami, zobaczył samotną postać. Po kilku minutach dwie postaci mignęły mu z zupełnie innej strony. Zacisnął zęby, nieznacznie przyspieszając kroku.
- Gdzie się tak spieszysz, idioto? – Gokudera uparcie zwalniał, wyglądając, jakby gwizdał na cały świat. Takeshi walczył z ogarniającą go irytacją. Hayato w końcu zaczął iść tak wolno, że wyglądało to już na prowokację. I pewnie nią było.
- No proszę cię! – Yamamoto chwycił towarzysza za nadgarstek i pociągnął za sobą. Tamten, o dziwo, nie zaprotestował. Szli tak przez chwilę. A gdy Takeshi myślał już, że musiało mu się coś wcześniej przywidzieć…
Właśnie wtedy ich otoczyli. Pięciu, wysokich, barczystych, bezwzględnych. I zanim choćby sięgnął po miecz, Gokudera wyskoczył do przodu, odpalając laski dynamitu.
- Hayato!!! – wrzasnął, próbując złapać go za kurtkę, ale nie zdążył.
Wybuch. Wszędzie dym i kurz. Yamamoto wydobył miecz. Zanim kurz opadł, cała czwórka leżała już rozłożona na łopatki, jeden zdążył uciec. Zdawało się, że uciekł jeszcze zanim w ogóle doszło do walki.
Yamamoto, dysząc ciężko, rozejrzał się za Gokuderą. Jednocześnie myślał nad dziwną, tchórzliwą ucieczką jednego z trucicieli. Coś było w tym podejrzanego. Jakby po prostu zrobił swoje i nie był już potrzebny…
Zrobił swoje…
Gokudera. Leżał wśród tych czterech, jako jeden z nich. Yamamoto podbiegł do niego, klnąc w myślach. Mógł domyśleć się wcześniej, że Hayato nie będzie stał jak kołek, gdy ich zaatakują… A tak właśnie powinno być! Powinien stać jak kołek i dać się chronić.
- Hayato! – powiedział, potrząsając nim ostrożnie. Więc uciekło dwóch.
- Nie trzęś mną, idioto – wysapał Gokudera, otwierając oczy.
- Zrobili ci coś? Ta dwójka? – spytał Yamamoto, jednocześnie badając towarzysza pod kątem różnych obrażeń. Gokudera ponownie sapnął, na jego czoło wstąpiły kropelki potu, złapał Takeshiego za nadgarstek jakimś rozpaczliwym gestem, który zdziwił jego samego. Otworzył oczy szerzej, rozchylił usta.
- Jeden złapał mnie od tyłu, drugi… - Odchrząknął, oblizując wargi. I znowu sapnął. – Strzykawka…
- Wzięli krew? – Yamamoto poczuł, jak robi mu się zimno. Jeśli to prawda, to zawiódł. Cholernie zawiódł, na całej linii.
Ale Gokudera pokręcił głową.
- Coś wstrzyknęli.
Też niedobrze. Yamamoto dowiedział się wcześniej od Shamala, że rozwój antidotum zakłócić jest bardzo ciężko, jest to praktycznie niemożliwe. Ale zagrożony był sam Gokudera, bo ciało mogło reagować różnie.
- Możesz wstać? – spytał z troską, bo cały gniew przeszedł mu, gdy zobaczył wykrzywioną bólem twarz srebrnowłosego. Tamten pokręcił głową, wciąż dziwnie przerażony. – Dobra, złap się mnie.
Gokudera jęknął zduszonym głosem, gdy Takeshi zarzucił sobie jego ramiona na szyję od tyłu i podniósł go na plecach. W duchu cieszył się, że do domu Gokudery mają naprawdę blisko i że nie ma tam nikogo, kto mógłby zadawać męczące pytania.
- Takeshi… - sapnął Gokudera, opierając głowę na jego ramieniu. – Ja… ja już nie mogę…
- Spokojnie, zaraz będziemy w domu. – Yamamoto spiął się odrobinę, czując rozgrzany oddech Gokudery tuż przy uchu. Zacisnął wargi w wąską kreskę i przyspieszył kroku.
***
- Przepraszam. Przepraszam, naprawdę przepraszam. Nie spisałem się. – Takeshi mówił to bardzo poważnym tonem, obserwując Gokuderę, którego położył na rozłożonych na podłodze matach i poduszkach. Chłopak był cały rozgrzany, spocony, oddychał wyjątkowo głośno i szybko i także wodził za nim wzrokiem zaszklonych oczu.
- Z tego, co mówisz, to Hayato się na nich porwał – westchnął Shamal do słuchawki. – I jeszcze zasłonił ci widoczność. Nieważne. Najważniejsze, że nie zabrali krwi. A co do tego, co wstrzyknęli… Jeśli chcieliby jakoś pokrzyżować nam plany, musieliby wstrzyknąć ze trzy różne substancje. Co najmniej. Więc antidotum nic nie grozi… Co do Hayato… Jak on się czuje?
Yamamoto możliwie zwięźle opisał wygląd i stan Gokudery. Shamal milczał przez dłuższą chwilę.
- Rozumiem – odezwał się po chwili. – Nie masz innego wyjścia, jak to przeczekać. Może reagować różnie, może trochę majaczyć albo… albo… ykhm… W każdym razie, przeczekaj. A gdyby działo się coś bardziej niepokojącego, niż… rozgrzanie, to dzwoń.
- W porządku. Dziękuję bardzo.
- Równy z ciebie chłopak, Yamamoto. Powalić trójkę napakowanych facetów z widocznością równą zeru… - Shamal parsknął śmiechem. – Ten idiota ma szczęście, że dostał takiego ochroniarza.
Yamamoto uniósł brwi ze zdziwieniem, po raz pierwszy słysząc, że ktoś nazywa Gokuderę w ten sposób. Jednocześnie zaczerwienił się, mile połechtany komplementem.
- Nie protestuj, jeśli będzie chciał się odwdzięczyć. Trzymaj się.
Shamal rozłączył się. Yamamoto westchnął i odłożył telefon na stół, po czym znów spojrzał na Gokuderę. Tym razem jednak on nie patrzył na niego, powieki miał przymknięte, przygryzał dolną wargę dość brutalnie, bo aż do białości. Takeshi podszedł do niego, przykucnął przy nim.
- Coś cię boli? – spytał z troską, wodząc wzrokiem po zaczerwienionym, świecącym od potu obliczu srebrnowłosego.
Ha, pomyślał. Ci wszyscy napakowani futboliści, którzy za nim szaleją, nigdy nie widzieli go w takim stanie. Nawet pojęcia nie mają, że potrafi  być pociągający bez tego ciągłego grymasu na twarzy. Zabiliby za ten widok. A ja go widzę. Ja mam go przed sobą, pod swoją opieką. Z resztą, nie tylko teraz. Widzę go też, jak jest szczęśliwy, i widzę go, gdy jest ogarnięty zapałem prawdziwego pojedynku. I kiedy się zamyśla. I…
Gokudera w końcu na niego spojrzał. Jego usta poruszyły się, bezgłośnie wypowiadając imię Takeshiego. Drżącą dłonią odszukał jego nadgarstek, chwycił go i przyciągnął do siebie. Yamamoto zawisł nad rozpalonym Gokuderą z szeroko otwartymi oczami.
- Takeshi… - Gokudera położył sobie jego dłoń na podbrzuszu. A potem powiódł nią trochę wyżej, podwijając własną koszulkę. A potem znów na podbrzusze, tym razem już nagie. Jęknął stłumionym głosem. – Takeshi…
Yamamoto przełknął ślinę. Najpierw myślał, że tamten chce mu pokazać po prostu, co go boli, ale teraz zmienił zdanie. Przyjrzał mu się bliżej. Gokudery nie paliła gorączka. Nie drżał od choroby. On był…
- Ożesz… - Brunet spróbował wyrwać dłoń z uścisku, spanikowany, ale Gokudera trzymał mocno. Patrzył na niego wilgotnym wzrokiem, wciąż przygryzając mocno dolną wargę. Za mocno. – Hayato! – zawołał i szybko, wolną dłonią, sięgnął do jego ust, chcąc go jakoś powstrzymać.
Gokuderze nie trzeba było dużo mówić. Od razu rozchylił usta, przestając maltretować wargi, i poruszył głową delikatnie, żeby dotknąć palców baseballisty. Tamten nawet nie drgnął, patrząc na jego twarz jak zahipnotyzowany. Gokudera musnął skrwawionymi, wilgotnymi wargami opuszki Yamamoto, sięgnął po nie, chwycił jego dłoń, przytknął sobie do ust.
- Takeshi… - Przymknął powieki, wsuwając język pomiędzy serdeczny a środkowy palec bruneta. Jego drugą ręką wciąż wodził po własnej klatce piersiowej, coraz mocniej podwijając przepoconą koszulę. – Ja już nie mogę…
- Gokudera! – Yamamoto, czując, że jego dłoń z podbrzusza jest kierowana w niższe rejony, w końcu opamiętał się. Odsunął się od rozpalonego towarzysza gwałtownie, wyrywając obie dłonie z jego uścisku. – Musimy to przeczekać. Poleż trochę, zaraz ci przejdzie.
Gokudera jednak jakby zupełnie go nie słyszał. Z niespodziewaną sprawnością usiadł, bez wahania ściągnął podwiniętą już mocno koszulę i odrzucił ją za siebie. Yamamoto przełknął ślinę, mentalnie szykując się na bardzo ciężkie chwile.
Nie protestuj, jeśli będzie chciał się odwdzięczyć.
Zdradliwe myśli! Nie chodziło o to. Shamalowi zdecydowanie nie chodziło o to. Takeshi musiał się opanować. Przychodziło mu to jednak coraz trudniej. Hayato przyległ do niego ściśle, próbując wpić mu się w usta.
- Hayato, przestań… - Próbował zabrzmieć groźnie, ale ciężko było mu nadać głosowi odpowiednie brzmienie, bo mocno wykręcał szyję, unikając wilgotnych warg srebrnowłosego. Nie wyszło. Gokudera w końcu dopiął swego i pochwycił jego usta w swoje. Takeshi zamarł, czując wilgotny język przejeżdżający po jego podniebieniu, zęby zgrzytające o jego zęby, bo przecież wciąż lekko się opierał. Gokudera przekrzywił głowę, pogłębiając pocałunek, sapiąc mu prosto w usta, drażniąc rzęsami jego policzki. Yamamoto pochwycił go za ramiona i zacisnął usta. – Jeśli… jeśli coś się stanie, to potem mnie zabijesz. A ja nie chcę ginąć!
Gokudera odsunął się. Yamamoto odetchnął, ale jego radość była przedwczesna, bo jego napastnik po prostu zamierzył się do pchnięcia. I pchnął go. Na maty, na poduszki, rozłożył Takeshiego na łopatki. Przez chwilę wisiał nad nim, i tym razem wyglądając jak zapowiedź śmierci, po czym pochylił się tuż do jego ucha, łaskocząc go włosami po twarzy.
- Nie przestanę – wyszeptał całkiem przytomnym głosem, chociaż Takeshi wiedział, że to wszystko przez wstrzyknięty narkotyk. – Jestem z tych mniej miłych.
Yamamoto wciąż się szarpał, ale z mniejszym zapałem, niż wcześniej. Gokudera odsunął się od jego ucha i przejechał szczupłymi palcami po całej długości ramion bruneta. Mocno przyszpilił go za nadgarstki, zniżył się do podbrzusza. I niżej. Yamamoto podniósł głowę, czując się, jakby mięśnie szyi i karku miały mu zaraz popękać z wysiłku, ale i tak nie mógł dostrzec, co srebrnowłosy kombinuje.
Nie musiał jednak dostrzegać. Poczuł. Gokudera, wciąż trzymając go za nadgarstki, zębami zaczął rozpinać mu spodnie.
I rozpiął je.
- Nie – jęknął Yamamoto. – Nie, nie, zabijesz mnie potem, na pewno mnie potem… Ahh…
Hayato puścił jeden z jego nadgarstków i wolną dłonią zsunął nieznacznie granatowe bokserki. A potem, muskając włosami biodra i podbrzusze Takeshiego, zaczął go pieścić ustami. Delikatnie, ale wprawnie, przesuwając językiem, drażniąc zębami. Uwolnioną dłoń Takeshi położył sobie na twarzy, czerwieniejąc momentalnie.
- Takeshi. – Gokudera uparcie powtórzył jego imię, teraz trochę stłumionym, z wiadomych względów, głosem. – Patrz na mnie.
Yamamoto przez dłuższą chwilę nie robił nic. A potem, nie odsłaniając oczu, podniósł się delikatnie do pozycji półleżącej. Sam teraz przygryzał wargi, czując, jak cały zdrowy rozsądek uchodzi z niego jak powietrze z przebitego balona.
***
Yamamoto zmył się kilka minut po tym, gdy Gokudera otworzył oczy. Całą noc spał na niewygodnej kanapie, natomiast Hayato zajmował miękkie maty, a to jego rano bolało wszystko od pasa w dół, nie Takeshiego. Nic jednak nie powiedział. Nie skomentował tego ani jednym słowem. Dlatego Yamamoto się zmył. Nie chciał już dłużej bawić się w ochroniarza.
Pomimo protestów i próśb Tsuny, poprosił Reborna o zmianę warty na te ostatnie dwa dni. Tamten, nie pytając o szczegóły, zgodził się i wyznaczył na jego miejsce Sasagawę. Może wiedział, że Yamamoto nie prosiłby o coś takiego bez powodu, może znał powód z powodu kamery umieszczonej w gumowej kaczuszce stojącej na zlewie w łazience. Bo w łazience też byli.
 Wersje są różne.
Takeshi całkowicie poświęcił się treningowi, chcąc o wszystkim zapomnieć. Przerażała go myśl o tym, że teraz jest jednym ze śliniących się na myśl o Gokuderze idiotów. A raczej, że tak naprawdę zawsze był. Uważał się za kogoś wyjątkowego, a tymczasem wyjątkowo bezczelnie wykorzystał sytuację. Nic więcej.
Minęły dwa dni. Gokudera nie potrzebował już ochroniarza. Yamamoto wciąż unikał go jak mógł, od czasu… wiadomo czego widział go może z dwa razy, i to z daleka. Uciekał na treningi.
 Jakoś tak w połowie ostatniego spotkania drużyny baseballowej przed weekendem, gdy Takeshi był całkowicie skupiony na piłce, którą miał odbić, inni zawodnicy zaczęli między sobą coś pomrukiwać. Wszyscy zerkali w kierunku trybun, niespokojnie mierzwiąc włosy, nadmiernie się popisując, czy nerwowo się śmiejąc. W końcu i Yamamoto to zauważył. Poprawił czapeczkę, tak, żeby nie raziło go słońce, i cofnął się o krok, aby spojrzeć na trybuny.
- Nie na mnie się gap, idioto, tylko na piłkę! – Gokudera żuł gumę, opierając się o ławkę, nogi niedbale zarzuciwszy na barierki. Uśmiechał się pod nosem.
Od razu, gdy skończył się trening, Yamamoto wszedł na trybuny i podbiegł do Gokudery, przeskakując barierki. Zanim zdążył chociażby otworzyć usta, tamten zerwał się i sprzedał mu mocnego kuksańca w żebra.
- Miło mi cię widzieć, idioto – powiedział, prostując się. Takeshi skrzywił się z bólu. – Przyszedłem, żeby bardzo ci podziękować za skazanie mnie na dwudniowe znoszenie Sasagawy.
- Chciałem raczej odciążyć cię od dwudniowego znoszenia mnie. – Yamamoto poprawił czapeczkę, odwracając wzrok. Gokudera nadął policzki, wychylił się przez barierkę i brutalnie nasunął daszek na oczy bruneta. A potem, na oczach całej drużyny, wspiął się na palce i go pocałował.
- Nie myśl sobie niepotrzebnych rzeczy! – zawołał od razu, gdy Takeshi podniósł daszek i spojrzał na niego ze zdumieniem. Zaczerwienione policzki przeczyły jego słowom. – Jestem po prostu jeszcze trochę odurzony tym antidotum.
- Rozumiem. – Yamamoto wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Żebyś wiedział. – Gokudera spojrzał na niego wojowniczo. – Nie jestem teraz nawet w połowie na tyle przytomny, na ile byłem dwa dni temu.
- To uważaj, żeby nikt przypadkiem tego nie wykorzystał.
- Nie muszę. – Hayato wzruszył ramionami. – Ty będziesz uważał za mnie.
Miał rację. 

8 komentarzy:

  1. *mach mach mach* To ja ci o tym mówiłam xD Mrrr kocham to <3 Zajebiście ci wyszło wiesz? :D I czekam na kolejny rozdzialik Apple Pie life <3 <3 <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten shot jest genialny, blog też jest super, a ty to juz w ogóle jesteś the best i w ogóle xD Naprawdę podobają mi się twoje pomysły :) A tak z innej beczki, pisałaś, że przyjmujesz zamówienia na shoty... Fakt faktem jestem tu dopiero od dziś, ale czy mogłabyś coś napisać o Grey x Natsu z Fairy Tail? :3( nie widziałam, aby pisało coś na ten temat, na twoim profilu, jednak chyba to anime się zalicza pod "raczej większość istniejących..", a jak nie to czekam na kolejny rozdział, któregoś z opowiadań lub na shota :))

    OdpowiedzUsuń
  3. Omomomomom... czuję niedobór erotyki :D
    (Tak , tak mały zboczuch ze mnie).
    Ale poza tym... Mogę prosić o pełną nazwę anime?
    Tam... googlowałam sobie trochę, ale jakoś tak... mam wątpliwości :D
    Bardzo mi się podobało szczególnie początek :)
    Narwany kociak :D
    Pozdrawiam... i przypominam ,że ja również prosiłam o shota ;>
    Ale spokojnie... ja moge czekać i czekać , także pisz w zgodzie z weną.

    OdpowiedzUsuń
  4. Zajebiaszcze...

    OdpowiedzUsuń
  5. Heh, moja ulu para z KHR.

    OdpowiedzUsuń
  6. OCHHHHHHHHHHHHH!!!!!!!!!!!!!!!!
    Cudenikoooooooooooooooooooooooooooooooo!!!!!!!!!!!1

    OdpowiedzUsuń
  7. Kyaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa *////////////////////////////////*
    Wiesz, jak ja ich kocham?! Ale boskie, jestem cała rumiana. Szkoda, że nie mam możliwości zobaczenia filmu z kaczuszki xD Och Reborn, ty mały perwersie! Sprzedaj mi kurwa to video xDDDDD!!!

    OdpowiedzUsuń